Teraz ja - Czekając na nowego Prezydenta...

Przeprowadzone lokalne referendum pokazało, że każdy potencjalny kandydat na fotel Prezydenta Miasta Elbląg powinien się liczyć z głosami mieszkańców. Jest to rzecz oczywista, o której zdaje się ostatni prezydent trochę zapomniał. Ale zastanówmy się nad tym, kim powinien być przyszły prezydent.
Wyraźnie słychać głosy, że powinien być bezpartyjny. No dobrze, ale co to znaczy? Czy to oznacza, że nie powinien należeć do żadnej partii politycznej? A może nie powinien należeć do żadnej organizacji? W takim razie, jak rozumieć grupę ludzi, przyjaciół, która ma pomysł na miasto, na jego funkcjonowanie i rozwój. Jako partię? Czy może jako organizację? Przecież zaraz podniosą się krzyki, że to jakaś nowa grupa „kolesiów”, która chce zawładnąć urzędem.
Zastanawiam się nad tym, ponieważ akurat mam pomysł na miasto, na jego rozwój, na doprowadzenie do spokoju finansowego i inwestycyjnego ładu. Jestem młodym, 37-letnim mieszkańcem Elbląga. Ekonomistą z wykształcenia i dotychczasowego, 18-letniego doświadczenia zawodowego. Znam się na finansach, zamówieniach publicznych, inwestycjach. Wiem, na czym polega budżet, jak go planować i realizować. Mam wizję na basen miejski, straż miejską, inwestycje na Modrzewinie, inwestycje drogowe, pomoc dla mikroprzedsiębiorstw, ale i dla dużych inwestorów, którzy przyjdą do Elbląga. Czy jednak ja, zwykły mieszkaniec, mam szansę na przebicie się ze swoim programem przez gąszcz partii politycznych finansowanych z budżetu państwa?
Co z tego, że mam wokół siebie ludzi mądrych i pewnych. Ludzi, którzy myślą i czują podobnie jak ja, którzy chcą dla tego miasta dobrze, bo to pozwoli naszym dzieciom pozostać w Elblągu, tu żyć i pracować. Nie robią na nas wrażenia pieniądze, które zarabiają prezydent i wiceprezydenci, ponieważ osiągamy dochody na takim samym poziomie, będąc zatrudnionymi lub pracując w swoich pewnych firmach. Liczy się dla nas nasze miasto.
Ale czy potencjalnym wyborcom zależy tylko na rozwoju miasta? Czy wyborcom PiS, SLD, RP, PO i innych partii zależy na rozwoju miasta, czy może bardziej na konkurencji i zniszczeniu swoich przeciwników na elbląskiej scenie politycznej? Bo jeśli tak, to w walce pomiędzy ugrupowaniami politycznymi największą ofiarę ponosimy my, mieszkańcy Elbląga.
Myślę, że takich osób jak ja jest sporo w naszym mieście. Wielu z nas ma swoje pomysły na rozwój miasta, a nie tylko na dorwanie się do tzw. „koryta”. Wielu z nas ma wokół siebie znajomych i przyjaciół, z którymi moglibyśmy doprowadzić to miasto do porządku i przyspieszyć tę fazę rozwoju. Ale co z tego, skoro tak naprawdę nie mamy szans, bo nie wywodzimy się z żadnej partii politycznej. A może po prostu dać sobie spokój, robić swoje i przyglądać się temu wszystkiemu z boku?
Zastanawiam się nad tym, ponieważ akurat mam pomysł na miasto, na jego rozwój, na doprowadzenie do spokoju finansowego i inwestycyjnego ładu. Jestem młodym, 37-letnim mieszkańcem Elbląga. Ekonomistą z wykształcenia i dotychczasowego, 18-letniego doświadczenia zawodowego. Znam się na finansach, zamówieniach publicznych, inwestycjach. Wiem, na czym polega budżet, jak go planować i realizować. Mam wizję na basen miejski, straż miejską, inwestycje na Modrzewinie, inwestycje drogowe, pomoc dla mikroprzedsiębiorstw, ale i dla dużych inwestorów, którzy przyjdą do Elbląga. Czy jednak ja, zwykły mieszkaniec, mam szansę na przebicie się ze swoim programem przez gąszcz partii politycznych finansowanych z budżetu państwa?
Co z tego, że mam wokół siebie ludzi mądrych i pewnych. Ludzi, którzy myślą i czują podobnie jak ja, którzy chcą dla tego miasta dobrze, bo to pozwoli naszym dzieciom pozostać w Elblągu, tu żyć i pracować. Nie robią na nas wrażenia pieniądze, które zarabiają prezydent i wiceprezydenci, ponieważ osiągamy dochody na takim samym poziomie, będąc zatrudnionymi lub pracując w swoich pewnych firmach. Liczy się dla nas nasze miasto.
Ale czy potencjalnym wyborcom zależy tylko na rozwoju miasta? Czy wyborcom PiS, SLD, RP, PO i innych partii zależy na rozwoju miasta, czy może bardziej na konkurencji i zniszczeniu swoich przeciwników na elbląskiej scenie politycznej? Bo jeśli tak, to w walce pomiędzy ugrupowaniami politycznymi największą ofiarę ponosimy my, mieszkańcy Elbląga.
Myślę, że takich osób jak ja jest sporo w naszym mieście. Wielu z nas ma swoje pomysły na rozwój miasta, a nie tylko na dorwanie się do tzw. „koryta”. Wielu z nas ma wokół siebie znajomych i przyjaciół, z którymi moglibyśmy doprowadzić to miasto do porządku i przyspieszyć tę fazę rozwoju. Ale co z tego, skoro tak naprawdę nie mamy szans, bo nie wywodzimy się z żadnej partii politycznej. A może po prostu dać sobie spokój, robić swoje i przyglądać się temu wszystkiemu z boku?