Żyją wśród nas

Codziennie spotykamy ich na ulicy. Obojętność wymieszana ze strachem sprawia, że odwracamy wzrok. Nie wiemy, jak się zachować, więc ucieczka jest najlepszym rozwiązaniem. Ostatnio poznałam pana Adama - człowieka mieszkającego od 8 lat w altance na działkach pod Elblągiem. Opowiedział mi swoją historię - subiektywną opowieść o sobie. Świat widziany oczyma pana Adama jawi się jako monstrualna machina, w której człowiek jest igraszką losu.
W życiu są sytuacje rzucające nas na kolana, po których ciężko się otrząsnąć. Jak pisał Edward Stachura: „ iść i padać, z-padłych-wstawać”. Czy są jakieś granice ludzkiej wytrzymałości? Zastanawiam się, jak dużo potrzeba, żeby „wylądować na ulicy”. Dlaczego ten problem dotyka tak wiele osób? Rocznie w elbląskim Domu dla Bezdomnych mieszka ok. 380 osób! Odnoszę wrażenie, że nie zdajemy sobie sprawy ze skali tegoż zjawiska. Szukałam odpowiedzi na te wszystkie pytania podczas spotkania z panem Adamem.
Historia tego człowieka nie zapowiadała tragedii. Pan Adam miał normalne życie, rodzinę, pracę, dom. Jego żona miała na imię Natalia, a o istnieniu syna dowiedziałam się od działkowicza, gdyż mój rozmówca zaprzeczył istnieniu potomka. Nadal zadaję sobie pytanie: dlaczego to zrobił. Niestety, nie znam odpowiedzi na to pytanie i zapewne nigdy jej nie poznam. Już podczas rozmowy telefonicznej z pracownikiem Domu dla Bezdomnych usłyszałam, że nigdy nie poznam prawdy o tym człowieku, a jedynie półprawdy.
Momentami miałam wrażenie, jakbym rozmawiała z alkoholikiem wybielającym się w oczach innych, istny „święty”. W żadnym momencie nie usłyszałam, że jest w jakimś stopniu winny obecnej sytuacji, zresztą nie mnie to oceniać.
Z opowieści pana Adama wynika, że przyczyny bezdomności są głęboko zakorzenione w problemach rodzinnych. Sam bardzo lakonicznie wypowiadał się na temat żony i ich relacji. Chociaż w historii pana Adama były dramatyczne chwile związane z pobytem w więzieniu, to powodów obecnego stanu rzeczy, o dziwo, doszukiwał się w sytuacji rodzinnej.
Za kratkami spędził 10 lat „za kradzież kilku desek z zakładu państwowego” - jak twierdzi. Opowiadał, że „za komuny” popularne było przysłowie: „Kradnij i nie daj się złapać”. Podczas pobytu w więzieniu żona odwiedzała go i przynosiła mu paczki. Po powrocie z więzienia żył w domu przez okres dwóch lat. Mieszkał w Dąbrowie niedaleko Elbląga, gdzie był zameldowany na stałe. Jednakże pod wpływem więziennych przeżyć zmienił się nie do poznania, co sprawiło, że jego małżeństwo rozpadło się i… zamieszkał w altance na działkach.
Żona dała mu pieniądze, by mógł wyprowadzić się z domu. Część pieniędzy roztrwonił, topiąc smutki w alkoholu, a za resztę kupił altankę, w której miał tymczasowo zamieszkać do momentu, gdy znajdzie coś nowego. Bynajmniej tak twierdził, gdy prosił o pozwolenie pozostania na swojej działce. Przepisy nie zezwalają na zamieszkiwanie na działkach. Jednakże sytuacja była wyjątkowa i nikt nie miał serca wyrzucić starszego człowieka na bruk.
Niestety, z roku na rok było coraz trudniej powrócić do „normalności”. W altance na działkach próbuje stworzyć namiastkę domu, pomimo opłakanych warunków socjalnych. Kran na zewnątrz i latryna dobudowana do altanki zastępuje „łazienkę”. Najbardziej wstrząsający był widok wnętrza jego lokum, coś nie do opisania. Życie na dwóch metrach kwadratowych musi być prawdziwą udręką. Jedyną pozytywną stroną mieszkania w altance jest kontakt z przyrodą, którego brakuje niejednemu „mieszczuchowi”. Na działce pana Adama jest sad z jabłoniami i gruszami. W obliczu niewyobrażalnej biedy potrafiłam dostrzec pozytywy jego położenia. Moja reakcja zaskoczyła nie tylko rozmówcę, ale i... mnie samą.
Pan Adam skarżył się na częste włamania i dewastacje jego altanki, a także ciężkie warunki bytowe. Jednakże na moją propozycję zamieszkania w Domu dla Bezdomnych przy ulicy Nowodworskiej stanowczo odmówił i jak się okazało, znał to miejsce tylko z opowiadań innych bezdomnych. Próbowałam przekonać go, a po trosze przekupić gorącą strawą oraz faktem, że jest tam po prostu ciepło. Mój rozmówca powiedział, że siostry zakonne trzymają tam dyscyplinę jak wojsku i zabierają prawie całe dochody, zostawiając pieniądze na papierosy. Pan Adam miał zbyt wiele do stracenia – wolność i... zasiłek socjalny w wysokości 440 zł. Warto dodać, iż zabrakło mu 4,5 roku do uzyskania renty. Natomiast powrót do domu nie wchodził w rachubę.
Pan Adam cierpi na cukrzycę. Z powodu nieleczenia choroby miał amputowane dwa duże palce u nóg i spędził 1,5 miesiąca w szpitalu. Poza tym starość powoli daje mu się we znaki i potrzebuje pomocy. Właśnie dlatego działkowicze zwrócili się z prośbą o pomoc do MOPS-u. Obecnie czekają na odpowiedź. Zresztą sami mówią, że są jak jedna wielka rodzina i nie mogą przejść obojętnie obok tragedii sąsiada.
Kiedy zapytałam, czego potrzebuje przed zbliżającą się zimą, odparł, że kawalerki! W tym momencie poczułam, że jest to istna abstrakcja i... niesprawiedliwość. Pomyślałam o wszystkich młodych ludziach, których znam, tułających się po stancjach, a także o małżeństwach z dziećmi, czekającymi latami na mieszkanie. Brak perspektyw na mieszkanie dotyka nie tylko bezdomnych; są to przede wszystkim ludzie wkraczający w dorosłe życie, którzy ciężką pracą i wieloletnimi wyrzeczeniami próbują zdobyć własny kąt, taki azyl spokoju i bezpieczeństwa.
Na tegorocznych replikach w „Światowidzie” wyświetlono film „Boisko bezdomnych” przedstawiający jakby równoległy do naszego świat. Z jednej strony jest to próba ukazania środowiska kloszardów od wewnątrz, a z drugiej uświadomienia, że każdy z nas może znaleźć się w takiej sytuacji.
Teraz na każdym kroku spotykam bezdomnych. Są wszędzie, niby obok nas, a jednak tak daleko, że pomocna dłoń jakoś nie sięga. Nie zbawimy świata, ale możemy okazać odrobinę życzliwości i uwagi drugiemu człowiekowi.