UWAGA!

Drogi Czytelniku,

uprzejmie informujemy, że w związku z wejściem w życie Rozporządzenia o Ochronie Danych Osobowych stworzyliśmy zgodną z nim politykę prywatności. Regulacje RODO zmuszają nas do wystąpienia z prośbą do Ciebie o zaakceptowanie jego postanowień, chociaż z praktycznego punktu widzenia nic się nie zmienia w sposobie korzystania z naszego serwisu.

Jedyną rzeczą, która może budzić Twoje obawy jest profilowanie. Wyjaśniamy, że w naszym przypadku, tak jak dotychczas, skutkuje ono wyłącznie tym, że jeśli uprzednio byłeś/aś na stronie jakiegoś biura podróży, to z dużym prawdopodobieństwem nasi zaufani partnerzy reklamowi tacy jak Google serwować będą banery z widokami złocistych plaż.

Prosimy zapoznać się z polityką prywatności stosowaną na naszej stronie i zaakceptować jej postanowienia.

Może później

Andrzeja Jewniewicza wspomnienia spod siatki

 
Elbląg, Trener siatkówki Andrzej Jewniewicz
Trener siatkówki Andrzej Jewniewicz (fot. Anna Dembińska)

- Sędziowałem wówczas na basenie siatkówkę plażową, kiedy tata przyszedł z Aśką. Kazałem jej poodbijać piłkę i już wtedy wiedziałem, że coś się kroi – tak Andrzej Jewniewicz wspomina pierwsze spotkanie z przyszłą gwiazdą siatkówki Joanną Wołosz. Elbląski trener zdradził nam kilka wspomnień ze swojej kariery.

- Jak się zaczęła Pana przygoda z siatkówką?

- Do sportu ciągnęło mnie od małego. Jakieś dużej kariery jako zawodnik nie zrobiłem, głównie ze względu na poważną wadę wzroku. Próbowałem lekkiej atletyki, piłki nożnej i łyżwiarstwa szybkiego. Na treningach łyżwiarskich mieliśmy okazję jeździć z Heleną Pilejczyk, naszym szczytem marzeń było utrzymać się dwa kółka za panią Lusią.

 

- I został Pan sędzią.

- Początek mojej pracy w sporcie nie był związany z siatkówką, tylko z piłką ręczną i Andrzejem Drużkowskim. Z różnych przyczyn, maturę pisałem w terminie poprawkowym we wrześniu, co zamknęło mi drogę na studia, bo już wtedy było po rekrutacji. Wtedy Andrzej Drużkowski wciągnął mnie do Startu na organizatora imprez masowych. Pomagałem przy organizacji meczów piłki ręcznej i bokserskich. Pół roku tam popracowałem, później przeszedłem do pracy w Wojewódzkiej Federacji Sportu, najpierw w delegaturze. Pierwsza była jednak siatkówka, bo jeszcze w I Liceum trener J. Adamski mnie wciągnął w sędziowanie. Od trzeciej klasy ogólniaka „gwizdałem” siatkówkę. Już pracując w Wojewódzkiej Federacji Sportu, ukończyłem kurs sędziego pierwszej klasy. Jednocześnie byłem „pracownikiem sportu”, organizowałem różnego rodzaju wydarzenia sportowe w Elblągu i sędziowałem siatkówkę. Na studia magisterskie na AWF w Warszawie się ostatecznie nie dostałem – odrzucił mnie lekarz ze względu na wadę wzroku. W 1980 r. udało się dostać na kurs trenerski na ten sam AWF, tym razem wada wzroku nie była przeszkodą. Kurs zrobiłem, w komisji egzaminacyjnej siedział m.in. Hubert Wagner. Mogłem zostać jeszcze i „zrobić” magistra, ale już nie miałem czasu ze względu na sprawy związane z siatkówką. Trochę żałuję, potem brak tych studiów trochę się odbił na mnie, ale... kto mógł to wtedy przewidzieć.

 

- Organizacja imprez sportowych okazała się przepustką do zostania trenerem.

- W WFS nadzorowałem m.in. siatkówkę, po roku istnienia Wojewódzkiego Związku Piłki Siatkowej zostałem jego sekretarzem. W 1977 r. skończyłem na kurs instruktora sportu organizowany wspólnie przez WFS i Wyższą Szkołę Wychowania Fizycznego w Gdańsku [dzisiejsza Akademia Wychowania Fizycznego i Sportu – przyp. SM]. Organizowałem w Elblągu m.in. zgrupowanie młodzieżowej reprezentacji Polski w siatkówce żeńskiej w 1978 r., z Maćkiem Binkiewiczem w roli trenera; rok później przyjechała na krótkie zgrupowanie kadra juniorów (męska) z trenerem Bronkiem Orlikowskim. Pochwalę się też, że miałem okazję w 1979 r. sędziować w hali przy ul. Kościuszki, mecz juniorskich reprezentacji Polski i Czechosłowacji. Długo by wspominać. Zorganizowałem turniej, na który przyjechały trzy pierwszoligowe (wówczas najwyższy szczebel rozgrywek), wicemistrz Polski Czarni Słupsk, Spójnia Gdańsk i Siarka Tarnobrzeg, trzy zespoły drugoligowe i siódmy - Orzeł Elbląg, rodzynek z III ligi. Pamiętam, że kogoś z II ligi udało się nam pokonać i turniej zakończyliśmy na przedostatnim miejscu. Był taki mecz z Czarnymi Słupsk, u rywalek grało pół reprezentacji Polski. Przegraliśmy równo 0:3, w setach 15:0, 15:0 i ostatnim udało się urwać dwa. Rok później był turniej na cztery drużyny, wtedy z pierwszej ligi przyjechał AZS AWF Warszawa i Gedania Gdańsk.

 

- Pierwszym sprawdzianem na stanowisku trenera był Orzeł.

- W 1978 r. przejąłem po J. Adamskim żeńską drużynę siatkówki, w Orle grającą w III lidze. Przypomnę, że wówczas w Elblągu mieliśmy też w Orle męski zespół siatkówki. Jeszcze jedno trzeba przy okazji przypomnieć: w sezonie 1959/60 r. w naszym mieście pierwszą ligę [wówczas najwyższy szczebel rozgrywek – przyp. SM] w żeńskiej siatkówce. Start Elbląg zajął wtedy 12 miejsce w lidze i spadł.

 

Od redakcji: Kolejność końcowa I ligi kobiet sezonu 1959/60: 1) AZS AWF Warszawa (mistrz Polski), 2) Wisła Kraków, 3) Gwardia Wrocław, 4) Legia Warszawa, 5) Start Gdynia, 6) Start Łódź, 7) Sparta Warszawa, 8) Odra Wrocław, 9) Gedania Gdańsk, 10) Unia Łódź, 11) Baildon Katowice, 12) Start Elbląg

 

- Po drużynie męskiej zostały tylko wspomnienia.

- Mieliśmy całkiem przyzwoitych zawodników, istniała liga miejska w siatkówkę, gdzie grali m.in. Jurek Bancerz, Włodek Gajdzis, bracia Rynkowscy, którzy jednocześnie walczyli w III lidze. Wcześniej Neptun i później Drużno  Elbląg walczyły o wejście do II ligi. Trenerem Neptuna był wtedy śp. Geniu Olszewski, który miał ambicje awansować. Moim zdaniem, w latach 1982 – 83, kiedy pracowałem w Orle, można było zbudować silny zespół na bazie żołnierzy, którzy przyjeżdżali do Elbląga do „Szkoły Nalazków”. Byli tu przecież tacy siatkarze jak Krzysiek Korbutt, Jacek Skrok, Zbyszek Sorbian. Miałem taki pomysł, jak kończyłem pracę w Orle, ale zarząd klubu niechętnie na to patrzył i ostatecznie, nic z tego nie wyszło. Po dodaniu do nich elbląskich siatkarzy byłaby paka, która „z palcem w nosie” weszłaby do II ligi.

 

Wyjazd w Polskę

- Po Orle trafił Pan do jednego z najlepszych ówczesnych klubów siatkarskich – Czarnych Słupsk.

- W Orle skończył się pewien etap – odeszły starsze dziewczyny, trzeba było zacząć od nowa. Do II ligi nie awansowaliśmy. Obiektywnie trzeba przyznać, że mieliśmy za silnych rywali, w naszym makroregionie grało zaplecze drużyn pierwszoligowych: Gedania, Spójnia Gdańsk, Start Gdynia. Przebić się było bardzo ciężko. Mieliśmy kilka fajnych meczów, kilka sympatycznych dziewczyn, m.in. na rozegraniu grała Mira Stankiewicz, obecnie dziennikarka Radia Olsztyn. Ale starsze dziewczyny odeszły, klub nie przyjął mojej propozycji stworzenia silnego zespołu w męskiej siatkówce i pewien etap się skończył. A ja dostałem propozycję z Czarnych Słupsk i do dziś wspominam to jako przygodę życia. Do tej pory Czarni to dla mnie najważniejszy klub.

 

- Ówczesny krajowy top.

- Czarni byli wtedy wicemistrzem Polski seniorek, później przez wiele lat zespół zdobywał mistrzostwa. Włodek Kasprzyk, pierwszy trener, powiedział mi wtedy: „Przychodzisz do nas, ale musisz sam zbudować zespół i pokazać, na co Cię stać”. Jednocześnie pomagałem Zbyszkowi Krzemińskiemu przy juniorkach młodszych. Z tymi juniorkami zdobyliśmy w 1984 r. złoty medal na spartakiadzie. W całych zawodach nie straciliśmy ani seta, wszystkie mecze równo po 3:0. To był mój pierwszy medal mistrzostw Polski. Rok później ten sam zespół, już w kategorii juniorek powtórzył sukces i też zdobył złoto. To przez długie lata był najlepszy zespół młodzieżowy w Polsce.

 

- Potem był Chemik Police.

- W 1989 r. Na Police namówiła mnie Danka Hałaburda, która właśnie wróciła z Włoch. Była wtedy w Słupsku trenerem młodzieży i jednocześnie trenerem reprezentacji juniorek. W Czarnych zmieniła się koncepcja prowadzenia zespołu i nie miałem szansy na objęcie pierwszego zespołu i musiałbym wrócić do pracy od podstaw z młodzieżą. Danka Hałaburda namówiła mnie na wycieczkę do Polic, mieliśmy tam pojechać i zobaczyć nową halę. Po 100 km od Słupska powiedziała, że w Policach zaproponują mi pracę. Tam była taka sytuacja, że była nowa hala i trzeba było stworzyć zespół. Jak przyjechaliśmy, to się okazało, że w Policach stworzono super warunki do pracy. Zgodziłem się, podpisałem kontrakt. Przez pierwsze miesiące budowaliśmy grupy młodzieżowe, po pół roku przystąpiliśmy do rozgrywek III ligi. Udało się tam ściągnąć dziewczyny z Juvenii Białystok, Kusego Szczecin, MKS Gdynia, dwie wziąłem ze sobą ze Słupska. Szliśmy jak burza, ale w połowie sezonu okazało się, że można się do II ligi dostać na skróty. W Szczecinie rozpadało się drugoligowe Ogniwo. Doszło do fuzji i sezon skończyliśmy grając jako Chemik – Ogniwo w II lidze. Jednocześnie w Chemiku prowadziłem drużynę juniorek, z którą zdobyliśmy mistrzostwo Polski w Kaliszu. To był mój pierwszy medal w roli pierwszego szkoleniowca, a trzeci ogółem. Utrzymaliśmy II ligę i w następnym sezonie, już jako Chemik, graliśmy w II lidze o awans. Kulisy awansu do I ligi Serii B, wówczas, były bardzo ciekawe. Mało brakowało, abyśmy nie awansowali, mnie by chyba w tych Policach powiesili wówczas. Najpoważniejszym rywalem do awansu był AZS Białystok. Kilka dni przed decydującymi meczami w Białymstoku, nasza rozgrywająca Adrianna Kociemska skręciła staw skokowy. Oczywiście gips i przymusowa przerwa. Zabrałem ją do Białegostoku jako dobrego ducha drużyny. Przed pierwszym meczem wymusiła zdjęcie gipsu. Podpisała kwity, że będzie grać na własną odpowiedzialność. Pierwszy mecz przegraliśmy 1:3. Wieczorem uspokajam swoje podopieczne: „To są studentki, może pójdą w miasto. One muszą wygrać dwa mecze, my jeden. Jeszcze jutro jest szansa.” Dziewczyny się wyspały i następnego dnia zrównaliśmy AZS z parkietem 3:0. Już nikt nie był nam w stanie zagrozić w drodze do I ligi. W Policach rano kibice czekali na nas z kwiatami. W juniorkach zdobyliśmy brąz. Mogło być złoto, ale w półfinale coś się stało. Wygrywamy 2:0 w setach 13:8 w trzecim secie. I coś się zacięło. Przegraliśmy 2:3. Brąz wygraliśmy z Gwardią Wrocław. Po tym turnieju siadła współpraca na linii dyrektor klubu – ja.

 

- I powrót do Słupska.

- Jurek Komorowski do mnie zadzwonił z propozycją powrotu. Czarni mieli wtedy brązowy medal i Puchar Polski. Miałem być drugim trenerem i prowadzić zespoły młodzieżowe. Medalu seniorek jeszcze wtedy nie miałem, z Jurkiem się przyjaźnimy i bardzo dobrze nam się pracowało, więc czemu nie. Wróciłem więc do Słupska. Co to był wtedy za sezon. Faworytem do medalu było Bielsko – umiejętnościami taki sam zespół jak my, ale miały 8 cm średnio przewagi wzrostu. To dużo. Po ciężkich bojach wygraliśmy ligę, a z Pucharze Zdobywców Pucharu byliśmy na czwartym miejscu. Turniej finałowy PZP odbywał się w Munster (Niemcy). Tam już się nie udało wygrać niczego, rywalki były poza naszym zasięgiem. Ale i to tak był bardzo duży sukces.

 

- Tam pojawiła się Milena Rosner (olimpijka i mistrzyni Europy), pierwsza chyba z „najsłynniejszych” wychowanek.

- W Słupsku, oprócz pracy w klubie, pracowałem w szkole. Poznałem ją w piątej klasie podstawówki. Była uczennicą w klasie sportowej, a po południu trenowała w Czarnych, w zespole młodziczek. Milena w I lidze zadebiutowała w wieku 14 lat, w meczu z PTPS Naftą Piła na wyjeździe. Na jej przykładzie można prześledzić koniec wielkiej siatkówki w Słupsku. Po mistrzostwie Polski władze miasta nawet się z zespołem nie spotkały, nie podziękowały. O sytuacji finansowej szkoda gadać, zatrudnieni byliśmy na bardzo dziwnych zasadach. I od razu trzy najlepsze zawodniczki: Teresa Worek, Baśka Haber i Irina Pietraczenko pożegnały się z Czarnymi. W następnym roku nie awansowaliśmy do czołowej czwórki, pechowo, zabrakło nam niewiele. I jak graliśmy w grupie spadkowej, to się nie pozbieraliśmy i spadliśmy do Serii B I ligi. Potem dalej do II i III ligi i takie balansowanie pomiędzy II, a III ligą. Końcówka mojej pracy w Słupsku była związana właśnie z Mileną. W Czarnych nie było już pieniędzy i Milena musiała odejść. Namówiłem ją, żeby po awansie do II ligi jeszcze rok nam pomogła i gdyby coś się udało stworzyć sensownego, to jeszcze raz usiedlibyśmy do rozmów. Działacze chcieli ją jednak przytrzymać na dłużej, ostatecznie zjawił się Janusz Biesiada z Gedanii Gdańsk, zaproponował takie pieniądze i takie warunki, że Milena pojechała do Gdańska.

  Elbląg, Puchary trenera
Puchary trenera (fot. Anna Dembińska)

 

- Potem trener trafił do Gdańska.

- Poszedłem na drugiego trenera do Witka Jagły oraz prowadziłem juniorki. W seniorkach mieliśmy za zadanie wprowadzić Gedanię na najwyższy szczebel rozgrywek. Udało się nam, do tego dołożyłem mistrzostwo Polski juniorek z Mileną Rosner i Izą Bełcik na rozegraniu, Emilią Reimus, Anią Olczyk. W następnym sezonie zdobyliśmy w seniorkach piąte miejsce w ekstraklasie. Niecodzienna sytuacja miała miejsce podczas finałów turnieju juniorek. Finał był w Łodzi, w hali ŁKS – u obok stadionu piłkarskiego. Gramy z ŁKS – em, 1:0 w setach, w drugim prowadzimy 4:2, sytuacja pod kontrolą. A tu nagle szyby w oknach lecą. Na dole, pod halą, tłukli się kibole Widzewa i ŁKS – u. Mecz przerwany na 40 minut. Po powrocie na parkiet wypadliśmy z rytmu. Cały mecz wygraliśmy 3:2, ostatecznie do czwórki nie awansowaliśmy przez najgorszy stosunek setów w grupie. Szkoda, bo mimo że mieliśmy młodziutki zespół, stać nas było, żeby powalczyć o medal.

 

Powrót do domu

- Coraz bliżej Elbląga...

- Z Gedanią rozstałem się w dość dziwnych okolicznościach. Witek Jagła, postanowił ukarać jedną z ówczesnych gwiazd Gedanii. Ta się nie zgodziła i poszła na skargę do prezesa. Ten wziął jej stronę i zdecydował o zwolnieniu Witka. Ja miałem wybór, czy zostać, czy nie. Zdecydowałem się być lojalnym wobec Witka i wróciłem do Elbląga. To było podczas przygotowań do nowego sezonu.

 

- Na krótko.

- Rodzina namawiała, żeby został ze względów rodzinnych. Mira Stankiewicz i Ania Ciołek namawiały na to samo ze względów sportowych. Prawie im się udało, ale w grudniu dostałem propozycję objęcia Piasta Szczecin, wówczas w I lidze i awansu do ekstraklasy. Pojechałem, dogadałem się, zostałem w Szczecinie. Ligę wygraliśmy. Ale wówczas dwie pierwsze drużyny po sezonie zasadniczym, grały finał o bezpośredni awans. Przegrany grał baraż z drużyną ekstraklasy. Myśmy ten finał przegrali w dość niejasnych okolicznościach. Baraż z ekstraklasowym Nike Węgrów przegraliśmy, ale to żadna niespodzianka – Nike było po prostu silniejsze. Urwaliśmy im pierwszego seta w pierwszym meczu i to było wszystko na co było nas wtedy stać. W trzecim meczu w Szczecinie też wygraliśmy tylko seta i zostaliśmy na następny sezon w I lidze. Z Piasta odszedłem, bo nie mogliśmy się z prezesem dogadać w kwestiach finansowych.

 

- I po latach, półżartem można powiedzieć tułaczki, w końcu powrót do Elbląga.

- Nie będę ukrywał, że takie życie na walizkach odbiło mi się na życiu prywatnym. Wróciłem do Elbląga i zastałem... no nic nie zastałem, żeńskiej siatkówki nie było. Dziewczyny grały sobie hobbystycznie w różnych turniejach towarzyskich. Mira Stankiewicz była animatorem tego zespołu. To był 2001 r., w Elblągu jest tylko męska drużyna siatkówki. Namówili mnie, żeby przy Truso spróbować reaktywować drużynę dziewcząt.

 

- Na bazie czego?

- Parę dziewczyn miał Kaziu Stankiewicz, kilka dziewczyn trenowało u Oli Pietrulewicz, w szkołach. Objąłem tę grupę i tak jako wolontariusz prowadziłem te dziewczyny. Potem Janusz Pająk oraz klub pomogli mi poprzez program Animatora Sportu. Już na samym początku brakowało pieniędzy. Fajnie się pracowało, bo była ciekawa grupa dziewczyn.

 

- No i trafił się diamencik – Asia Wołosz.

- Asia Wołosz chodziła wówczas do piątej klasy podstawówki. Jej brat Maciek też był siatkarzem. Do mnie przyprowadziła ją Mira Stankiewicz z propozycją, żebym zabrał ją na obóz sportowy do Sztutowa. Pamiętam pierwsze spotkanie. Sędziowałem wówczas na basenie siatkówkę plażową, kiedy tata przyszedł z Aśką. Kazałem jej poodbijać piłkę i już wtedy wiedziałem, że coś się kroi. Pojechaliśmy na obóz, Aśka była niesamowicie uzdolniona. To jest moja zasługa, że ona gra na rozegraniu. Pamiętam taką rozmowę, już wtedy wiedziałem, że ona zajdzie wyżej. Zapytałem się jej o plany sportowe, gdzie by chciała grać. Odpowiedź brzmiała „W reprezentacji Polski”. Kiedy rozpoczynała treningi ze mną, to nie miała 160 cm wzrostu. Najlepiej nadawała się na rozegranie, ale lubiła sobie zaatakować. Rywalki mniej lubiły, jak atakowała, ale o to w tym wszystkim chodzi. Do ataku w siatkówce trzeba mieć wzrost. Można było podejrzewać, że urośnie, patrząc np. po rodzicach. Ale pewności wówczas nie było. Powiedziałem jej wtedy wprost, że jako rozgrywająca ma szansę zrobić karierę, jako atakująca – to nic pewnego. Z żalem, bo z żalem ale pogodziła się z tym rozegraniem. I w następnym roku urosła chyba z dziewięć centymetrów. Ale pozycji na parkiecie już nie zmieniła. Podczas meczów z nią w składzie wykorzystywałem to, ze mogła grać i w ataku i na rozegraniu i często graliśmy na dwie rozgrywające, co nasze rywalki czasami doprowadzało do łez. Na tym obozie przygotowywaliśmy się do startu w III lidze i do rozgrywek młodziczek. Grupa była bardzo mieszana: trochę starszych zawodniczek i trochę całkiem młodych: m.in. Asia Wołosz, Tamara Kaliszuk, Angelika Adamkowska, Monika Skarżyńska. Pewną ciekawostką jest fakt, że w drużynie była też starsza siostra Aśki – Gosia.

 

- Grupa młodziczek Truso z Aśką Wołosz zdobyła wicemistrzostwo Polski w swojej kategorii wiekowej.

- To, co one grały wtedy z Tamarą Kaliszuk, to się dziś rzadko nawet na boiskach Superligi ogląda. Ten medal był nieprzypadkowy. Turniej finałowy graliśmy w Tomaszowie Lubelskim. Finał z gospodyniami. Na sali, gdzie miejsc dla kibiców było może z 50, może 60 było tych kibiców 300, albo 400. Doping niesamowity i dziewczyny się zdeprymowały. Ale np. w półfinale ograliśmy Gedanię – faworyta całego turnieju, który miał wszystkich nosem wciągnąć. A tu niespodzianka.

 

- A Pan został trenerem kadry wojewódzkiej.

- Kadrę wojewódzką objąłem rok wcześniej. Wyzwanie było spore, ale patrzyłem optymistycznie: cztery zawodniczki z kadry były w Truso, cztery kolejne w MMKS Iława, które udało się przeciągnąć do Elbląga. W kadrze były jeszcze dwie dziewczyny ze Zrywu Iława. Jako kadra, najpierw zdobyliśmy czwarte miejsce na Turnieju Nadziei Olimpijskich. Dostałem za to puchar dla trenera, który zrobił największy postęp: w poprzednim turnieju nasze województwo było szesnaste. Dwa lata później (2006 r.) z kadrą opartą na siatkarkach Truso i Zrywu Volley Iława, później zdobyliśmy srebro na Ogólnopolskiej Olimpiadzie Młodzieży w Iławie. To był jedyny medal w grach zespołowych dla naszego województwa na tych zawodach. Pamiętam ćwierćfinał ze Śląskiem – tam pół reprezentacji Polski. My, w grupie zajęliśmy drugie miejsce, drużyny z pierwszego mogły sobie wybrać rywali do ćwierćfinału. Dziewczyny do mnie przyszły i mówią, że Ślązaczki już się zastanawiają, z kim będą grać w finale i koszulki przymierzają. Odpowiedziałem, że trzeba je ograć. Przegrywamy dość wysoko pierwszego seta. W drugim przegrywamy 23:24. Wtedy zrobiłem zmianę, zaskoczyłem trochę rywalki i drugiego seta wygraliśmy na przewagi. W trzecim secie zmietliśmy Śląsk z parkietu. 15:4. W półfinale, po ciężkim boju, pokonaliśmy Pomorze Zachodnie 2:1. W finale graliśmy z Pomorzem, opartym na zawodniczkach Gedanii. Tu już grało się do trzech wygranych setów. Pokonały nas, ale nie ma się co dziwić – były ograne w II lidze, niektóre miały nawet epizody w ekstraklasie. To srebro w kadetkach to był olbrzymi sukces, przyjemnie się na tę ich grę patrzyło.

 

- Mając takie zaplecze można było pomyśleć o poważniejszej siatkówce w Elblągu.

- Jako Truso graliśmy tym samym zespołem w rozgrywkach młodzieżowych oraz o awans do II ligi kobiet. Był taki moment, że rodzice zawodniczek powiedzieli wprost: albo wchodzicie do II ligi, albo dziewczyny jadą w Polskę, bo one są za dobre na III ligę i tu się więcej nie rozwiną. Zaakceptowałem ten układ, z Pałacu Bydgoszcz miała Kamińska i Winiarska, pomóc w walce o awans. Bylibyśmy faworytem. Jednak potrzebne było 6 tys zł na wypożyczenie dla zawodniczek: po 3 tys. zł za turniej półfinałowy i finałowy. Niestety, tych pieniędzy nie znaleźliśmy. Klub nie dał, bo nie miał. Przyszły sponsor E Leclerc jeszcze w tym momencie nie mógł nas wspomóc finansowo. Własnymi siłami nie byliśmy w stanie awansować. Trafiłyśmy na drugą drużynę AZS AWF Warszawa. One przyjechały wzmocnione zawodniczkami „jedynki” i było pozamiatane. Próba awansu zakończyła się już na turnieju półfinałowym, cała podstawowa czwórka dziewczyn: Asia Wołosz, Tamara Kaliszuk, Asia Kocemba, Jowita Jaroszewicz odeszła w Polskę. Ja zostałem w Elblągu jeszcze rok, ale już się nie udało zbudować takiej drużyny.

 

- Potem był sezon w Sparcie Warszawa.

- Z różnych przyczyn, odszedłem. Byłem tam w sezonie 2007/08. Grała m.in. córka Zygmunta Chajzera, to z takich ciekawostek. Nieciekawa atmosfera panująca w klubie spowodowała, że po sezonie zdecydowałem się odejść. Byłem dogadany w Ostrołęce, która chciała budować silną drużynę siatkówki. Mieli tam porządne pieniądze Ale w tzw. „międzyczasie” zadzwonił prezes E Leclerc z Elbląga i zaczął mnie namówił mnie na powrót. Koncepcja była taka, żeby przenieść siatkarki z Truso do Orła. W zasadzie, to mi było na rękę. Przyszedłem, starsze dziewczyny przyszły z Truso do Orła, zaczęliśmy budować zespół, pościągaliśmy trochę zawodniczek. Trochę bocznymi drzwiami weszliśmy do II ligi. Wprawdzie na turnieju o wejście w Kaliszu zajęliśmy trzecie miejsce, ale były wolne miejsca i wykorzystaliśmy szansę, pieniądze się znalazły. I tak przez kilka lat Orzeł miał ten zespół drugoligowy. Chciałbym w tym miejscu podziękować prezesowi E Leclerc, bez niego nie byłoby w Elblągu II ligi.

 

- To już najnowsza historia i pamiętamy próby awansu szczebel wyżej.

- Był taki jeden sezon, gdzie w składzie mieliśmy zawodniczki ze stażem w ekstraklasie. Wprawdzie zawodniczki „ławkowe”, ale doświadczenie z ekstraklasy miały. Na poziomie II ligi to robiło różnicę. Chcieliśmy powalczyć wtedy o więcej, ale w półfinale trafiliśmy na Legionovię Legionowo, która wówczas zaczynała swój marsz do ekstraklasy. Nie byliśmy w stanie powalczyć. W następnym roku znów mogliśmy grać o awans. Trafiliśmy na turniej do Opola, gdzie były silniejsze zespoły i się nie udało. Kolejny rok – było blisko. O pierwszą ligę graliśmy w Tarnowie, sezon zasadniczy mieliśmy rewelacyjny: chyba tylko jedna, albo dwie porażki. W Tarnowie faworytem był AZS Opole, który miał skład z doświadczeniem ekstraklasowym i pierwszoligowym. Wiadomo było, że one wychodzą z pierwszego miejsca. Z pozostałymi można było powalczyć. Dwa pierwsze zespoły z turnieju półfinałowego wchodziły do I ligi, już bez względu na wynik turnieju finałowego. Pierwszy mecz z Tarnovią. Na hali prawie tysiąc osób. Doping niesamowity, własnych myśli nie było słychać. Dziewczyny się zdeprymowały i skończyło się porażką. Z AZS – em Opole graliśmy już fajny mecz, ale doświadczenie rywalek wzięło górę. O trzecie miejsce z BlueSoft Masovią Warszawa. Wygraliśmy, ale trzecie miejsce to skazywało nas na II ligę w następnym sezonie. Jednak okazało się, że Tarnovia zrezygnowała z awansu i mogliśmy zająć jej miejsce. Potrzebne były pieniądze, których znów w Elblągu, niestety, nie znaleźliśmy. Szkoda, bo organizacyjnie to by nas pchnęło bardzo do przodu, nawet gdybyśmy mieli spaść po sezonie. Fakt: na grę w I lidze trzeba było mieć ok. 100 tys zł więcej niż wynosił nasz budżet. Pieniądze się nie znalazły i szansa przepadła. Później jeszcze raz graliśmy w czwórce, przegraliśmy, można powiedzieć zdrowotnie. Monice Tchórzewskiej podczas meczu z BlueSoftem Masovią „wyleciało” kolano. Efektem tego było zakończenie przez nią kariery.

 

- Ostatnie lata to walka o utrzymanie.

- Jeszcze [rozmawialiśmy we wtorek 9 czerwca – przyp. SM] ważą się losy, czy Truso przystąpi do rozgrywek II ligi. Chodzi o pieniądze. Jeżeli teraz stracimy II ligę, to długo możemy się nie podnieść Młode dziewczyny trenowane przez Olę Pietrulewicz, Kazia Stankiewicza i Wojtka Samulewskiego muszą mieć perspektywy dalszego rozwoju w Elblągu. Ola i Kaziu mają medale mistrzostw Polski w kategoriach młodzieżowych. Polski Związek Piłki Siatkowej przerwał sezon, gdy dziewczyny przygotowywały się do play – outów. Nawet gdybyśmy przegrali w pierwszej rundzie, to drugiej bylibyśmy faworytem tego pojedynku. Ale PZPS zdecydował o utrzymaniu wszystkich zespołów Moim zdaniem, nasze miasto nie docenia trochę siatkówki żeńskiej. Moglibyśmy się pochwalić Olą Kruk, Aśką Wołosz, Tamarą Kaliszuk, Asią Kocembą, Jowitą Jaroszewicz i kilkoma innymi zawodnikami. Trochę więcej promocji tych dziewcząt by się przydało.

 

- Dziękuję za rozmowę

 

Dorobek medalowy Andrzeja Jewniewicza w mistrzostwach Polski w różnych kategoriach wiekowych:

1 trener: 2 złote medale, 4 srebrne i 1 brązowy

2 trener: 3 złote medale, 1 srebrny, 1 brązowy, 4 miejsce w Pucharze Zdobywców Pucharu z Czarnymi Słupsk.

 

Szóstka wychowanek Andrzeja Jewniewicza, która grała lub gra w kadrze Polski: Milena Rosner (Czarni Słupsk), Joanna Wołosz (Truso Elbląg), Edyta Piasecka (Czarni Słupsk), Izabela Kozak (Czarni Słupsk), Adrianna Kociemska (Czarni Słupsk), Tamara Kaliszuk (Truso Elbląg).

rozmawiał Sebastian Malicki
Polub ten artykuł
Polub portEl.pl
A moim zdaniem...
Reklama