Henryk Myśliński: W życiu zrobiłem tylko dwa zdjęcia

Był fotoreporterem w elbląskich gazetach i miejskim fotografem. W mieszkaniu segregatory z fotografiami są wszędzie. Dlaczego więc Henryk Myśliński uparcie twierdzi, że w życiu zrobił tylko dwa zdjęcia? Z okazji 90. urodzin elbląskiego fotografa, które właśnie dzisiaj (2 marca) obchodzi, postaramy się uchylić rąbka tajemnicy. Jubilatowi życzymy 200 lat!
Za zasługi dla miasta otrzymał nagrodę prezydenta w 2019 r. Statuetka stoi na półce w honorowym miejscu w mieszkaniu fotografa.
- To dla mnie bardzo ważna nagroda. Docenienie mojej pracy i pasji – mówi Henryk Myśliński.
Za dwa zdjęcia tej nagrody nie przyznają. Z okazji 90. urodzin przyszedłem do pana Henryka zrobić wywiad, posłuchać anegdot z życia...
Otwieramy szafę. Za suwanymi drzwiami na siedmiu półkach stoi kilkadziesiąt segregatorów ze zdjęciami, negatywami, pozytywami i płytami CD, na których są zdigitalizowane fotografie. Wszystko opisane tematycznie. Jeżeli, jak twierdzi, zrobił tylko dwa zdjęcia, to co to jest?
Już wiem, że mój plan rozmowy legł w gruzach, niczym Elbing w 1945 r. Tych zdjęć jest po prostu za dużo. Album koło albumu. W piwnicy leżą zdjęcia pokazywane na wystawach, w większych formatach. Na dziesięciu dyskach przenośnych (a każdy o pojemności 500 GB), kolejne. Musiałbym spędzić tu tygodnie, żeby wybrać te najciekawsze.
Poza tym: zdjęć się nie opisuje, zdjęcia się ogląda. Szybko podejmujemy decyzję: fotoreportaże Henryka Myślińskiego będziemy publikować w portElu. Akurat w tym roku przypadają trzy okrągłe rocznice: 25 lat naszej gazety, 90. urodziny naszego gospodarza i 780 lat od nadania Elblągowi praw miejskich.

Zdjęcie z czasów nauki w szkole przy ul. Pocztowej. W dolnym rzędzie pierwszy od lewej Czesław Misiuk, obok Norbert Berliński; Henryk Myśliński pierwszy od lewej w górnym rzędzie (fot. arch. prywatne Henryka Myślińskiego)
Od zawsze z aparatem...
Cofamy się do drugiej połowy lat 40. ubiegłego wieku. W jedenastoklasowej szkole [jeden z typów szkoły funkcjonującej w tamtym czasie: połączenie podstawówki i liceum] przy ul. Pocztowej do jednej klasy chodzi dwóch chłopaków, którzy na Elbląg będą patrzeć przez okular aparatu: Henryk Myśliński i Czesław Misiuk. Patrzę na zdjęcie, na którym uwieczniono część klasy. Obok przyszłych fotografów siedzi jeszcze Norbert Berliński, przyszły prezydent Elbląga (w latach 1981–1986).
- W latach 50. przez kilka lat w Elblągu był wędrowny fotograf. A może było ich dwóch... Chodził z wielkim przenośnym laboratorium fotograficznym. Najpierw wywoływał negatyw, następnie pozytyw na papierze światłoczułym. Potem podmuchał na niego, wysuszył i zdjęcie było gotowe. Ciekawostką był fakt, że nie potrzeba było ciemni – mówi Henryk Myśliński. - Tak wykonywało się wówczas np. zdjęcia do dowodów osobistych.
Wędrowny fotograf zniknął z ulic, kiedy powstały pierwsze stacjonarne zakłady fotograficzne.
- Przy ulicy Mickiewicza, na rogu z ulicą Wojska Polskiego, był jeden. Drugi na Królewieckiej w okolicy skrzyżowania z ul. Odzieżową, naprzeciwko przyszłych zakładów Truso. Kolejny powstał przy ul. 12 Lutego; na dole była kwiaciarnia, u góry fotograf... - wspomina Elblążanin.
Henryk Myśliński, choć zrobił dziesiątki tysięcy zdjęć, nie skończył szkoły fotograficznej, dopiero podczas pracy w Styrenie zdobył uprawnienia czeladnicze. Pytam więc, dlaczego nie zdobył wykształcenia w tym kierunku.
- W siódmej klasie szkoły podstawowej zmarł mi tata. Trzeba było iść do takiej szkoły, która w możliwie krótkim czasie dawała dobry zawód i możliwość zarabiania. Poszedłem do Technikum Budowy Maszyn, dziś to Technikum Mechaniczne – wyjaśnia Henryk Myśliński. - Po szkole dostałem nakaz pracy w Elbląskiej Fabryce Urządzeń Kuziennych jako technolog produkcji.
W czasach technikum młody Henryk oglądał Elbląg z aparatem przy oku, w domu czekała ciemnia. Potem Elbląska Fabryka Urządzeń Kuziennych, wezwanie do wojska...
Gdzieś na poligonie. Henryk Myśliński w nietypowej roli fotografowanego, a nie fotografującego (arch. prywatne Henryka Myślińskiego)
W 124. pułku artylerii przeciwlotniczej w Szczecinie aparat fotograficzny okazał się przepustką do „mniej męczącego” obowiązku odbycia zasadniczej służby wojskowej.
- W sztabie pułku zajmowałem się mapami, przygotowywałem m.in. mapy dla poszczególnych oficerów na ćwiczenia poligonowe. Aparat nie był do tego potrzebny, ale dzięki temu, że umiałem robić zdjęcia, ktoś doszedł do wniosku, że mam zmysł estetyczny i dali mnie do map. Podoficerowie umilali mi życie tylko podczas zaprawy porannej, czasem złośliwie starali mi się pokazać, gdzie jest moje miejsce. A po gimnastyce szedłem wykonywać sztabowe obowiązki, dzięki czemu nie musiałem się za często taplać w przykoszarowym błocie – wspomina fotograf. - Przy okazji zlecili mi prowadzenie pułkowego laboratorium fotograficznego. Utrwalałem życie pułku. Na poligonie zamiast z karabinem biegałem z aparatem.
Piętnaście miesięcy minęło jak z bicza strzelił.
- Wypuścili mnie szybciej ze względu na stan rodzinny. Córka mi się urodziła – wyjaśnia Henryk Myśliński.
Wrócił do pracy w Elbląskiej Fabryce Urządzeń Kuziennych, potem przeszedł do Zakładów Przemysłu Terenowego, później przekształconego w Styren, a następnie w Zakład Armatury Samochodowej.
W Styrenie szukał zamówień, zbytu i materiałów, fotografował również wyroby przedsiębiorstwa. Przyszykował więc sobie całkiem niezłą pracownię fotograficzną. Kiedy akurat nie był w trasie, szukając zamówień, a obowiązki zawodowe pozwalały, zamykał się w ciemni. I powstawały takie zdjęcia jak np. to.
Najwyższa po wschodniej stronie Wisły wieża wówczas jeszcze kościoła pw. św. Mikołaja (dziś to katedra), a wokół... łąka. Ciekawostka: nie ma Mostu Wysokiego, z wody wystają tylko pale. Przyczółek na brzegu zdradza, że tędy można było dostać się na drugi brzeg. Zdjęcie z lat 60. przypomina, dlaczego przez długi czas nasze miasto żartobliwie i złośliwie było nazywane siedmioma wsiami, połączonymi tramwajem. Dziś z tego miejsca nie zobaczymy budynków, które na fotografii znajdują się na drugim planie. Na miejscu łąki, dookoła kościoła. znajduje się „Nówka – Starówka” - chyba najnowsze Stare Miasto w Polsce, którego odbudowa rozpoczęła się w latach 80. (fot. H. Myśliński)
- Żałuję, że nie zrobiłem więcej zdjęć ruin Starego Miasta. Przeoczyłem jeszcze stojące mury na tej łące. – żałuje fotograf.
Na jeszcze jedno zdjęcie zwracam uwagę. Symbolem tamtego Elbląga był pociąg przejeżdżający przez środek miasta. Dziś nasi czytelnicy pewnie „zjedliby” kolejarzy za utrudnianie ruchu. Dziś torów już nie ma, pociągi jeżdżą „kolejową obwodnicą”, kolejarz idący przed parowozem został tylko we wspomnieniach mieszkańców.

Zdjęcie zrobione z tzw. placu czerwonego (czerwonego od glinki, którą była wysypana jego powierzchnia, dzisiaj to plac Konstytucji). Pociąg za chwilę wjedzie w ulicę Parkową (dziś ul. 3 Maja), na drugim tle widać tramwaj (fot. H. Myśliński)
W Styrenie i Zakładzie Armatury Samochodowej fotograficzna pasja przydawała się do... robienia zdjęć, które znalazły się potem w kronice powstającego zakładu. Kronika zaginęła na przestrzeni dziejów. Po odejściu z ZAS-u, kilku ciekawych epizodach zawodowych, niezwiązanych z fotografią, Henryk Myśliński trafił w drugiej połowie lat 80. do Głosu Wybrzeża.
- Zastąpiłem Zbyszka Kosycarza, który dojeżdżał do Elbląga. Ja byłem na miejscu, dzięki czemu trochę więcej Elbląga było w gazecie – mówi Henryk Myśliński. - Dla mnie to był zaszczyt, że akurat przyszedłem na jego miejsce.
To był czas kryzysu gospodarczego: elbląski fotograf dokumentował rozpad Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej na prowincji. W latach 80. Polska bankrutowała. Państwo opiekuńcze wycofywało się, skąd tylko mogło. Państwowe Gospodarstwa Rolne to były ogromne gospodarstwa rolnicze – mieszkańcom wsi zapewniały pracę, a w praktyce wikt i opierunek. Na polach można stały porzucone maszyny PGR-ów, bo np. nie było części zamiennych. A części zamiennych brakowało, bo w państwowych fabrykach brakowało materiałów do ich produkcji. Taką wyliczankę można prowadzić długo. W puste miejsce po państwowej gospodarce wkraczała inicjatywa prywatna...
- Jeździliśmy po ówczesnym województwie elbląskim i robiliśmy zdjęcia niszczejących traktorów i maszyn rolniczych w Państwowych Gospodarstwach Rolnych i powstającej prywatnej inicjatywy. Potem do domu. W pokoju za drzwiami miałem kabinkę z ciemnią, gdzie wywoływałem negatywy. A potem szybko na przystanek PKS. Kierowcy za drobną opłatą przewozili je do Gdańska, gdzie ktoś je odbierał i wmontowywał w gazetę. Przesłanie negatywów do Gdańska, gdzie znajdowały się siedziby redakcji, to była osobna zagwozdka. Trzeba było się nakombinować, żeby zdjęcia dotarły do redakcji przed tym, jak gazeta trafi do druku – wspomina Henryk Myśliński.
Przemiany w latach 90. nie ominęły elbląskiego fotografa, a jego zdjęcia można było oglądać w różnych gazetach. Praca fotoreportera miała jeszcze jeden ważny plus: znajomość z Mirosławem Dymczakiem, który dziennikarzem był od zawsze. A kiedy prezydentem Elbląga został Henryk Słonina, Mirosław Dymczak został jego rzecznikiem prasowym.
- Poszedłem do niego i zapytałem, czy nie znalazłby mi jakiegoś zajęcia w urzędzie. Zaproponował posadę miejskiego kronikarza. Miałem pracę marzeń. Fotografowałem życie miasta i jeszcze mi za to płacili. Byłem z aparatem wszędzie, gdzie coś się działo. Na miejskich uroczystościach, na sesjach Rady Miejskiej, na uroczystych otwarciach i zamknięciach – mówi Elblążanin. - Kopie tych zdjęć mam w domu.
Papież na lotnisku
Najważniejszy fotoreportaż miał dopiero powstać. W 1999 r. na elbląskim lotnisku papież Jan Paweł II odprawił nabożeństwo czerwcowe ku czci Najświętszego Serca Pana Jezusa. Henryk Myśliński na zdjęciach dokumentował wszystkie przygotowania do papieskiej wizyty: od pierwszego wbicia łopaty pod budowę wzgórza, na którym miał stanąć ołtarz. I... mało brakowało, żeby zdjęcia życia odleciały wraz z papieskim śmigłowcem.

Papieska wizyta zgromadziła tłumy na lotnisku. Po niej pozostały m. in. wybudowany specjalnie na tę okazję tunel łączący Zatorze zresztą miasta na dworcu PKP i winda, którą papież wjeżdżał na ołtarz, a dziś jeżdżą urzędnicy i klienci Urzędu Miejskiego (fot. H. Myśliński).
- Były dwa rodzaje akredytacji dla fotoreporterów: zwykła i powiedzmy taka lepsza, upoważniająca do miejsca na pace Tarpana. Dostałem obietnicę, że dostanę tę lepszą. Przychodzę do centrum prasowego, mieściło się w klubie żołnierskim 14. batalionu remontu lotnisk na Zatorzu i... mojej akredytacji nie ma. Wierni idą na lotnisko, fotoreporterzy idą na odprawę, a ja stoję i czekam na cud... Czuję, że życiowa szansa przelatuje mi przed obiektywem aparatu – wspomina Henryk Myśliński.
Dostać się na pakę Tarpana było marzeniem wszystkich fotoreporterów, obsługujących pielgrzymkę. Dwa samochody jechały bezpośrednio przed papamobile, miejsc było tylko 12, szczęśliwcy na pace mieli najlepsze ujęcia z całego wydarzenia. Akredytacja na Tarpana nie była dla każdego. I wtedy stał się cud.
- Przyszedł jakiś pan sympatyczny, do tej pory nie wiem, kto to był. Upewnił się, czy nie jestem terrorystą; sprawdził dokładnie całą moją walizkę ze sprzętem. A potem zaprowadził mnie do Tarpana, gdzie na pace stali fotoreporterzy. Nawet miejsce było dla mnie. Jak już byłem na lotnisku, to wykorzystałem każdą szansę. Patrzyłem na papieża, łzy same leciały z oczu. Tych chwil nie zapomnę nigdy - opowiada pan Henryk.
Z papieskiej wizyty powstało 6 filmów po 36 zdjęć (z czego sześć się nie udało). 210 zdjęć dziś wydaje się liczbą niewielką, telefonem komórkowym z jednego dnia wakacji robimy więcej. Wówczas jednak fotografia cyfrowa dopiero raczkowała. Wtedy jednak każde ujęcie musiało być przemyślane, trzeba było dobrać obiektyw, uważać na parametry, nie prześwietlić zdjęcia. A film w aparacie pozwalał na zrobienie tylko 36 zdjęć. Pan Henryk miał do dyspozycji trzy aparaty. 210 fotografii to było wówczas bardzo dużo.
Fotoplastykon – przodek zdjęć w Internecie
W pamięci Elblążan jest jeszcze jedna rzecz, związana z urzędowym fotografem. Zdjęcia w miejskim fotoplastykonie przy ul. 1 Maja oglądali niemal wszyscy mieszkańcy miasta, zaciekawieni, czy i ich miejski fotograf złapał w kadr.
- Fotoplastykon podejrzałem u fotografa przy ulicy 12 Lutego. Zaproponowałem Mirkowi, żebyśmy też taki zrobili. Urząd kupił, zamontowaliśmy go w kiosku Ruchu, ajent się zgodził, bo liczył, że dzięki temu będzie miał większy obrót. To była skrzyneczka szerokości mniej więcej 30 cm, w środku był obrotowy walec, na którym umieszczało się taśmę złożoną z około 30 sklejonych zdjęć. Fotografie były wymieniane mniej więcej raz w tygodniu. Pokazywałem tam, co zrobiłem ostatnio: Elbląg urzędowy, ale też zwykły, codzienny – wyjaśnia fotograf. - Fotoplastykon przeżył moją pracę w urzędzie. Kiedy odchodziłem, wciąż trwał. Później swoje zdjęcia zamieszczali tam członkowie klubu fotograficznego PTTK, którego byłem prezesem. Dziś, nieczynny, znajduje się w oddziale PTTK przy ul. Krótkiej.

Odsłonięcie pamiątkowego drogowskazu do miast partnerskich Elbląga przy ul. Rycerskiej. Dziś ten drogowskaz znajduje się przy parkingu na pl. Słowiańskim. W tle "Nówka Starówka". (fot. H. Myśliński)
Przeglądamy kolejne fotografie. Dziś, aby uchwycić Elbląg z lotu ptaka, wystarczy dron. Kilkanaście lat temu trzeba było wsiąść do samolotu. Na elbląskim lotnisku pan Henryk wsiadał i patrzył, jak wygląda jego miasto z wysokości.
- Trzeba było mieć dobre oko i dobry sprzęt. Udało się namówić pilota, aby latał tam, gdzie było coś ciekawego. Dziś mam wątpliwości, czy udostępniać te zdjęcia, głównie ze względów bezpieczeństwa – opowiada. - Nie wiem, co Rosjanie tam wypatrzą.
Na zdjęciach widać, jak bardzo zmieniał się Elbląg. Tam, gdzie jeszcze kilkanaście lat temu było ściernisko, dziś widać ścisłą zabudowę. Oglądamy pusty Węzeł Wschód na szosie S7 na chwilę przed otwarciem. Dziś sznur samochodów nie ma końca, na zdjęciu widać zagubioną półciężarówkę, sztuk jedna.
Kolejny album i kolejne fotografie, tym razem zrobione niejako przy okazji działalności w Klubie Fotograficznym przy elbląskim oddziale PTTK.
- Z tego też powstały ciekawe zdjęcia prezentowane na wystawach. Wyszkoliłem kilku instruktorów fotografii, zorganizowaliśmy m.in. Ogólnopolskie Forum Fotograficzne – wspomina fotograf.
Przeglądam kolejne segregatory. Fotografia za fotografią. Elbląg, którego już nie poznam. W tyle głowy uparcie stuka myśl: o co chodzi z tymi dwoma zdjęciami. Kiedy pan Henryk o nich opowiada, głos mu drży.
Pierwsze: w sepii - chłopiec na postumencie jakiegoś pomnika. W tle ruiny miasta. W kadr nie zmieścił się słynny biały domek, w którym mieszkał Ferdynand Schichau – to z lewej strony kadru. Domek wkrótce zniknie z miejskiego krajobrazu, rozebrany przez żołnierzy. Z prawej (też poza kadrem) stoi budynek biurowy Zamechu, przy dzisiejszej ulicy Stoczniowej. Już na pierwszy rzut oka widać, że zdjęcie stare. Zrobione aparatem Box. Pierwsze zdjęcie zrobione przez Henryka Myślińskiego.

- Rok 1949. W czasie szkolnej przerwy wyskoczyliśmy na szkolny dziedziniec. Mój kolega Marian Dacewicz, z naszą pomocą, wdrapał się na postument po pomniku Ferdynanda Schichaua. Wtedy zrobiłem to zdjęcie. Wróciło do mnie 25 lat temu, Marian oddał mi je na pamiątkę naszej znajomości. Wykonane jest na kliszy rentgenowskiej. Nie pamiętam, skąd miałem kliszę, skąd miałem aparat i w jaki sposób wiedziałem, jak wywołać to zdjęcie. Może w szkole było kółko fotograficzne... Nie pamiętam... – wspomina Elblążanin. - Aparat był taki zwykły, prosty. Skrzynka taka kwadratowa. (fot. Henryk Myśliński)
Drugie zdjęcie skrywa tajemnicę. Na pierwszy rzut okaz to zwykły kwiatek. Bardziej zaznajomieni w botanice rozpoznają wiciokrzew. Ale gdy przyjrzymy się bardziej dokładniej, naszym oczom ukaże się podobizna tancerki.
- Pod werandą, w moim domku na wsi rośnie wiciokrzew amerykański. Małe, niepozorne kwiatki. Pewnego razu, jeden z nich dostał się na werandę. Nie wiem, jaki impuls kazał mi nacisnąć migawkę. Pobiegłem po aparat, zrobiłem zdjęcie i zostałem mile zaskoczony tym, co zobaczyłem. Wyszło niepowtarzalne, takiego ujęcia, aby na kwiatku pojawiła się tancerka, nie da się powtórzyć – wspomina fotograf. - To są dwie moje fotograficzne legendy.
.jpg)
Tancerkę na tym zdjęciu stworzyła sama natura. Kolory i kształty nasady kwiatu układają w postać kobiety w kapeluszu, a zielona kopuła wieńcząca od góry łodygę wygląda jak jej spódnica. Fot. Henryk Myśliński
Tu wyjaśnia się tajemnica dwóch zdjęć. Przez kilka godzin oglądałem kolejne albumy jubilata. A zdjęcia, jak twierdzi autor, są tylko dwa. Dlaczego w jego życiu chłopak na postumencie i wiciokrzew amerykański są takie ważne?
- Są niepowtarzalne i nie do ponownego odtworzenia. Tancerka na kwiatku raczej się już nie pojawi na innym zdjęciu. Marian na postumencie - to były narodziny pasji, której zostałem wierny przez całe życie. Gdyby wtedy nie wszedł na cokół, z naszą pomocą, to może nie patrzyłbym na świat przez okular aparatu – mówi Henryk Myśliński. - Reszta fotografii to było tylko zarejestrowanie stanu faktycznego, w określonym miejscu i czasie i określonych warunkach atmosferycznych. Na widok tych pierwszych fotografii ogarnia mnie wzruszenie, reszta nie wzbudza u mnie emocji. To „tylko” zapis codzienności.
Podobno aparat sam zdjęć nie zrobi, potrzeba kogoś kto naciśnie spust migawki. Ale jakiś aparat trzeba mieć. W witrynce stoi kilkadziesiąt. Różne: od Boxa, Aqua C, Smieny i Zorki, Fedy, Zenithy, Pentaxy i wiele innych.
- To tylko część kolekcji. Część porozdawałem, ale najładniejsze sobie zostawiłem wraz ze sprzętem. Największy sentyment mam do Sony zwanego popularnie młotkiem z obiektywem 1,2. To był chyba drugi aparat cyfrowy, który miałem. Ładne zdjęcia na nim wychodziły, był poręczny, stosunkowo prosty w obsłudze. Fotografowałem nim m.in. prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego – opowiada fotograf. - Gdyby policzyć, to ze 150 aparatów miałem. Oczywiście, kilka jednocześnie...
Dziś w pokoju, gdzie kiedyś mieściła się kabinka do wywoływania zdjęć, stoi skaner własnej roboty, zrobiony na bazie powiększalnika (przyrząd z czasów fotografii analogowej) i telefonu komórkowego. Henryk Myśliński niemal każdą wolną chwilę spędza nad digitalizacją swoich zdjęć, negatywów, slajdów i pozytywów. Potem lądują w odpowiednich katalogach, na odpowiednich dyskach przenośnych. A potem...

To w sumie niezwykłe urządzenie. Henryk Myśliński głowicę powiększalnika zastąpił uchwytem na smartfon i w ten sposób skanuje odbitki. (fot. Anna Dembińska)
- Fotografie niezwiązane z Elblągiem przekażę... tego jeszcze nie zdradzę. Te elbląskie trafią... może do Was, do portElu – kończy jubilat.