Tajemnica elbląskich Liliputów

Lipiec 1944 roku. Armia Czerwona prze w kierunku Wisły, a sytuacja III Rzeszy staje się dramatyczna. W tym samym czasie elbląska stocznia Schichaua otrzymuje gigantyczne zlecenie na wyprodukowanie aż 500 sztuk miniaturowych łodzi podwodnych typu Seehund. Tak zaczyna się fascynująca historia, której finał wciąż nie został w pełni odkryty. Dr Marcin Westphal, zastępca dyrektora Narodowego Muzeum Morskiego w Gdańsku, przedstawił we wtorek (26 maja) w Bibliotece Elbląskiej niezwykle ciekawe, polskie i elbląskie wątki związane z produkcją tych okrętów.
Seehundy (po polsku „Foki”, a fachowo: okręty podwodne typu XXVIIB) były prawdziwymi miniaturyzowanymi łodziami podwodnymi. Mierzyły niecałe 12 metrów długości i niecałe 2 metry szerokości. Dwuosobowa załoga operowała jednostką, której wyporność nawodna wynosiła 14,9 tony, a podwodna – 17 ton. Każdy okręt uzbrojony był w dwie torpedy kalibru 533 mm, które podwieszano na zewnątrz kadłuba. Standardowo Seehund zanurzał się na około 35 metrów (choć podczas testów sprawdzono, że można bezpiecznie zejść na dwa razy większą głębokość). W założeniach projektowych „Foka” mogła przebywać poza bazą około 5 dni, jednak w praktyce zdarzały się misje trwające dwa razy dłużej.
– Były przeznaczone do działań przybrzeżnych. Miały operować niedaleko od baz i zwalczać ewentualny desant, którego Niemcy spodziewali się we Francji – mówił dr Marcin Westphal podczas wykładu. – Warunki dla załogi były tragiczne: w środku panował ogromny ścisk, załoganci nie mieli jak rozprostować nóg, a przez cały czas wdychali spaliny z nieszczelnych silników Diesla. Żeby wytrzymać, stosowali różnego rodzaju środki chemiczne, wspomagali się m.in. metamfetaminą.
Elbląska stocznia Schichau-Werke była jednym z zaledwie czterech producentów Seehundów w całej hitlerowskiej III Rzeszy. Okręty tego typu budowano jeszcze w dwóch stoczniach w Kilonii oraz w Ulm (w tym ostatnim powstały tylko cztery sztuki serii próbnej). Już na przełomie 1944 i 1945 roku Elbląg był jedynym w upadającej Rzeszy miejscem kontynuującym produkcję tych jednostek.
We wrześniu 1944 roku Schichau-Werke rozpoczyna realizację zamówienia. Do końca roku zakład dostarcza 102 jednostki. Warto jednak zwrócić uwagę na unikalny sposób „budowy” tychże okrętów. Do stoczni przyjeżdżały trzy gotowe, niemal w pełni wyposażone sekcje: dziobowa, środkowa i rufowa. Elbląscy stoczniowcy spawali je, łączyli instalacje i... na kolejowych platformach (lorach) transportowali na nabrzeże, gdzie dźwig dokonywał wodowania. Jeśli nie zdążono ich zwodować, czekały na szynach na swoją kolej.
.
Ofensywa 1945 roku i wielka ewakuacja
W styczniu 1945 roku Armia Czerwona rozpoczyna kolejną ofensywę. Tymczasem Schichau-Werke otrzymuje zlecenie na kolejne 300 Seehundów! Niemcy, mimo tragicznej sytuacji militarnej, planowali produkcję okrętową aż do września. Cały czas gromadzono sekcje i materiały do produkcji u-bootów oraz innych jednostek nawodnych. Rosjanie „trochę” im te plany pokrzyżowali – 22 stycznia zaniechano budowy wszystkich okrętów. Od tej pory trwało już tylko gorączkowe wykańczanie jednostek, tak aby własnymi siłami lub na holu opuścić Elbląg.
– Próbowałem dociec, ile jednostek stało na pochylniach, ile było wyposażanych, a ile zostało zwodowanych – mówił Marcin Westphal. – Źródła podają bardzo różne informacje. Trudno tak naprawdę ustalić, ile tych jednostek było. Na pewno na pochylniach w styczniu 1945 roku trwały prace przy ośmiu okrętach torpedowych i dwóch trałowcach. Przy nabrzeżach wykańczano sześć okrętów torpedowych i jeden trałowiec. Tylko w styczniu oddano 42 okręty podwodne, a cztery kolejne były w zasadzie gotowe do odbioru. W remoncie były jeszcze trzy inne torpedowce. Czy były jeszcze inne jednostki, które przypłynęły tylko na remont? Tego nie udało mi się ustalić. Podsumowując: w styczniu na terenie stoczni było 20 okrętów nawodnych i 46 podwodnych. Niemcy mieli o co walczyć.
Stocznia z walk o Elbląg wyszła ze stosunkowo niewielkimi stratami. Zdaniem wykładowcy prawdopodobna jest teza, że żołnierze Armii Czerwonej dostali rozkaz, aby oszczędzić zakład. Niemcy część okrętów zdołali ewakuować z miasta, ale w Elblągu zostało sześć torpedowców oraz dwa trałowce; wszystkie okręty na pochylniach. Te ostatnie Niemcy rzekomo wysadzili. Przy słowie „wysadzili” trzeba się jednak zatrzymać.
– We wspomnieniach Polaków, którzy weszli do stoczni już po Rosjanach, możemy przeczytać, że znaleźli tam dwa trałowce w całkiem niezłym stanie – opowiadał naukowiec. – Jedyne dwa trałowce to te, rzekomo wysadzone przez Niemców. Wśród torpedowców najbardziej zaawansowany w budowie był T-42. Był w na tyle dobrym stanie, że później polscy stoczniowcy ze Stoczni nr 16 zaoferowali go polskiej Marynarce Wojennej.
Polskie "Liliputy"
Wracamy do marca 1945 roku. Elblągiem i stocznią rządzą żołnierze rosyjscy. Dopiero później do miasta przyjeżdża Morska Grupa Operacyjna (MGO), która ma budować polską administrację. Stocznia jest jednak terenem zamkniętym i bardzo pilnowanym. Nawet po formalnym oddaniu władzy administracji polskiej przez czerwonoarmistów (19 maja 1945 r.), stocznia pozostaje pod ścisłym zarządem radzieckim.
Zdaniem Marcina Westphala zakłady Schichaua wpadły w ręce radzieckie w całkiem niezłym stanie. Naukowiec cytował dokumenty MGO z marca, w których Polacy stwierdzali, że wyposażenie stoczni było po zajęciu miasta niemal kompletne. Stan infrastruktury pozwalał na natychmiastowe wznowienie produkcji. Niestety, demontaż i wywózka urządzeń, dokumentacji oraz wszystkiego, co się dało, do Związku Radzieckiego rozpoczęła się niemal natychmiast. Polaków na teren zakładu nie wpuszczano.
– Co ciekawe, źródła sowieckie nie podają, aby do Związku Sowieckiego trafiły jakieś miniaturowe okręty podwodne z Elbląga – zauważył Marcin Westphal.
Polacy odzyskali stocznię w sierpniu 1945 roku. Jakieże było zdziwienie inżyniera Mieczysława Filipowicza – pierwszego dyrektora Stoczni nr 16 (tak po wojnie ponumerowano dawne stocznie Schichaua) – kiedy w środku zastał... niezniszczone sekcje do u-bootów Seehund!
Co z nimi zrobić? Najlepiej sprzedać. Komu? Polskiej Marynarce Wojennej! Przedwojenne okręty podwodne ORP Ryś, ORP Żbik i ORP Sęp po powrocie ze szwedzkiego internowania trafiły niemal prosto do stoczni na poważne remonty. Dywizjon Okrętów Podwodnych istniał tylko teoretycznie. Elbląscy stoczniowcy postanowili wykorzystać tę szansę i zaoferować marynarzom poniemieckie Seehundy pod nową, polską nazwą: Liliput.
Nie ma pewnych informacji, ile dokładnie sekcji po Seehundach zostało w mieście.
– W październiku 1946 roku Elblążanie złożyli polskiej Marynarce Wojennej ofertę montażu jednego próbnego, miniaturowego okrętu podwodnego. Do tego stocznia miała sporządzić pełne rysunki techniczne i wykonawcze – opowiadał naukowiec. – Za dokumentację techniczną zażyczyli sobie 450 tys. zł, a miała być gotowa w ciągu trzech miesięcy. Okręt wycenili na 4,5 mln zł, deklarując budowę w pięć miesięcy po wykonaniu dokumentacji.
I zaczęły się twarde targi. Marynarze chcieli taniej, stoczniowcy nie zamierzali ustępować. W trakcie negocjacji Elblążanie zaoferowali, że mogą wyprodukować kolejnych dziesięć takich „Liliputów”. Próbowali też sprzedać poniemieckie wyposażenie specjalistyczne: m.in. zbiornik ciśnieniowy do sprawdzania szczelności kadłuba, peryskopy czy dysze.
Skończyło się na tym, że w 1948 roku Marynarka Wojenna wysłała pismo informujące stoczniowców, że mogą spodziewać się wizyty oficera, który wskaże, co jest potrzebne, a stocznia ma pomóc w przygotowaniu maszyn do transportu. O jakiejkolwiek zapłacie nie było już mowy.
– I tu kończy się zbadana przeze mnie historia. Korespondencja pomiędzy stocznią a Marynarką Wojenną w tym momencie się urywa – podsumował naukowiec. – Nie natrafiłem na dokumenty mówiące, co się dalej wydarzyło. Czy oficer rzeczywiście pojawił się w Elblągu? Czy elementy okrętów zostały zabrane do Gdyni? Na pewno takie jednostki nie zostały oficjalnie wcielone do polskiej floty. Czy podjęto próbę ich montażu w Gdyni i przeprowadzano próby w morzu? Tego nie wiem. To temat do dalszych badań.
Zagadkowy trop może prowadzić bezpośrednio do Związku Radzieckiego. Tę hipotezę potwierdza jak na razie tylko jeden rosyjski autor.
– Na przełomie 1947 i 1948 roku pojawia się informacja, że z Elbląga wywieziono dwa kompletne okręty podwodne typu Seehund. Rosjanie mieli włączyć je do swojej Floty Bałtyckiej w Leningradzie – wyjaśniał dr Marcin Westphal. – Jednostki zostały tam gruntownie przebadane, a po pewnym okresie wycofane ze służby i zezłomowane. Czy były to te same konstrukcje, które elbląska stocznia próbowała sprzedać polskiemu wojsku? Tego do dziś nie udało mi się potwierdzić.