
Doktor ekonomii, która uciekając przed Armią Czerwona, przemierzyła konno kilkaset kilometrów. Redaktor naczelna tygodnika „Die Zeit”, działająca na rzecz pojednania niemiecko-polskiego. Brzmi znajomo? Dla miłośników Kwitajn z pewnością – to dwuzdaniowa biografia Marion Dönhoff, ostatniej właścicielki podpasłęckiej wsi. Historia jej życia to gotowy materiał na film, ale historia życia hrabiny wciąż czeka na swojego scenarzystę.
Dziedzic ze szpadą w ręku
Kwitajny – wieś położona kilkanaście kilometrów na południowy wschód od Pasłęka, znana z XVIII-wiecznych zabytków: pałacu i kościoła. Na przestrzeni ponad 700 lat tutejszy majątek znajdował się w rękach kilkudziesięciu właścicieli, ale gdyby historyk miał wskazać dwóch najwybitniejszych, wybór byłby prosty. Pierwszy z nich to Georg von Derfflinger – zaczynał karierę w latach 30. XVII wieku, jako pomocnik krawca, by przejść do historii jako twórca armii elektora brandenburskiego. Jego droga do najwyższych wojskowych godności nie była jednak prosta – przez lata wypominano mu plebejskie pochodzenie i wspomniany, krawiecki epizod.
Gdy w 1678 roku Derfflinger oblegał Szczecin, broniący się Szwedzi wywiesili na wieży miejscowego kościoła obraz z jadącym na koźle mężczyzną, który w rękach trzyma… Nie miecz, a nożyce – nie było wątpliwości, kto jest adresatem tej zniewagi. Innym razem Georg, będący już generałem, padł ofiarą kpin jednego z niemieckich książąt. Podczas uroczystości z udziałem władcy Brandenburgii ów książę miał zapytać, kto z elektorskich oficerów zamienił rzemieślniczy strój na żołnierski mundur. Reakcja Derfflingera? Jak pisze Lech Słodownik, „wystąpił on przed front i, dobywając szpady, powiedział: „Tu jest ten generał, o którym się tak mówi, i tu jest ta ręka, która może posiekać takiego łajdaka na kawałki”.
Kwitajny, zamiast Bazylei
Nie mniej barwną postacią jest Marion Dönhoff, która objęła Kwitajny w posiadanie rok przed wybuchem II wojny światowej. Predyspozycje do odegrania znaczącej roli społecznej miała zapisane w genach – jej wuj, Fritz von Berg, był doradcą cesarza Wilhelma II i ministrem domu królewskiego. Marion zapewne nie pałała entuzjazmem, gdy przybywała na pasłęcką ziemię – przed absolwentką uniwersytetu w Bazylei światy nauki i gospodarki stały otworem. Mimo to świeżo upieczona dziedziczka zakasała rękawy i wzięła się do pracy – „dokonywaliśmy specjalnych objazdów po szczególnie wyspecjalizowanych zakładach produkcji rolnej. […] Ja sama wyrysowałam statystykę produkcji i nakładów, a z maszyn podnoszących efektywność pracy mieliśmy wszystko, co oferowała nowoczesna technika”.
Choć kwitajnowski majątek mógł imponować kombajnami zbożowymi i ciągnikami gąsienicowymi, Marion nie miała nadziei na jego trwałość. Hrabina była przekonana, że hitlerowski reżim prze do wojny, a z czasem jej niechęć wobec nazistów przerodziła się w udział w próbie zamachu stanu…
Tymczasem Kwitajny łączyły rozwój technologiczny z dawnymi tradycjami, jak na przykład dożynki. Święto, podczas którego robotnicy związywali ręce swojego gospodarza (Marion lub jej brata) wiązką zboża. W ten sposób właściciel stawał się „zakładnikiem” i dopiero widok piwa oraz wódki miękczył serca „porywaczy”. Na co dzień pracownicy żyli zaś w rytmie dzwonka wiszącego na jednym z kasztanowców – sygnalizującego początek pracy i fajrant.

Marion, która nie lubiła nazistów
Za mundurem panny sznurem? Nie w przypadku Marion Dönhoff, choć bohaterka tego tekstu zetknęła się z oficerem, i to z najwyższej półki, już w wieku 7 lat. W 1916 roku w progi domu Dönhoffów, we Friedrichstein, zawitał bowiem Paul von Hindenburg – wówczas legendarny zwycięzca bitwy pod Tannenbergiem, a w przyszłości prezydent Republiki Weimarskiej. „Weimar” okazał się jednak państwem sezonowym, a do głosu, i to totalitarnego, doszli naziści. Marion nie identyfikowała się z ich rządami, co więcej – swojej antyhitlerowskiej postawie dawała wyraz w prywatnej korespondencji. Niestety, po jakimś czasie listy właścicielki Kwitajn dostały się w ręce jej stryja Bogislava. Ręce, można by rzec, wyjątkowo niepowołane.
Bogislav – zagorzały nazista i przyjaciel nadprezydenta Prus Wschodnich, niesławnego Ericha Kocha – utrzymywał regularne kontakty z pasłęckim kierownictwem NSDAP. Dzięki jego „życzliwości” o poglądach Marion szybko dowiedzieli się partyjniacy, a za ich sprawą – gestapo. Policja polityczna przesłuchała nawet dziedziczkę Kwitajn, ale ostatecznie odstąpiła od jej aresztowania. Z dzisiejszej perspektywy widać, ile szczęścia miała hrabina – tym bardziej, że dziś wiemy o zaangażowaniu Dönhoffowej w spisek przeciw samemu führerowi. Szerzej pisałem o tym tutaj. W tym miejscu można dodać, że o ile Marion włos z głowy nie spadł, zwerbowany przez nią hrabia Heinrich Dohna (typowany przez spiskowców na następcę Kocha) zakończył życie na stryczku...
Byle szybciej, byle dalej, byle przed Armią Czerwoną
Co odporniejsi na goebbelsowską propagandę Niemcy, na długo przed 1945 rokiem, zdawali sobie sprawę, że Rzesza przegra wojnę. Do tego grona zaliczała się też właścicielka Kwitajn i dlatego rozpoczęła potajemne przygotowania do ewakuacji – swojej i pracowników majątku. Jak pisała po latach, „w moim „planie mobilizacyjnym” było wyszczególnione, jacy mężczyźni będą powozili wozami w danym majątku, co każda rodzina będzie mogła zabrać […]. Nakazałam też powielenie map geodezyjnych z oznaczonymi wszystkimi drogami lądowymi i promami przez Nogat i Wisłę. Każdy majątek miał dostać kilka takich map na drogę”. Niestety, plany dziedziczki odkryło partyjne kierownictwo i w rezultacie, zamiast sprawnej ewakuacji, doszło do improwizowanej ucieczki przed sowieckim wojskiem.
Odzież, opatrunki, stary krucyfiks, parę fotografii i dokumenty – tak wyglądał „dobytek” Marion, z którym 21 stycznia 1945 opuszczała Kwitajny na zawsze. Początkowo wraz z robotnikami, ale pod Pasłękiem rozstała się z nimi i konno ruszyła dalej. Zanim dotarła w okolice Elbląga, minęło 10 godzin, kolejnego dnia spędziła na końskim grzbiecie 18 godzin – na drogach skutych lodem, zapełnionych ludźmi, wozami, a nawet czołgami, przy 20-stopniowym mrozie… Podróż, choć okupiona wieloma, nie tylko atmosferycznymi, trudami (gdy ukradziono jej rękawiczki, nową parę uszyła z firanki - podarowanej przez dziedzica, u którego nocowała), powiodła się – Marion dotarła do Westfalii. Po wojnie znalazła pracę w „Die Zeit” – najpierw jako dziennikarka, później jako redaktor naczelna pisma.
Po latach zasługi Marion Dönhoff na rzecz pojednania Niemców i Polaków docenił Uniwersytet Mikołaja Kopernika, którzy nadał jej w 1992 roku doktorat honoris causa. Pasłęk zaś w 1945 roku znalazł się w polskich granicach – w dziejach miasta rozpoczął się nowy rozdział, który trwa do dziś.
Przy pisaniu tekstu korzystałem z publikacji: „Kwitajny – Quittainen. Moja ojczyzna” Czesława Dziemidowicza, „Pasłęk, Spotkanie z historią i legendą” Wiesława Rodzewicza i Józefa Włodarskiego oraz „Pasłęk: z dziejów miasta i okolic 1297-1997” pod red. nauk. Józefa Włodarskiego.
Tomasz Czapla
Od redakcji: To już ostatni odcinek cyklu "Mały Pasłęk, wielkie historia". Dziękujemy panu Tomaszowi za jego przygotowanie.