Sylwester Stempniewski: „Tu zawsze zrobię wszystko, żeby wygrać”

40 gala Suzuki Boxing Night w Elblągu przyniosła emocjonujący mecz reprezentacji Polski z Kanadą, zakończony zwycięstwem Biało-Czerwonych 14:8. Jednym z bohaterów wieczoru był elblążanin Sylwester Stempniewski, który po efektownej walce podkreślał znaczenie wsparcia kibiców, trud powrotu po przerwie oraz rolę charakteru w ringu. Zawodnik opowiedział również o kontuzjach, planach sportowych i odbudowie formy po dłuższej przerwie od startów.
Jakub Czyżak: – Rozgrzałeś tutaj wszystkich do czerwoności. W ringu działo się naprawdę sporo. Jakie są Twoje odczucia po tym pojedynku?
- Sylwester Stempniewski: Przede wszystkim dziękuję kibicom, bo na każdej mojej walce są moi ludzie: przyjaciele, koledzy i rodzina. To dla mnie ogromne wsparcie. Dziękuję też mojemu klubowi, bo wszyscy bardzo mnie zmotywowali, prezes i trenerzy we mnie uwierzyli i realnie pomogli w przygotowaniach. Sama walka była prawdziwą wojną w ringu, cios za cios, bez kalkulacji, chciałem po prostu wygrać. Rywal był twardy, miał mocną głowę i cały czas szedł do przodu, momentami wydawało się, że już nie powinien wstać, a jednak wracał. Ja też nie miałem łatwo, bo walczyłem z kontuzjami, kręgosłup i prawy nadgarstek, to wszystko mnie ograniczało, a do tego w drugiej rundzie dostałem palcem w oko, co jeszcze bardziej utrudniło sytuację. Ale w takich momentach decyduje charakter i ten charakter dziś był, zawsze jest i to on robi różnicę. Cieszę się, że mogłem z orzełkiem na piersi reprezentować Polskę i że udało się wygrać tę walkę.
– Dałeś nadzieję drużynie. Możemy dziś wygrać?
– Wygramy, wygramy. To są dobrzy chłopacy. Będzie do przodu, będzie do przodu.
Ostatecznie jego słowa znalazły potwierdzenie. Po walce Sylwestra był remis 8:8, ostatecznie Polska przechyliła szalę zwycięstwa na swoją stronę, wygrywając całe starcie 14:8.
– Jakie są plany sportowe dalej?
– Naprawdę nie mam jeszcze planów. Była propozycja walki już za tydzień, ale chyba muszę najpierw podleczyć kontuzje. W ringu, jeśli mam myśleć o urazach zamiast o walce na sto procent, to to nie ma sensu. Tak jak mówiłem, mam problem z plecami, doszedł nadgarstek. Zobaczymy. Jeśli zdrowie pozwoli i życie, bo teraz prowadzę już dorosłe życie z dzieckiem, to wtedy wystartuję.
– Ale w jakim kierunku bardziej będziesz szedł? Strike King czy boks olimpijski?
– Ja będę się po prostu bawił tym sportem. Teraz idę do syna, do rodziny, a w tym sezonie chcę po prostu trenować na spokojnie. Jeśli trafi się jakaś fajna okazja do walki, to oczywiście zaboksuję, ale bez presji. O ile zdrowie pozwoli, i będę w stu procentach przygotowany, to wystartuje w grudniu na mistrzostwach Polski.
– Wracam jednak do Strike King. Czy są już konkretne plany dalszej współpracy?
– Po walce rozmawialiśmy, że mają się do mnie odezwać. Był wstępny temat, ale na razie nie ma szczegółów. Zobaczymy, jak to się rozwinie, czekam na telefon.
– Powiedz, czy ciężko było się „odgruzować” po tylu latach przerwy?
– Oj, bardzo ciężko. Ja na mistrzostwach Polski byłem w grudniu, to były moje pierwsze walki po przerwie. Pierwsze dwie wygrałem, ale w pierwszej, po pierwszej rundzie, chciałem zejść z ringu. Mówiłem do siebie: „co ja tutaj robię?”. Taka była rdza. W każdej rundzie miałem wrażenie, że się nie nadaję. A jednak tę walkę wygrałem. W drugiej już było lepiej, czułem luz, zaczynałem to łapać. W trzeciej trafiłem jednak na mistrza Polski, brązowego medalistę mistrzostw Europy, bardzo dobrego chłopaka. Po wyrównanej walce przegrałem, ale nie odbierałem tego źle, bo mierzyłem się z zawodnikiem z absolutnej czołówki Europy.
– A po takiej dłuższej przerwie najtrudniej odbudować kondycję czy bardziej kwestie typowo bokserskie?
– Kondycję, bardziej kondycję, chociaż formę mogę mieć, mogę biegać dużo kilometrów, robić mocne sparingi, wszystko wygląda dobrze na treningu. Tylko potem wychodzisz do ringu i zaczyna się presja, dystans, timing, wyczucie. I to jest najważniejsze, a jednocześnie najtrudniejsze do odzyskania po przerwie. Sparingi mogą być świetne, a i tak w walce z chłopakami, którzy boksują na co dzień, pojawia się moment: „co ja tutaj robię?”. Tak było w pierwszej walce na mistrzostwach, nie byłem sobą. Dopiero w drugiej złapałem luz, a w trzeciej już zrobiłem naprawdę dobrą walkę. Po prostu trzeba było tę rdzę z siebie zrzucić.
– A jak wygląda kwestia psychologiczna? Walka w Elblągu, przed własną publicznością, to większy stres i presja czy paradoksalnie łatwiej, mając taką rzeszę kibiców?
– Wiem, że w Elblągu nigdy nie będzie pół gwizdka. Tu zawsze zrobię wszystko, żeby wygrać. Dzisiaj czułem, że kontroluję tę walkę. Gdyby było inaczej, gdybym przegrywał, to pewnie musiałbym mocniej podkręcić tempo i na pewno bym to zrobił, oddałbym w ringu całe zdrowie. Ale wiedziałem, że wygrywam, dlatego mogłem pracować spokojniej, a te okrzyki z trybun tylko mnie napędzają. Ja się tym motywuję, to mi daje siłę. W ringu i tak wszystko rozgrywa się w głowie, a ja po prostu robię swoje i walczę do końca.