Prawie robi różnicę, niespodzianki nie było

Lider, komplet argumentów po swojej stronie i własne boisko. Brzmiało jak kiepski adres na sobotnie popołudnie, ale Olimpia pojechała do stolicy bez kompleksów. Były momenty, były sytuacje, były emocje i w zasadzie prawie wszystko ułożyło się w scenariusz idealny, ale jak wiemy, prawie robi różnicę.
Faworyt był znany, ale początek meczu zupełnie tego nie pokazywał. Niepokonany lider z Warszawy został zepchnięty na własną połowę, a Olimpia zamiast ustawiać podwójną gardę, ruszyła wysoko i próbowała urządzić mecz po swojemu. Pachniało dobrze, ale na talerzu wciąż było pusto. Najbliżej pierwszego konkretu był Pek. Najpierw jego strzał został zablokowany, później po kontrze uderzył obok. KTS zagrożenie znajdował głównie po błędach Elblążan, ale nawet Luvalen, który przed meczem odebrał koszulkę za ponad sto występów w barwach Weszło, nie wykorzystał dogodnej okazji.
Olimpia nie zwalniała. Piłka chodziła szybko, często na jeden kontakt, akcje miały sens, a po kilku przystawkach wreszcie pojawiło się danie główne. W 14. minucie Czapliński nawinął w polu karnym obrońcę i dograł w środek. Pek uderzył, Kirgun odbił piłkę, ale na tyle niefortunnie, że futbolówka po chwili wpadła do siatki. Gol samobójczy, ale prowadzenie jak najbardziej zasłużone. KTS po stracie bramki zaczął mocniej przypominać, że nie bez powodu siedzi na szczycie tabeli. W 28. minucie za głowę złapał się Neumann po naprawdę groźnym strzale. Na posterunku był Witan, który efektowną i skuteczną interwencją sparował piłkę na rzut rożny.
KTS jeszcze raz zapukał pod bramkę Olimpii, Neumann dostał swoją szansę, ale Witan nie miał ochoty otwierać. Elblążanie zresztą nie zamierzali spędzać reszty połowy we własnym polu karnym. Kołoczek posłał świetną piłkę w szesnastkę, Kaczmarkowi zabrakło już tylko ostatniego dotknięcia. I tak wyglądała ta połowa: lider próbował przypominać o swoim miejscu w tabeli, a Olimpia odpowiadała spokojem, odwagą i całkiem przyjemnym graniem. Z tyłu wszystko było ciasno poukładane, z przodu co jakiś czas robiło się ciekawie. Do szatni Elblążanie schodzili z prowadzeniem, które nie potrzebowało żadnego tłumaczenia.
Po przerwie początkowo role się odwróciły. KTS przejął piłkę, podkręcił tempo i przez pierwszy kwadrans urządził Olimpii naprawdę trudny czas. Strzelał między innymi Luvalen, ale Andrzej Witan dla tych, którzy go nie znali, odpalił cały zestaw swoich bramkarskich sztuczek. Był refleks, były parady. Warszawiacy jednak naciskali, szukali wyrównania i momentami zamykali Elblążan pod własną bramką. Żółto-biało-niebiescy nie pękali, a w 60. minucie mogli wręcz zamknąć mecz. Olimpia odebrała piłkę, zrobiło się zamieszanie w polu karnym, obrońcy KTS-u zdołali jeszcze wybić futbolówkę w bok, prosto pod nogi Braneckiego. Z kilku metrów pozostawało właściwie tylko zapytać bramkarza, w który róg. Kirgun jednak w niewytłumaczalny sposób zatrzymał strzał i utrzymał KTS przy życiu. Pięć minut później wróciło stare piłkarskie porzekadło o sytuacjach, które lubią się mścić. Po dośrodkowaniu w pole karne zrobiło się gorąco, Neumann uderzył, Witan jeszcze zdołał odbić piłkę, ale przy dobitce Firleja nie miał już nic do powiedzenia. Zamiast 0:2 zrobiło się 1:1.
Remis wcale nie uspokoił meczu. Przeciwnie, coraz mocniej pachniało golem, tylko nie było wiadomo, po której stronie. W 73. minucie Neumann wyszedł sam na sam z Witanem, ale zatrzymał go słupek. Chwilę później odpowiedzieli Elblążanie. Pek dostał piłkę w polu karnym, nawinął obrońcę, dziubnął, poprawił na lepszą lewą nogę i z kilku metrów huknął ile sił. Zabrakło naprawdę niewiele. Piłka przeleciała nad poprzeczką.
W 83. minucie czar prysł i to w sposób wyjątkowo złośliwy, bo po akcji, która bardziej się przydarzyła, niż została rozegrana. Po rzucie rożnym piłkę głową odbił Augusto, zawodnik KTS próbował uderzać zza szesnastki, ale wyszedł z tego kompletny kiks. Futbolówka powędrowała jednak pod nogi Jana Kozdryka, który instynktownie ją musnął. Piłka nie tyle wpadła do bramki, co niemal się do niej doczołgała, tuż przy słupku, daleko od zasięgu Witana. 2:1 dla KTS i wszystkie wcześniejsze nadzieje Olimpii nagle zrobiły się bardzo kruche.
Olimpia szukała jeszcze swojej chwili i w 90+2. minucie była o centymetry od remisu. Krawczyk zatańczył z piłką w bocznej strefie, dośrodkował, Augusto uderzył, ale piłka odbiła się od słupka i potoczyła wzdłuż bramki. Aż prosiło się o ostatnie dotknięcie. Nie przyszło. Właściwie cały mecz można zamknąć w tym obrazku. Olimpia grała dobrze, momentami dyktowała warunki niepokonanemu liderowi i miała swoje sytuacje. Nikt jednak nie przyznaje punktów za wrażenie artystyczne. KTS wygrał 2:1, a Elblążanie wracają z Warszawy z niczym. I właśnie dlatego ta porażka smakuje wyjątkowo gorzko.
KTS Weszło Warszawa - Olimpia Elbląg 2:1 (0:1)
bramki: 0:1 - Kirgun (14. min. bramka samobójcza), 1:1 - Firlej (65. min.), 2:1 - Kozdryk (83. min.)
Olimpia: Witan - Sarnowski, Szczudliński, Kiełtyka, Czapliński (70’ Laszczyk), Pek, Sznajder (86’ Pieczarka), Kołoczek (86’ Krawczyk), Święty, Karczmarek (70’ Mruk), Branecki (70’ Augusto)
Elbląska Gazeta Internetowa portEl.pl jest patronem medialnym ZKS Olimpia Elbląg