Szampańska zabawa à rebours

Nuda. Dłużyzna. I wszystkie inne określenia znużenia, zmęczenia, straconego czasu, braku finezji, polotu, fatalnego widowiska. A także zawodu, niespełnienia oczekiwań. Podróbka kiepskiej jakości. Od soboty (11 grudnia) te określenia można zastąpić jednym: „Testosteron” u Sewruka.
Podręczny słownik synonimów podpowiada około trzydziestu haseł bliskoznacznych słowu: beznadziejny. Mam poważne wątpliwości, czy to wystarczająca ilość, by opisać sobotnią premierę w elbląskim teatrze. Miało być lekko, dowcipnie, a wyszło siermiężnie, ciężko i nudno.
I nie piszę tego jako wykwalifikowana recenzentka (bo nią nie jestem), lecz jako zawiedziona osoba, która od tego spektaklu i tych twórców spodziewała się przynajmniej poprawnego wykonania. Muszę w tym miejscu zaznaczyć, że cenię pracę twórców teatralnych. I jako sympatyczce teatru jest mi zwyczajnie przykro, że tym razem całej ekipie odpowiedzialnej za powstanie „Testosteronu” można wystawić noty najwyżej mierne.
Nie bawi mnie to
Niskie noty to efekt zaserwowania widzom dwóch godzin męczarni. Kwestie wypowiadane przez niektórych aktorów były recytowane, jak w jakimś marnym szkolnym teatrzyku. Choć po chwili zadumy dochodzę do wniosku, że tym porównaniem obraziłam uczniowskie przedstawienia. Dodatkowe nasycenie „Testosteronu” wulgaryzmami sprawia, iż odnoszę wrażenie, że występujący w tym samym czasie w Elblągu Acid Drinkers był zabawą dla grzecznych panienek. Wiem, iż taki jest tekst sztuki. Ale czy nie dało się tego zmienić, skoro aktorzy nie potrafili tego zagrać tak, by każda nowa „kurwa” ze sceny nie gwałciła uszu publiczności? Jeśli jednak pozostawienie bluźnierstw miało służyć zbliżeniu się do publiczności, kumplowskiego klepnięcia po plecach, dającego do zrozumienia, że – jak to na mężczyzn nabuzowanych testosteronem przystało – mamy gdzieś zasady, jesteśmy prawdziwymi maczo i wódka nie smakuje tak samo, jeśli się jej nie zapije kilkoma pier..., to był to strzał w stopę. Wyszło błoto i plugastwo. A daleko mi do wcielenia cnotliwej pensjonarki. Całość – na dobicie chyba – podano w kiczowatych dekoracjach. Nie trzeba być gwiazdą popu, by uciec ze ślubu, jeśli wesele po nim ma odbyć się w bezgustownym wystroju. Nawet jeśli to nasz ślub.
Panowie, to masakra jakaś jest
Nie mogę zachować się jak Alicja, niedoszła żona Kornela, która zwiała ze ślubu. Nie ucieknę od wyrażenia głębokiego zawodu grą aktorską. Może więc szybko załatwię tę kwestię i zapomnę, że w ogóle widziałam coś tak kiczowatego, nieszczęsnego, kompletnie nieudanego…
Gra w większości postaci była drętwa, bez uczucia i wyczucia. Kłuło przeszarżowanie – tu pozwolę sobie wyróżnić Krzysztofa Grabowskiego grającego Janisa, który fenomenalnie wspomógł Mariusza Michalskiego – Stavrosa w położeniu jednej z bardziej wyrazistych scen (tej w której ojciec Janisa wciela się w jego partnerkę). Doprawdy, miałam wrażenie, że Grabowski zapomniał, że jest Grabowskim z Sewruka i próbował się wcielić w Łomnickiego z Narodowego. Po co te krzyki? Po co takie podkreślenie emocji, które i tak wyjątkowo wyraźnie drgają nawet lekko naszkicowane. Scena w zamierzeniu skłaniająca do refleksji, w wydaniu elbląskim jest żenująco prostacka. Natomiast Mariusz Michalski w tej scenie nie wzorował się na kobiecie, z która całą noc czynnie uprawiał Kamasutrę, ale na wizerunku przegiętego geja. A wystarczyło – jeśli zabrakło życiowego doświadczenia – popytać koleżanek.
Gniótł kompletny brak emocji, jednostajne odpękanie, bezbarwne wyduszenie kwestii – w tym brylował Fistach grany przez Jacka Gudejkę. Pomijam już pomysł takiej obsady (gdzie jest Tomasz Muszyński na przykład?), bo jak mam uwierzyć, że Fistach grał z T. Love, skoro wiem, że to grupa powstała w latach 80. XX a nie XIX wieku?
Gudejko nie był jednak osamotniony, gdyż tu ramię w ramię sekundował mu Mariusz Michalski. Tu też jedynym określeniem, jakie przychodzi mi do głowy, jest – brak wiary. Grek Michalskiego przypominał raczej Sarmatę z podkręconym wąsem. Kolejnym przykładem postaci „nie z tej bajki” jest Sebastian Tretyn grany przez Tomasza Czajkę. Ten wyglądał, jakby wpadł do kolegów ściągnięty z planu filmu o Al Capone i jego kompanii. Osoba odpowiedzialna za jego wygląd powinna za karę sama się tak odziać. Czy ktoś bowiem uwierzy, że mężczyzna, którego żona jest dziennikarką „Urody”, nałożyłby coś tak paskudnego? A jeśliby założył, to niech potem się nie dziwi, że żona go zdradza.
Leszek Andrzej Czerwiński oraz Paweł Skowron odtwarzający odpowiednio postacie Robala oraz Tytusa byli bezbarwni lub irytujący. Grali tak samo, jak koledzy, lub też przeszczepiali do nowego spektaklu cytaty z samych siebie z innych przedstawień. Świetnie więc wpisali się w ogólną niemoc.
Właściwie jedynym, który ucieka krytyce i naganie, jest Marcin Kiszluk wcielający się w Kornela. Czy to jednak nijakie i mdłe tło kolegów, czy też może jednak talent i umiejętności sprawiły, że gościnnie występujący u Sewruka aktor z Olsztyna zadowalająco wypełnił swoją rolę i w tym zalewie nudy zapracował na wyróżnienie, to już trudno ocenić.
Gdzie magia, gdzie magia?
To, że aktorzy elbląskiego teatru wypadli tak słabo, boli tym bardziej, że przecież wierni widzowie doskonale wiedzą, iż stać ich na naprawdę dobre role i stworzenie świetnych scenicznych postaci. W tym gronie są bowiem panowie nagrodzeni Aleksandrami, wyróżniani podczas krajowych oraz zagranicznych przeglądów i konkursów (kilka dni temu pisaliśmy choćby o kolejnych sukcesach Krzysztofa Grabowskiego). To aktorzy przecież niejednokrotnie szczerze oklaskiwani i podziwiani.
Cóż więc takiego stało się podczas „Testosteronu”, że ich gra jest albo mdła, albo jarmarczna, bez iskry i bez magii? Gdzie się podziała tajemnicza moc teatralnej sceny, która czaruje publiczność? Nie potrafię odpowiedzieć na te pytania. Jedyne, co moja paskudna i zgryźliwa dusza mi podpowiada, to parafraza piosenki „Testosteron” z repertuary Kayah: „Oskarżam cię o zamęczenie, czasu stracenie, nudę i ziew”.
I oby tylko nikomu, czy to dyrektorowi artystycznemu, czy też naczelnemu, nie wpadło do głowy, by kontynuować ten cykl i w nowym roku zaserwować widzom „Lejdis”. W swej wyrozumiałości proponuję zapomnieć o ostatnich porażkach premierowych, jakich doświadczył elbląski teatr, i w nowy rok wejść mądrzejszym o to doświadczenie, by - ucząc się na błędach – zaprezentować elbląskiej publiczności kolejne perełki , takie jak choćby „Ruski miesiąc”. Czego teatrowi, jak i publiczności szczerze życzę.
I nie piszę tego jako wykwalifikowana recenzentka (bo nią nie jestem), lecz jako zawiedziona osoba, która od tego spektaklu i tych twórców spodziewała się przynajmniej poprawnego wykonania. Muszę w tym miejscu zaznaczyć, że cenię pracę twórców teatralnych. I jako sympatyczce teatru jest mi zwyczajnie przykro, że tym razem całej ekipie odpowiedzialnej za powstanie „Testosteronu” można wystawić noty najwyżej mierne.
Nie bawi mnie to
Niskie noty to efekt zaserwowania widzom dwóch godzin męczarni. Kwestie wypowiadane przez niektórych aktorów były recytowane, jak w jakimś marnym szkolnym teatrzyku. Choć po chwili zadumy dochodzę do wniosku, że tym porównaniem obraziłam uczniowskie przedstawienia. Dodatkowe nasycenie „Testosteronu” wulgaryzmami sprawia, iż odnoszę wrażenie, że występujący w tym samym czasie w Elblągu Acid Drinkers był zabawą dla grzecznych panienek. Wiem, iż taki jest tekst sztuki. Ale czy nie dało się tego zmienić, skoro aktorzy nie potrafili tego zagrać tak, by każda nowa „kurwa” ze sceny nie gwałciła uszu publiczności? Jeśli jednak pozostawienie bluźnierstw miało służyć zbliżeniu się do publiczności, kumplowskiego klepnięcia po plecach, dającego do zrozumienia, że – jak to na mężczyzn nabuzowanych testosteronem przystało – mamy gdzieś zasady, jesteśmy prawdziwymi maczo i wódka nie smakuje tak samo, jeśli się jej nie zapije kilkoma pier..., to był to strzał w stopę. Wyszło błoto i plugastwo. A daleko mi do wcielenia cnotliwej pensjonarki. Całość – na dobicie chyba – podano w kiczowatych dekoracjach. Nie trzeba być gwiazdą popu, by uciec ze ślubu, jeśli wesele po nim ma odbyć się w bezgustownym wystroju. Nawet jeśli to nasz ślub.
Panowie, to masakra jakaś jest
Nie mogę zachować się jak Alicja, niedoszła żona Kornela, która zwiała ze ślubu. Nie ucieknę od wyrażenia głębokiego zawodu grą aktorską. Może więc szybko załatwię tę kwestię i zapomnę, że w ogóle widziałam coś tak kiczowatego, nieszczęsnego, kompletnie nieudanego…
Gra w większości postaci była drętwa, bez uczucia i wyczucia. Kłuło przeszarżowanie – tu pozwolę sobie wyróżnić Krzysztofa Grabowskiego grającego Janisa, który fenomenalnie wspomógł Mariusza Michalskiego – Stavrosa w położeniu jednej z bardziej wyrazistych scen (tej w której ojciec Janisa wciela się w jego partnerkę). Doprawdy, miałam wrażenie, że Grabowski zapomniał, że jest Grabowskim z Sewruka i próbował się wcielić w Łomnickiego z Narodowego. Po co te krzyki? Po co takie podkreślenie emocji, które i tak wyjątkowo wyraźnie drgają nawet lekko naszkicowane. Scena w zamierzeniu skłaniająca do refleksji, w wydaniu elbląskim jest żenująco prostacka. Natomiast Mariusz Michalski w tej scenie nie wzorował się na kobiecie, z która całą noc czynnie uprawiał Kamasutrę, ale na wizerunku przegiętego geja. A wystarczyło – jeśli zabrakło życiowego doświadczenia – popytać koleżanek.
Gniótł kompletny brak emocji, jednostajne odpękanie, bezbarwne wyduszenie kwestii – w tym brylował Fistach grany przez Jacka Gudejkę. Pomijam już pomysł takiej obsady (gdzie jest Tomasz Muszyński na przykład?), bo jak mam uwierzyć, że Fistach grał z T. Love, skoro wiem, że to grupa powstała w latach 80. XX a nie XIX wieku?
Gudejko nie był jednak osamotniony, gdyż tu ramię w ramię sekundował mu Mariusz Michalski. Tu też jedynym określeniem, jakie przychodzi mi do głowy, jest – brak wiary. Grek Michalskiego przypominał raczej Sarmatę z podkręconym wąsem. Kolejnym przykładem postaci „nie z tej bajki” jest Sebastian Tretyn grany przez Tomasza Czajkę. Ten wyglądał, jakby wpadł do kolegów ściągnięty z planu filmu o Al Capone i jego kompanii. Osoba odpowiedzialna za jego wygląd powinna za karę sama się tak odziać. Czy ktoś bowiem uwierzy, że mężczyzna, którego żona jest dziennikarką „Urody”, nałożyłby coś tak paskudnego? A jeśliby założył, to niech potem się nie dziwi, że żona go zdradza.
Leszek Andrzej Czerwiński oraz Paweł Skowron odtwarzający odpowiednio postacie Robala oraz Tytusa byli bezbarwni lub irytujący. Grali tak samo, jak koledzy, lub też przeszczepiali do nowego spektaklu cytaty z samych siebie z innych przedstawień. Świetnie więc wpisali się w ogólną niemoc.
Właściwie jedynym, który ucieka krytyce i naganie, jest Marcin Kiszluk wcielający się w Kornela. Czy to jednak nijakie i mdłe tło kolegów, czy też może jednak talent i umiejętności sprawiły, że gościnnie występujący u Sewruka aktor z Olsztyna zadowalająco wypełnił swoją rolę i w tym zalewie nudy zapracował na wyróżnienie, to już trudno ocenić.
Gdzie magia, gdzie magia?
To, że aktorzy elbląskiego teatru wypadli tak słabo, boli tym bardziej, że przecież wierni widzowie doskonale wiedzą, iż stać ich na naprawdę dobre role i stworzenie świetnych scenicznych postaci. W tym gronie są bowiem panowie nagrodzeni Aleksandrami, wyróżniani podczas krajowych oraz zagranicznych przeglądów i konkursów (kilka dni temu pisaliśmy choćby o kolejnych sukcesach Krzysztofa Grabowskiego). To aktorzy przecież niejednokrotnie szczerze oklaskiwani i podziwiani.
Cóż więc takiego stało się podczas „Testosteronu”, że ich gra jest albo mdła, albo jarmarczna, bez iskry i bez magii? Gdzie się podziała tajemnicza moc teatralnej sceny, która czaruje publiczność? Nie potrafię odpowiedzieć na te pytania. Jedyne, co moja paskudna i zgryźliwa dusza mi podpowiada, to parafraza piosenki „Testosteron” z repertuary Kayah: „Oskarżam cię o zamęczenie, czasu stracenie, nudę i ziew”.
I oby tylko nikomu, czy to dyrektorowi artystycznemu, czy też naczelnemu, nie wpadło do głowy, by kontynuować ten cykl i w nowym roku zaserwować widzom „Lejdis”. W swej wyrozumiałości proponuję zapomnieć o ostatnich porażkach premierowych, jakich doświadczył elbląski teatr, i w nowy rok wejść mądrzejszym o to doświadczenie, by - ucząc się na błędach – zaprezentować elbląskiej publiczności kolejne perełki , takie jak choćby „Ruski miesiąc”. Czego teatrowi, jak i publiczności szczerze życzę.
Angelika Kosielska