Jestem przywiązany do tego miejsca

Jak zostać bohaterem, przetrwać kilka wieków i stać się legendą? Czy całodobowe pilnowanie Bramy Targowej jest trudne, a fakt posiadania złotego nosa w czymś przeszkadza?
To miał być kolejny, zwykły dzień. Obudziłem mojego mistrza (który nota bene uważa, że wkładanie drewna do pieców przewyższa moje zdolności manualne) i zaczęło się. A to but nałóż, a to worek podaj, przynieś to, podaj tamto. Stary cap, nie ma co robić, tylko mnie dręczy, ale dać mi choć jeden bochen uformować, to już nie. Na moje nieszczęście to brat mojego ojca, wiadomo, jak jest – z rodziną nie wygrasz. Dlatego zanim wuj cokolwiek zacznie, wymykam się na chwilę na zewnątrz, żeby spotkać mojego dobrego koleżkę, który każdego ranka przechodzi koło naszego domu. Rozmawiamy o tym i tamtym, trochę o dziewczynach, ale nie za dużo, bo Gustaw to poczciwy chłopina. Niemalże codziennie chodzi do kościoła, zupełnie odwrotnie niż ja.
Tego dnia przybiegł całkiem zziajany, jakby go sam szatan gonił. – O Jezu Kryste, co żem widział!”
– Co? Czorta jakiegoś czy co?
– Prawie! Krzyżacy!
– Co ?! Ale gdzie?
– Kilka łokci przed miastem!
– Ale jak to? Krzyknąłeś o tym strażnikom ?
– Pewnie, ale nie wiem, czy mię zrozumieli!
Miałem wtedy przeczucie, że coś się będzie działo. Pobiegłem więc szybko z powrotem do domu, a tam co? Oczywiście wyrabianie chleba, cóż by innego. Krzyczę: Wuju, Krzyżacy idą!, a on mi na to: Jak mi zaraz nie włożysz czterech szpachli, to Ci pokażę, co oznacza Krzyżak!
Co miałem zrobić, wziąłem łopatę do ręki i wsuwam ten chleb, i wsuwam, i wsuwam… Nawet nie zauważyłem, jak się jakoś tak pustawo zrobiło w izbie.
– Skończyłem!
Nic, cisza.
– Skończyłem! Co teraz?
Dalej nic. Wyszedłem z izby, słychać jakiś szum, otworzyłem drzwi od domu, a tam… istne piekło!
Zawsze mówiłem, że mieszkanie niedaleko jakiegokolwiek wejścia do miasta jest złe. Jak będę miał własną piekarnię, na pewno nie postawię jej tak blisko! – tyle tylko zdążyłem pomyśleć, zanim przybiegł wuj i pociągnął mnie za fraki.
– Zostaw tę łopatę i leć do Anzelma (a to z kolei koleżka wuja) po popiół, te resztki cegieł, co ma na podwórku i jakieś drewno.
Kiedy przybiegłem z powrotem, wuja już nie było, okazało się, że wszyscy pobiegli do bramy. Co sił pognałem w jej kierunku, po drodze łapiąc moją łopatę (a nuż się przyda). Jakoś udało mi się przedostać na jej pierwsze piętro i podać wujowi ten popiół. W samą porę, bo choć sporo Krzyżunów wpadło do rzeki, to część się przedarła i znów zaczęła atakować. Przez chwilę przegrywali, popiół, drewna i wszelkie inne śmieci leciały im na głowę, ale skubane bestie zaczęły jakoś się organizować i powoli zbliżały się coraz bardziej. A na dodatek, nie wiedzieć czemu, ci strażnicy nie opuścili kraty! Najważniejsza rzecz! A teraz to już nikt o tym nie myślał.. Spojrzałem na swoją łopatę, wiele nie myśląc, zeskoczyłem, pobiegłem pod bramę i…trrrach ! Liny przecięte, bramy miasta zamknięte.
I tak zostałem bohaterem. Wszyscy mnie znacie jako Piekarczyka, który uratował miasto. Teraz stoję sobie pod bramą, patrzę na moje miasto i już na zawsze jestem jego strażnikiem. Spoglądam na każdego z was, cierpliwie pozwalam dotykać swojego nosa i nie uciekam, kiedy stajecie obok mnie strzelając jakimiś błyskawicami z małych pudełek. W takich chwilach myślę głównie o tym, ile macie szczęścia. Możecie tak po prostu wejść do bramy, w której ja walczyłem, oczywiście nie po to, żeby sypać komuś popiół na głowę. Doszły mnie słuchy, że w kwietniu brama ma być otwarta (tak, tak czasami zdarza mi się podsłuchiwać), podobno całkiem tam fajnie. Sam chętnie bym poszedł i posiedział, ale jak wiecie, jestem przykuty do miejsca, w którym stoję. Można powiedzieć, że jestem do niego przywiązany.
Pozdrawiam Was serdecznie, Wasz elbląski Piekarczyk
Kartkę tej treści znaleźliśmy kilka minut temu, gdy odśnieżaliśmy małą łączkę, by przygotować arenę do Śmigusa-Dyngusa. Naszym zdaniem to fałszywka, ale pewności nie mamy.
Tego dnia przybiegł całkiem zziajany, jakby go sam szatan gonił. – O Jezu Kryste, co żem widział!”
– Co? Czorta jakiegoś czy co?
– Prawie! Krzyżacy!
– Co ?! Ale gdzie?
– Kilka łokci przed miastem!
– Ale jak to? Krzyknąłeś o tym strażnikom ?
– Pewnie, ale nie wiem, czy mię zrozumieli!
Miałem wtedy przeczucie, że coś się będzie działo. Pobiegłem więc szybko z powrotem do domu, a tam co? Oczywiście wyrabianie chleba, cóż by innego. Krzyczę: Wuju, Krzyżacy idą!, a on mi na to: Jak mi zaraz nie włożysz czterech szpachli, to Ci pokażę, co oznacza Krzyżak!
Co miałem zrobić, wziąłem łopatę do ręki i wsuwam ten chleb, i wsuwam, i wsuwam… Nawet nie zauważyłem, jak się jakoś tak pustawo zrobiło w izbie.
– Skończyłem!
Nic, cisza.
– Skończyłem! Co teraz?
Dalej nic. Wyszedłem z izby, słychać jakiś szum, otworzyłem drzwi od domu, a tam… istne piekło!
Zawsze mówiłem, że mieszkanie niedaleko jakiegokolwiek wejścia do miasta jest złe. Jak będę miał własną piekarnię, na pewno nie postawię jej tak blisko! – tyle tylko zdążyłem pomyśleć, zanim przybiegł wuj i pociągnął mnie za fraki.
– Zostaw tę łopatę i leć do Anzelma (a to z kolei koleżka wuja) po popiół, te resztki cegieł, co ma na podwórku i jakieś drewno.
Kiedy przybiegłem z powrotem, wuja już nie było, okazało się, że wszyscy pobiegli do bramy. Co sił pognałem w jej kierunku, po drodze łapiąc moją łopatę (a nuż się przyda). Jakoś udało mi się przedostać na jej pierwsze piętro i podać wujowi ten popiół. W samą porę, bo choć sporo Krzyżunów wpadło do rzeki, to część się przedarła i znów zaczęła atakować. Przez chwilę przegrywali, popiół, drewna i wszelkie inne śmieci leciały im na głowę, ale skubane bestie zaczęły jakoś się organizować i powoli zbliżały się coraz bardziej. A na dodatek, nie wiedzieć czemu, ci strażnicy nie opuścili kraty! Najważniejsza rzecz! A teraz to już nikt o tym nie myślał.. Spojrzałem na swoją łopatę, wiele nie myśląc, zeskoczyłem, pobiegłem pod bramę i…trrrach ! Liny przecięte, bramy miasta zamknięte.
I tak zostałem bohaterem. Wszyscy mnie znacie jako Piekarczyka, który uratował miasto. Teraz stoję sobie pod bramą, patrzę na moje miasto i już na zawsze jestem jego strażnikiem. Spoglądam na każdego z was, cierpliwie pozwalam dotykać swojego nosa i nie uciekam, kiedy stajecie obok mnie strzelając jakimiś błyskawicami z małych pudełek. W takich chwilach myślę głównie o tym, ile macie szczęścia. Możecie tak po prostu wejść do bramy, w której ja walczyłem, oczywiście nie po to, żeby sypać komuś popiół na głowę. Doszły mnie słuchy, że w kwietniu brama ma być otwarta (tak, tak czasami zdarza mi się podsłuchiwać), podobno całkiem tam fajnie. Sam chętnie bym poszedł i posiedział, ale jak wiecie, jestem przykuty do miejsca, w którym stoję. Można powiedzieć, że jestem do niego przywiązany.
Pozdrawiam Was serdecznie, Wasz elbląski Piekarczyk
Kartkę tej treści znaleźliśmy kilka minut temu, gdy odśnieżaliśmy małą łączkę, by przygotować arenę do Śmigusa-Dyngusa. Naszym zdaniem to fałszywka, ale pewności nie mamy.