UWAGA!

Drogi Czytelniku,

uprzejmie informujemy, że w związku z wejściem w życie Rozporządzenia o Ochronie Danych Osobowych stworzyliśmy zgodną z nim politykę prywatności. Regulacje RODO zmuszają nas do wystąpienia z prośbą do Ciebie o zaakceptowanie jego postanowień, chociaż z praktycznego punktu widzenia nic się nie zmienia w sposobie korzystania z naszego serwisu.

Jedyną rzeczą, która może budzić Twoje obawy jest profilowanie. Wyjaśniamy, że w naszym przypadku, tak jak dotychczas, skutkuje ono wyłącznie tym, że jeśli uprzednio byłeś/aś na stronie jakiegoś biura podróży, to z dużym prawdopodobieństwem nasi zaufani partnerzy reklamowi tacy jak Google serwować będą banery z widokami złocistych plaż.

Prosimy zapoznać się z polityką prywatności stosowaną na naszej stronie i zaakceptować jej postanowienia.

Może później

O chlebie

W sklepie miła ekspedientka zgarnęła z lady jakieś pieniądze, by zrobić miejsce na chleb, informował Elbląski Głos Wybrzeża z 8 lutego 1956 r.

Widok codzienny i znajomy. Nieomal na stałe związany z Elblągiem. Przed sklepem stoi wózek z pieczywem. Sympatyczna niewiasta w roboczym, w watowym kombinezonie, zręcznie chwyta wyrzucone w jej stronę bochenki chleba i układa je w koszu. Na ten chleb właśnie czekam.
     Przepadam za świeżym pieczywem z chrupiącą skórką.
     W sklepie miła ekspedientka zgarnęła z lady jakieś pieniądze, by zrobić miejsce na chleb.
     Patrzyłam z nadzieją w sercu na przesuwane bochenki – może choć jeden, ten dla mnie, ominie miejsce, gdzie leżały pieniądze?
     - No i znalazł się taki, nawet niejeden, któremu się to udało. Żadnemu tylko nie udało się ominąć rąk, przekładających ten chleb. A ręce, z szerokimi czarnymi obwódkami dookoła paznokci, były brudne.
     Odwróciłam szybko oczy od zatłuszczonych rękawów watówki, żeby sobie jeszcze bardziej nie psuć apetytu i poprosiłam o bochenek chleba. Z uprzejmym uśmiechem wręczono mi go, ot tak, z rączki do rączki. A gdy się niezręcznie wyrwałam: - Czy nie można by kawałka papieru? – ekspedientka popatrzyła na mnie z tak szczerym zdziwieniem, że aż się zawstydziłam.
     - Do chleba nam papieru nie dają – wyjaśniła.
     No, rzeczywiście, codziennie przecież kupują chleb i jeszcze nigdy go nie zapakowano. Aż nagle dzisiaj zachciało mi się papieru...
     Wrzuciłam chleb, jak to się zwykle robi do siatki i wyszłam na ulicę.
     Przed sklepem stał jeszcze wózek. Niewiasta w watówce wyciągnęła z jego wnętrza okrągłe bułeczki. Liczyła je, biorąc po pięć do każdej ręki i przycisnąwszy po drodze do wywatowanego a brudnego łona. Wrzucała do kosza. Jakieś dwie niesforne bułeczki zamiast do kosza, poleciały dalej. Nawet nie bardzo daleko, ot parę kroków. Sympatyczna niewiasta podniosła je i... wrzuciła do kosza.
     Dalej nie patrzyłam, bowiem moją uwagę pochłonął mój własny chleb. Dyndał się malowniczo w przewiewnej siatce i przy każdym kroku – ocierał się o moje palto, które przedtem ocierało się o ławkę w tramwaju, o którą jeszcze wcześniej ocierała się masa ludzi, z których część może otarła się przypadkiem o poradnię „W”.
     - Stanowczo jestem dziś przewrażliwiona – pomyślałam. U nas wszystkie epidemie pochodzą podobno z wody w basenie, a nie z nieprzestrzegania higieny.
     Chleba jednak zjeść nie mogłam. Skórki dlatego, że o tyle się otarła, a środka – bo jak zwykle – był niedopieczony.
     
oprac. Olaf B.
Polub ten artykuł
Polub portEl.pl
A moim zdaniem...
A moim zdaniem... (od najstarszych opinii)
  • "Chleba jednak zjeść nie mogłam. Skórki dlatego, że o tyle się otarła, a środka ? bo jak zwykle ? był niedopieczony. " czyli kobieta jadała tylko skórke?
Reklama