UWAGA!

Józef Brodnicki: Pod harcerską banderą

 
Elbląg, Józef Brodnicki, elbląski harcerz i żeglarz
Józef Brodnicki, elbląski harcerz i żeglarz (fot. Anna Dembińska)

- Rok harcerski kończył się wyjazdem na obóz żeglarski: przez pochylnie pływaliśmy na Jeziorak, jezioro Duckie albo w drugą stronę do małych portów na Zalewie Wiślanym. Korzystaliśmy z Kątów Rybackim, Piasków... Z wody oglądaliśmy widowisko typu „światło i dźwięk“ we Fromborku. Niesamowite wrażenia. Spływy Drwęcą... Pierwszy duży obóz żeglarski, na 250 uczestników, zorganizowaliśmy w Wenecji nad jeziorem Duckim - wspomina Józef Brodnicki, harcerz i żeglarz. Wspominamy czasy, kiedy na wodach pływały jachty pod harcerską banderą.

- Jak Pan trafił do harcerskiego żeglarstwa?

- W pierwszej klasie, w 1968 r. w Technikum Budowlanym w Elblągu przy ul. Grottgera. Wcześniej nie miałem poważniejszych kontaktów z wodą i morzem. Pamiętam, jak jako dziecko brałem udział w rejsach statkiem wycieczkowym „Danek“, które Zamech organizował dla pracowników i ich rodzin. W technikum prężnie działała drużyna wodna, której opiekunem był niedawno zmarły dh Henryk Jankowiak, który w szkole wykładał przedmioty prawne. Wcześniej miałem kontakt z „zielonym“ harcerstwem - na podwórku przy ul. Świerkowej działał starszy kolega. Przyrzeczenie harcerskie składałem w ruinach klasztoru franciszkanów w Kadynach. Mam do tego miejsca stosunek szczególny, gdyż już jako pracownik Pracowni Konserwacji Zabytków własnymi rękoma przyczyniłem się do odbudowy tego miejsca.

 

- Wróćmy jednak do harcerskiej drużyny wodnej.

- Mieliśmy tam dobrych pedagogów, żeglarzy, harcerzy m. in. wspomnianego Henryka Jankowiaka, Józefa Trzoskę, Bożenę Jedwabską, Renatę i Bogdana Kanafa. W szkole działała drużyna męska i żeńska. Oczywiście, że ze sobą współpracowaliśmy., jeździliśmy na wspólne biwaki, rajdy i obozy. Pierwsza harcówka została stworzona na bazie dawnej Szkoły Rzemiosł Budowlanych, gdzie dziś mieści się elbląskie muzeum na Bulwarze Zygmunta Augusta. Jedno z pomieszczeń, gdzie kiedyś była klasa szkolna, zostało przeznaczone na pracownię szkutniczą, gdzie remontowaliśmy pierwsze łódki.

Sama przystań mieściła się w pomieszczeniu garażowym od strony bulwaru. Żeby popływać, trzeba było najpierw wyciągnąć łódkę, już na powietrzu postawić maszt, otaklować i dopiero jacht był gotowy. Dziewczyny miały o tyle łatwiej, że ich łódka na stałe stała przycumowana po drugiej stronie rzeki. One miały SZ-etę - sześcioosobową łódź wiosłowo - żaglową.

Kiedy już przygotowaliśmy swoją jednostkę do rejsu, braliśmy dziewczyny na pokład i transportowaliśmy je na drugi brzeg. Pływaliśmy między mostem zwodzonym a mostem na al. Tysiąclecia. Harcówka jako pomieszczenie sensu stricto dla harcerzy mieściła się w internacie Technikum Budowlanego, dziś mieści się tam Prokuratura Okręgowa. Znajdowała się tam półwieżyczka ze stromymi schodami, w której jedno z pomieszczeń okupowali harcerze. Było ciasno, pomieszczenie nieogrzewane, ale wtedy nam to nie przeszkadzało.

Pływaliśmy na biwaki na jezioro Druzno, rzekę Nogat, na Zalew do Suchacza, rejsy Kanałem Jagiellońskim. Zaczęły się szkolenia żeglarskie. Zdobywaliśmy pierwsze szlify żeglarskie, sprawności harcerskie z pionu wodnego. Oprócz tego byliśmy też harcerzami, więc zdobywaliśmy też stopnie harcerskie. W 1969 r. pojechałem na swoje pierwsze zimowisko do Sanoka. Rok harcerski kończył się wyjazdem na obóz żeglarski: przez pochylnie pływaliśmy na Jeziorak, jezioro Duckie, albo w drugą stronę do małych portów na Zalewie Wiślanym. Korzystaliśmy z Kątów Rybackim, Piasków... Z wody oglądaliśmy widowisko typu „światło i dźwięk“ we Fromborku. Niesamowite wrażenia. Spływy Drwęcą... Pierwszy duży obóz żeglarski, na 250 uczestników, zorganizowaliśmy w Wenecji nad jeziorem Duckim. Najpierw, oczywiście, musieliśmy sobie wykarczować miejsce pod obóz. Dyrektor Przedsiębiorstwa Budownictwa Wodnego, Jerzy Sukow, wypożyczył nam na ten obóz barkę z holowaniem, na której przetransportowaliśmy wszystko, co do stworzenia obozu jest potrzebne. Potem barka służyła jako pomost pływający, do którego cumowały obozowe jachty. Trzy tygodnie wspaniałej przygody. Obok nas obozowali harcerze z Łodzi, z którymi przez cały czas współzawodniczyliśmy. Pamiętam, jak zorganizowaliśmy regaty o Puchar Komendanta. W nocy za pomocą toporka i finki rzeźbiliśmy puchar z brzozy. Napis na pucharze był zrobiony metodą wypalanki na białej korze.

Dh Henryk Jankowiak stopniował nam trudności żeglarskie. Podczas jednego z rejsów zabrał nam wiosła i czekał, jak sobie poradzimy. Jeden z obozów odbył się w Harcerskim Ośrodku Morskim w Pucku, gdzie mieliśmy okazję pływać na jachtach zatokowych. Zatoka Pucka jest dość specyficznym akwenem, pamiętam emocje związane z pokonywaniem tzw. „głębinki“ na wysokości Rewy i Jastarni. Zawiązały się przyjaźnie, a nawet zawarto kilka małżeństw harcersko - szkolnych.

 

- W pewnym momencie zaczęło wam być za ciasno przy bulwarze.

- Drużyna się rozrastała. Zaczęliśmy sami budować jednostki. M. in. udało się zdobyć projekt dwóch drewnianych katamaranów. Po ukończeniu Technikum Budowlanego pracowałem w Pracowni Konserwacji Zabytków. Za zgodą dyrekcji w nieczynnej hali przy ul. Zamkowej z kolegami harcerzami budowaliśmy katamaran. Miał on stosunkowo prostą konstrukcję. Projekt pochodził od miejscowego projektanta, pana Nowika, znanego w środowisku żeglarza. Pan Uznański miał trimaran „Świekra“, która uchodziła za bardzo bezpieczną łódkę. Zaczęło się robić ciasno i myśleliśmy o zdobyciu innego miejsca. Przede wszystkim chodziło o uwolnienie się od sztywnych mostów, które ograniczały naszą żeglarską aktywność. Ze Spółdzielni Transportu Wiejskiego udało nam się uzyskać teren przy ul. Portowej koło mostu kolejowego, dziś tam znajduje się zaplecze logistyczne browaru. Przy torach znajdowały się opuszczone, niewielkie budynki. Jako absolwenci „Budowlanki“ nie mieliśmy problemu z ich wyremontowaniem, powstały pierwsze hangary, stworzyliśmy sobie lepsze warunki do pracy harcerskiej i żeglarskiej. Naturalnym etapem były szkolenia w Centrum Wyszkolenia Morskiego ZHP w Gdyni, które zajmowało się zaawansowanym szkoleniem żeglarskim harcerzy z całej Polski. Flagową jednostką był Zawisza Czarny, rejs na nim był marzeniem każdego. Ale były też inne jachty pełnomorskie, na których odbywaliśmy szkolenia i pierwsze rejsy morskie. W CWM odbywały się kursy drużynowych drużyn żeglarskich. Poznawaliśmy starszych kolegów z Ogniska Wodnego TKKF Zamech, z Energetyka Elbląg, co przełożyło się na lepszą organizację wodniackiego harcerstwa, zaczęliśmy korzystać z ich doświadczeń. Mieliśmy też możliwość zdobywania kolejnych stopni żeglarskich. .

 

- Warto też wspomnieć o żeglarskiej współpracy trójmiejsko-elbląskiej.

- To w Trójmieście szukaliśmy kapitanów do naszych pierwszych rejsów morskich. Elbląskie możliwości były dość ograniczone w tym względzie. Pamiętam rejs na „Alfie“ z dh Henrykiem Jankowiakiem. Kapitan Bogdan Olszewski z ZHP na Alfie zdobył nagrodę Srebrny Sekstant w 1971 r. za rejs do Murmańska. W 1974 r. harcerze wypłynęli w duży rejs dookoła Europy, przez Kanał Kiloński, Kanał La Manche, Cieśninę Gibraltarską i Bosfor do Odessy nad Morzem Czarnym. Tam trwała akcja pn. „Harcerska bandera na Morzu Czarnym“. W jej ramach odbyło się, chyba dziesięć, jeżeli dobrze pamiętam, trzytygodniowych rejsów. Różnych - portem wypadowym była Odessa, a od fantazji kapitana zależał port docelowy. Jeden z rejsów odbył się np. do Batumi na Kaukazie.

W trakcie tych rejsów dochodziło do sytuacji śmieszno-strasznych. Ja miałem okazję płynąć do Jałty. Wchodziliśmy do portu w towarzystwie delfinów i ryb latających. Wtedy miałem taką myśl, że to Sopot i Zakopane w jednym. Podczas rejsu nasz jacht został zatrzymany przez okręty wojenne ZSRR, gdyż przypadkowo wpłynął na zamknięty akwen. Po prawdzie, to nie była nasza wina - radzieckie mapy, w przeciwieństwie np. do polskich, nie miały oznaczonych stref zamkniętych. Radzieccy marynarze chcieli nas wziąć na hol i odtransportować do Sewastopola. Na szczęście skończyło się na strachu i w towarzystwie peryskopu okrętu podwodnego mogliśmy dopłynąć do Jałty.

 

- Wracamy do Elbląga.

- Powoli rodził się pomysł stworzenia klubu żeglarskiego dla młodzieży szkolnej. Po wielu naradach, konsultacjach z władzami miasta, harcerskimi, innymi, co mieli coś do powiedzenia w tej kwestii zapadła decyzja pozytywna. Bardzo dobrze układała nam się współpraca z prezydentem Zdzisławem Wąsem, wiceprezydentem Michałem Oliwieckim, który bardzo aktywnie działał w Radzie Przyjaciół Harcerstwa. Pomoc RPH była nieodzowna, żeglarstwo wymagało jednak stosunkowo dużych pieniędzy na jachty, sprzęt. atestację itp. sprawy. Akurat powstawało województwo elbląskie, zbliżały się dobre czasy dla miasta, które sprzyjały podejmowaniu większych inicjatyw.

Pierwszym prezesem Elbląskiego Okręgowego Związku Żeglarskiego został działacz partyjny Edward Deręgowski, który dzięki swojemu miejscu zatrudnienia mógł i wspierał aktywnie elbląskich żeglarzy. Ostatecznie w gronie dorosłych harcerzy urodził się pomysł powołania Szkolno-Harcerskiego Jachtklubu „Zjawa“. Nazwa, oczywiście odwoływała się do legendarnych harcerskich jachtów Zjawa I - III, na których Władysław Wagner opłynął kulę ziemską.

Ze względu na moje wykształcenie budowlane Leszek Stodolski, który nadzorował inwestycję ze strony harcerskiej zaproponował mi objęcie nieformalnej funkcji „kierownika klubu w budowie“, później zostałem już pełnoetatowym kierownikiem zatrudnionym w klubie. Pewną ciekawostką związaną z budową Zjawy jest fakt, że w tę inicjatywę było zaangażowanych w ramach czynów społecznych 40 elbląskich firm. Nawet Zakłady Odzieżowe Truso szyły firanki i zasłonki dla klubu. Wybudowano dwa hangary, dostaliśmy nowy sprzęt pływający. Władze postarały się wtedy o wielkie zakupy dla województwa i jachty zostały podzielone pomiędzy działające kluby. Odbyła się parada sprzętu na rzece Elbląga, żeby ludzie mogli zobaczyć. Działało kilka drużyn wodnych, mieliśmy Optymisty, Kadety, 470 - tki, Finny. Ze stoczni jachtowej w Gdańsku - Stogach otrzymaliśmy kadłub Nefryta do celów szkoleniowych i regatowych. Jacht nazwaliśmy Czeczena - z języka litewskiego „biegnąca po falach“. Lata służył do szkolenia młodzieży na stopień żeglarza i sternika jachtowego. A także z powodzeniem brał udział w regatach na Zalewie Wiślanym, Zatoce Gdańskiej.

Przypominam sobie rejs na trasie Gdynia - Świnoujście - Gdynia, otrzymany w nagrodę za działalność od Głównej kwatery ZHP. Dalej nie mogliśmy pływać, bo nie wszyscy uczestnicy rejsu mieli paszporty. Mieliśmy wtedy piękne wejście na żaglach do portu w Kołobrzegu zakończone efektownym zwrotem do kei. Zasadniczo do portu wchodzi się na silniku, ale uprosiliśmy kapitana, aby pozwolono nam wejść na żaglach. Kompromis był taki, że silnik pracował na wolnych obrotach, a wszystkie manewry robiliśmy na żaglach przy pełnej komendzie. Dostaliśmy gromkie brawa z kei. Udało mi się też spełnić marzenie o rejsie na Zawiszy Czarnym na kursie drużynowych drużyn żeglarskich. Pilotem Chorągwi Elbląskiej - czyli szefem wszystkich harcerzy - żeglarzy w województwie był kapitan Bogdan Olszewski.

  Elbląg, Józef Brodnicki (z lewej) sklada meldunek na pochodzie pierwszomajowym (arch. pryw. J. Brodnickiego)
Józef Brodnicki (z lewej) sklada meldunek na pochodzie pierwszomajowym (arch. pryw. J. Brodnickiego)

 

- Jak wyglądało wówczas „granatowe“ harcerstwo w Elblągu?

- Harcerzy było wówczas bardzo dużo - w każdej szkole działał szczep, na etacie nauczyciela zatrudniony był opiekun harcerstwa. Już za czasów funkcjonowania Szkolno-Harcerskiego Jachtklubu Zjawa nosiliśmy granatowe mundurki i marynarskie czapki. Pamiętam jak miałem zaszczyt na pochodzie pierwszomajowych składać meldunek na trybunę główną w imieniu środowiska harcerskiego województwa elbląskiego. Wówczas tę pierwszomajową defiladę i możliwość uczestnictwa w niej traktowaliśmy jako wyróżnienie. Szkoda naszego Jachtklubu Zjawa, który został przekształcony w Harcerski Ośrodek Wodny i trochę podupadł. Dziś jest w posiadaniu harcerzy. Szkoda, że nie dopilnowano spraw własnościowych i miasto nie ma swojej jednostki, w której mogłaby być szkolona młodzież. Chociaż i tak w ostatnich latach coś drgnęło w tej sprawie i dzieci mają gdzie spróbować żeglarstwa na własnej skórze. W Elblągu dzieci uczą się żeglowania w Jacht Klubie Elbląg i Grupie Wodnej.

 

- Ostatecznie został Pan żeglarzem z zawodu.

- Jak już wspomniałem wcześniej, zaproponowano mi etatową pracę w klubie Zjawa. Później awansowałem do Elbląskiego Okręgowego Związku Żeglarskiego. Trzeba było się wdrożyć we wszystkie arkany pracy zarówno żeglarskiej, jak i administracyjnej. Dzięki temu m. in. zostałem sędzią regatowym oraz trenerem żeglarstwa. Kurs ukończyłem w gdańskiej Wyższej Szkole Wychowania Fizycznego. Poznałem wtedy masę ludzi z całej Polski, bojerowego mistrza świata Piotra Burczyńskiego, kapitan Danutę Remiszewską, córkę słynnej polskiej żeglarki co się później przydało w pracy organizacyjnej.

Wówczas jednym z najważniejszych cech dobrego działacza były szerokie kontakty personalne. Pieniędzy było dużo, tylko niewiele można było za nie kupić. Zdarzały się sytuacje, kiedy pod koniec roku w Urzędzie Wojewódzkim dzielono niewykorzystane fundusze, a dostawał ten, który umiał je wydać. M. in. była taka sytuacja, kiedy dostaliśmy pod koniec roku pieniądze na nowe jachty. Dzięki Panu dyrektorowi Jerzemu Rejewskiemu ze Stoczni Jachtowej w Gdańsku Stogach udało się załatwić przedpłatową fakturę na sprzęt. >>A o tym, jakie to będą jachty, porozmawiamy w przyszłym roku<< - uzgodniliśmy wtedy na zakończenie negocjacji. Takie to były zwariowane czasy. Nie chodziło nawet o wysoko postawionych znajomych. Bardzo wiele zawdzięczamy Jerzemu Richertowi, który w w Kwidzynie prowadził sklep sportowy i zawsze mogliśmy liczyć, że się u niego się zaopatrzyć.

Zaczęliśmy organizować regaty, pojawił się nowy Nefryt o nazwie Papago, dwa Dragony z Jachtklubu Stal, zaczęły się pierwsze pomysły, jak nawiązać współpracę transgranicznej z obwodem kaliningradzkim. Sprzęt zdobywaliśmy różnie, nieraz trzeba było się nakombinować. Pamiętam taką sytuację, kiedy mogliśmy pozyskać jacht Wielki Trener, wielkie dwumasztowe szalupy z 12 wiosłami. Problem był z przetransportowaniem go do Elbląga „Na szczęście” Zamech transportował w okolice Wrocławia turbinę po remoncie. Ich samochód wracał pusty, udało się więc załatwić, aby przywiózł nam łódki. A wszystko dzięki temu, że komandorem Ogniska Wodnego TKKF Zamech był dyrektor inwestycyjny Zamechu.

 

- Warto też wspomnieć o ludziach, którzy przewinęli się przez ten czas.

- To praktycznie niewykonalne, jest ich zbyt dużo. Żeglarstwo sprzyja nawiązywaniu przyjaźni na całe życie. Podam jeden tylko przykład: zacnego żeglarza Ryszarda Kostrzewę pochowano niejako „bez naszej“, środowiska żeglarskiego wiedzy. Zmarł samotnie, nie wnikajmy w szczegóły. Kiedy dowiedzieliśmy się, że zmarł, spotkaliśmy się przy jego grobie, odbył się niemalże drugi pogrzeb. I stwierdziliśmy, że ufundujemy mu żeglarski pomnik na grób. Wśród kamieniarzy elbląskich jest Waldek Hryniewicz, żeglarz, który kiedyś chciał na swoim jachcie opłynąć kulę ziemską Zrobiliśmy zrzutkę, na którą złożyło się 70 osób. Niedawno pożegnaliśmy dh Henryka Jankowiaka, który odszedł na „wieczną wachtę” w pięknym wieku 94 lat.

W żeglarstwie wiele zależy od zapaleńców. Była taka para zapaleńców: Marek Ochmiński z żoną. Przyjechali do Tolkmicka z Łodzi do pracy. I to oni rozruszali żeglarstwo w Tolkmicku. Kiedy wyjechali... trochę ten ruch żeglarski podupadł. Nie można nie wspomnieć o środowisku latarników z Krynicy Morskiej, która była ważnym ośrodkiem sportu bojerowego. Zbigniew Formalik był wicekomandorem krynickiego Jachtklubu ds. lodowych. Barbara Giedrojć, jej mąż Julek, Henryk Fall, Jan i Marek Kacpura...

Bardzo miło wspominam współpracę z władzami Szkolnego Związku Sportowego, szczególnie ze Stefanem Waśko, z którym współpracowałem przy okazji spartakiady młodzieży szkolnej w żeglarstwie. Organizowaliśmy też Regaty Przyjaźni: z polskiej strony reprezentacje województw: gdańskiego, elbląskiego, szczecińskiego i gorzowskiego oraz reprezentacje okręgów Niemieckiej Republiki Demokratycznej: Schwerin, Rostock i Brandenburg Teoretycznie miał być to cykl regat w poszczególnych miastach. „Nasze” regaty odbyły się we Fromborku. Co się rzucało w oczy, to różnica w wyposażeniu pomiędzy nami a Niemcami. Goście przyjechali busikami, mieli ze sobą półciężarówki z regałami na sprzęt, żagle nawinięte na rury PCV w futerałach. Dla porównania my z Elbląga do Gdańska płynęliśmy za wypożyczonym z Ogniska Wodnego TKKF holownikiem, żagle mieliśmy w workach... Na regaty do NRD nie pojechaliśmy, mimo że wszystko było już gotowe do regat. Komuś nie pasował szef naszej ekipy. Długo by wymieniać tych ludzi....

 

- Dziękuję za rozmowę.

rozmawiał Sebastian Malicki
Polub ten artykuł
Polub portEl.pl
A moim zdaniem...

Przeczytaj też co działo się w Elblągu wcześniej

Zamieszczenie następnej opinii do tego artykułu wymaga zalogowania

W formularzu stwierdzono błędy!

Ok
Dodawanie opinii
Aby zamieścić swoje zdjęcie lub avatar przy opiniach proszę dokonać wpisu do galerii Czytelników.
Dołącz zdjęcie:

Podpis:

Jeśli chcesz mieć unikalny i zastrzeżony podpis
zarejestruj się.
E-mail:(opcjonalnie)
A moim zdaniem...
  • Niektórzy postrzegają czasy komuny w pozytywnym świetle, lecz wtedy i dziś to nie były i nie są dobre czasy. Różnica jest taka, że wcześniej człowiek człowiekowi nie był wilkiem.
  • Monotematyczny ten cykl-głownie tematami są żeglarstwo i piłka nożna. Droga redakcjo są jeszcze inne dyscypliny sportu i - sportowcy -weterani
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    3
    2
    poinformowany(2021-08-28)
Reklama