UWAGA!

----

Gala, która zatrzęsła Elblągiem

 Elbląg, Gala, która zatrzęsła Elblągiem
Fot. Anna Dembińska

Nie każdy dzień zapisuje się w sportowej pamięci miasta, ale sobotni wieczór w Elblągu zrobił to bez pytania o zgodę. Nudy nie było, poziom walk z segmentu premium, a gdy miejscowi bohaterowie wchodzili na ring, atmosfera w hali przypominała wybuchający gejzer rozlewający energię po trybunach. Każdy cios, każda wymiana rezonowała echem krzyków, oklasków i wrzasków, porywając przy tym każdego, kto znalazł się w epicentrum tego widowiska. Zobacz zdjęcia.

Ósma gala Strike King przeszła już do historii. Od pierwszego gongu było jasne, że wydarzenie wciągnie, tym bardziej że poziom emocjonalny dla elbląskiej publiczności został dopieszczony. Pięciu reprezentantów naszego miasta stoczyło walki efektowne, każda z nich pełna adrenaliny, choć zakończyły się różnymi rezultatami.

Przebieg gali? Bez sentymentów, walki od początku wchodziły w tryb konfrontacji. Małe rękawice robiły swoje. Wymiany różne, raz krótkie, raz dłuższe, ale zazwyczaj konkretne. Zanim przyszła pora na główne dania wieczoru, kibiców uraczono równie intensywnymi pojedynkami, które skutecznie podgrzały atmosferę i przygotowały grunt pod kulminację.

 

Walka otwarcia

W narożniku białym stanął Maciej Sowa, w zielonym Patryk Różański z Gdańska. Początek spokojny, badanie dystansu i lekkie sprawdzanie przeciwnika. Różański szybko pokazał jednak, że ma plan: niskie kopnięcia, które stopniowo budowały przewagę. Z każdą kolejną sekundą walka nabierała dynamiki: pojawiły się obrotówki, szybkie kombinacje i zdecydowane low kicki, które jednoznacznie przesuwały szalę punktów na jego stronę.

Sowa przed trzecią rundą znalazł się w sytuacji, w której nie miał nic do stracenia i musiał próbować przejąć inicjatywę, szukać nokautu. Różański jednak konsekwentnie realizował swój plan, skrupulatnie punktując i nie dając szans na odwrócenie losów walki. Ostatecznie zwycięstwo padło jego łupem bez cienia kontrowersji, przewaga na kartach sędziowskich była wyraźna, a doświadczenie gdańskiego zawodnika zrobiło swoje.

 

Elbląscy bohaterowie

Pierwszym był Rafał Kula. Mistrz Polski młodzieżowców, mający na koncie 16 zwycięstw i 4 porażki w amatorskich pojedynkach, na co dzień trenujący muay thai, które stanowi fundament jego stylu. Wszedł między liny z charakterystyczną dla siebie agresją i pewnością. Od pierwszych sekund próbował narzucić swoje tempo, bazując na dynamicznych kopnięciach i szybkich kombinacjach bokserskich.

Jego przeciwnik, Oktawian Lewczak, narożnik biały, zaczął jednak agresywnie, ale Rafał nie zamierzał odpuszczać. Kto wygrał pierwszą rundę, bez skrupulatnej analizy było to wręcz nie do ustalenia. W drugiej, w 40 sekundzie, Lewczak wymagał interwencji cutmana, z jego nosa lała się krew. Wydawało się, że prowadzi Kula. Emocji nie brakowało, było krwawo, było agresywnie, w punktacji prowadził elblążanin… tak się wydawało.

Runda trzecia ewidentnie dla Lewczaka. Kto zatem wygrał? Pojedynek niezwykle wyrównany, ale ostatecznie stosunkiem głosów 2:1 zwyciężył Lewczak. Werdykt przyjęto przeraźliwą salwą gwizdów. Kontrowersja? Niewątpliwie.

 

Julek King

Drugim zawodnikiem z naszego miasta, który wszedł do ringu, był Julian Rynkowski. Sportowiec z ponad 20-letnim doświadczeniem w Sambo Combat. Gdy Julek przekroczył linię ringu, trybuny zareagowały po raz drugi tak żywiołowo. Nic w tym dziwnego, do walki stanął dwukrotny mistrz Polski Sambo Combat w kategorii 79 kg, medalista Mistrzostw Europy Hand to Hand Fighting, ale podczas Strike King 8 stoczył walkę w K1 w małych rękawicach.

– Specjalnie odpuściłem start w turnieju w Holandii, by zawalczyć w Elblągu, przed własną publicznością, przed żoną i córką. To dla mnie wielkie wydarzenie – mówił Julian Rynkowski na konferencji prasowej zapowiadającej galę.

Kibice docenili, dopingowali go tak intensywnie, że gdyby HSW miała sejsmografy mogłyby wskazać trzęsienie ziemi.

W narożniku białym Julian Rynkowski, w zielonym Bartłomiej Śleszyński z Pruszcza Gdańskiego. Elblążanin wszedł do ringu jak po swoje, od początku pewny, zdecydowany, ale trzeba uczciwie przyznać, że rywal też miał swoje momenty i nie zamierzał być tylko tłem. Po pierwszej rundzie z narożnika padło krótkie „kiwka, dół” i Julek w drugą odsłonę wszedł niemal idealnie. Jedna z kombinacji posłała przeciwnika na deski i wydawało się, że kontrola jest po jego stronie.

Z czasem jednak tempo zrobiło swoje, a Rynkowski wyglądał, jakby zaczynało brakować tlenu. Po trzech rundach nie było zwycięzcy, nie było werdyktu, była za to dogrywka, czyli czysta walka charakterów. Pojedynek zrobił się szalony, wykańczający, ale przy tym cholernie emocjonujący. „Walczyliście na charakterze” – mówił konferansjer i trudno się z tym nie zgodzić. Ostatecznie sędziowie wskazali na Bartłomieja Śleszyńskiego, który wyszarpał zwycięstwo po niezwykle twardej i wyrównanej bitwie.

– Dziękuję za doping, chyba pesel zaczyna już przeszkadzać, muszę pomyśleć co dalej - mówił po walce Rynkowski, którego żegnały wielkie brawa.

 

Krans jakby w transie

Bartosz Krans wszedł do ringu z wibrującą w powietrzu determinacją. Kibice nie byli bierni, było głośno i jasno wskazywali kto jest ich faworytem. Symbioza pełna, doping nieustanny, Bartosz walczył jak w transie. Zaczął tak agresywnie, że wydawało się, że walka za chwilę się skończy. Poruszał się lekko, pewnie i z polotem. Jego występ był pokazem nie tylko umiejętności, ale także radości z walki, która udzielała się wszystkim dookoła.

Zielony narożnik należał do przeciwnika, pochodzącego z Kwidzyna Jakuba Wagi. Od początku przeżywał katusze, bo Krans wyglądał szalenie pewnie. Nokaut wisiał w powietrzu. Ostatecznie pierwsza runda minęła w całości, ale wygrana na punkty przez Kransa nie podlegała dyskusji.

Druga odsłona to ponowne kombinacje Kransa. Łuk brwiowy przeciwnika został rozcięty, ale ostatni cios należał do Wagi. Krans go odczuł i lekko się zachwiał. Trzecia runda była namaszczona faulami, brzydka. Po jednym z klinczy Waga rzucił elblążaninem, który upadł na wcześniej kontuzjowane kolano. Ból był tak silny, że Krans już nie wstał. Szkoda przede wszystkim zdrowia zawodnika, ale także braku ogłoszenia werdyktu, bo na kartach punktowych prowadził lokalny bohater. Ostatecznie jednak decyzja nie mogła być inna, Krans wygrał wobec dyskwalifikacji Wagi. Po walce Jakub przeprosił Kransa, a także zgromadzoną publiczność, podkreślając, że faul wynikał z intuicyjnego zachowania w klinczu.

 

Czajnik gwizdał w rytm Czajki

Paweł „Czajnik” Czajka to weteran, który nigdy nie odpuszcza. Trzykrotny wicemistrz Polski, zdobywca Pucharu Polski i brązowy medalista mistrzostw seniorów od pierwszego gongu narzuca tempo i wciągał przeciwnika w swoją grę. Boks w małych rękawicach wymaga refleksu, szybkości i inteligencji ringowej, a Czajka ma to wszystko. Udowadniał w przeszłości wielokrotnie, chociażby podczas walk na gołe pięści w Gromdzie, federacji wyłącznie dla charakternych chłopaków.

Podczas Strike King zmierzył się z Dominikiem Dąbrowskim. Pierwsza runda była wyrównana, każdy miał swoje momenty i nikt nie zamierzał odpuszczać. W drugiej Czajnik trafił idealnym lewym prostym, ale później to Dąbrowski punktował i zaznaczał swoją obecność w ringu. „Kiwka i cios”, „obudź się, co robisz!” - niosło się się jednak z jego narożnika przed ostatnią rundą. Ta była już czystą walką charakterów. Wyniszczająca, ciężka, momentami chaotyczna, gdzie pod koniec obaj zawodnicy jechali już głównie na ambicji. Ostatecznie bohaterowie walki numer sześć dali kibicom kawał dobrej bijatyki, a jednogłośną decyzją sędziów zwyciężył Paweł Czajka.

– Myślałem, że walka jest remisowa. Każdy miał swoje momenty, ale chyba precyzyjniejszy byłem ja - podsumował ze skromnością Czajka.

 

Sylwester o 22:30

Jako ostatniego z elbląskich zawodników zobaczyliśmy Sylwestra Stempniewskiego. Od początku narzucił presję, tempo i nie pozwolił rywalowi złapać oddechu. Zawodnik KSW Tygrys Elbląg pokazał, dlaczego jego ponad 100 walk amatorskich i lata spędzone w kadrze Polski to prawdziwa szkoła boksu. Szybkie kombinacje, dynamiczne wymiany i inteligentne ruchy sprawiały kłopoty przeciwnikowi. Sylwester w grudniu to fajerwerki, Sylwester Stempniewski to fajerwerki w ringu.

Walka bezdyskusyjnie była jednym z tych momentów, przy których hala była o krok od eksplozji emocji. Sportowo pełna kontrola, więcej celnych ciosów, swoboda i świeżość umysłu, wszystko po stronie Sylwka.

– Chciałem powalczyć na całym dystansie, żeby dać trochę widowiska i się udało. Miałem sytuacje, nie chciałem kończyć, chciałem dać radość kibicom - podsumował Stempniewski i trudno się z tym nie zgodzić.

Pojedynek od początku do końca pod jego dyktando i zwycięstwo, które nie pozostawiło żadnych wątpliwości.

 

  Elbląg, Gala, która zatrzęsła Elblągiem
Fot. Anna Dembińska

W międzyczasie

Piotr Cybulski zmierzył się z Marcinem Nicińskim. Przewaga drugiego szybko się uwidoczniła. W tej walce padł pierwszy nokaut wieczoru. Sierp trafiony tak precyzyjnie i piekielnie mocno, że Cybulski runął na deski. Pomoc medyczna była niezbędna, Niciński „uśpił” przeciwnika już w pierwszej rundzie.

Oglądaliśmy także walkę międzynarodową, Erzan Blaku z Niemiec stanął w szranki z Polakiem z Gdyni, Alanem Kalskim. Walka zakończyła się zwycięstwem Niemca.

Nie zabrakło tego wieczoru jeszcze jednego spektakularnego nokautu. Artur Rawski zmierzył się z Szymonem Majewskim, a efektowny sierp w wykonaniu Rawskiego zakończył starcie już po 1 minucie i 24 sekundach. Drugi nokaut wieczoru.

 

Co-main event

W drugim najważniejszym starciu wieczoru, Patryk Kłak bronił mistrzowskiego pasa w kategorii do 70 kg. Pierwotnie miał walczyć z Brazylijczykiem Mauro Nunesem, ostatecznie zmierzył się ze Słowakiem Jurajem Hrivnakiem. Faworyt był jeden: Polak.

Kłak od początku na luzie, z gardą tak szczelną, że nawet mucha nie miałaby tam czego szukać. Kontrolował tempo, a przy okazji regularnie obijał korpus przeciwnika. Latające kolana dodawały tej walce kolorytu i podkręcały tempo. Od pierwszego gongu zaznaczał przewagę, a w trzeciej rundzie miał rywala już praktycznie na widelcu. W powietrzu wisiało wrażenie, że Hrivanka za chwilę padnie, ale ostatecznie dotrwał do końca. Rezultat był jasny jeszcze przed oficjalnym werdyktem, mistrzowski pas pozostał w rękach Polaka.

– Dałem dobrą walkę, znowu. Kondycyjnie było dobrze, na siłę nie chciałem kończyć, nie chciałem dostać na łepetynkę. Z małych Polkowic wychodzę na duże ringi - podsumował Patryk Kłak.

 

Walka wieczoru

Główną atrakcją gali był pojedynek Kacpra Muszyńskiego z Danem Lungu. Polak, znany ze sceny K-1 zmierzył się z doświadczonym Mołdawianinem. Nasz rodak jest rankingowany na 6. miejscu na świecie w kategorii lekkiej, pozostając najwyżej notowanym polskim kickbokserem ostatnich lat.

Bilans 28-1 sugerował kolejną dominację i choć walka nie była spacerem, Muszyński od początku miał ją pod kontrolą. Rywal momentami sprawiał problemy, poruszał się niewygodnie, próbował unikać otwartych wymian, ale to Polak punktował częściej i dokładniej. Ostatecznie zwycięstwo było pewne, przypieczętowane na kartach sędziowskich. Wynik 3-0 nie pozostawił żadnych wątpliwości.

– Nie jestem rozczarowany. Przeciwnik był dobry, ale dałem z siebie wszystko. Trochę mi uciekał, ale udało się wygrać - podsumował swój pojedynek Muszyński.

O gali, lokalnych bohaterach i planach Strike King porozmawialiśmy z jednym ze współwłaścicieli federacji Tomaszem Sararą. Rozmowę w opublikujemy w najbliższych dniach.


Najnowsze artykuły w dziale Sport

Artykuły powiązane tematycznie

Zamieszczenie następnej opinii do tego artykułu wymaga zalogowania

W formularzu stwierdzono błędy!

Ok
Dodawanie opinii
Aby zamieścić swoje zdjęcie lub avatar przy opiniach proszę dokonać wpisu do galerii Czytelników.
Dołącz zdjęcie:

Podpis:

Jeśli chcesz mieć unikalny i zastrzeżony podpis
zarejestruj się.
E-mail:(opcjonalnie)
Reklama