UWAGA!

Na ukrytą nagość raczej się nie skuszę

 
Elbląg, Dominika Kiejdo w rozmowie z Urszulą Plewką podczas spotkania w portEl Caffe
Dominika Kiejdo w rozmowie z Urszulą Plewką podczas spotkania w portEl Caffe (fot. Anna Dembińska)

Jest uśmiechnięta, pełna życia i uroku. A wszystko to zawdzięcza trzem miesiącom katorżniczego wysiłku. Efekty pracy sztabu fachowców i jej samej mogliśmy podziwiać podczas ubiegłotygodniowej gali. Podczas spotkania w portEl Caffe opowiedziała nam, jak wyglądała droga do osiągnięcia tak rewelacyjnego wyglądu. Rozmawiamy z Urszulą Plewką, finalistką programu "Metamorfoza – Twoje piękno w dobrych rękach”.

- Przez ostatnie tygodnie twoje życie nabrało tempa. Grafik pękał w szwach od nadmiaru zajęć - a to masaż, a  to kosmetyczka, a to fitness. We wtorek wszystko się skończyło. Emocje powoli opadają. Powiedz, jak wyglądało Twoje życie przed „Metamorfozą”?
       - Moja codzienność zaczyna się od porannego wyjścia z psem, po czym jadę do pracy. Czasami zawożę córkę do szkoły. Jestem w pracy, po pracy robię zakupy, wracam do domu, robię obiad, czasami sprzątam. Wychodzę na rower albo do koleżanki. Muszę przyznać, że nigdy nie chodziłam regularnie na siłownię. Czasami miałam zrywy, ale więcej nie chodziłam niż chodziłam.
       - Jak to się stało, że trafiłaś do programu?
       - Pracuję w niewielkiej firmie, która zajmuje się budową tłoczni gazu. Jestem prawą ręką szefa. Jako że czasami umieszczamy ogłoszenia w Waszej gazecie, to na służbową skrzynkę otrzymaliśmy maila, zachęcającego do wzięcia udziału w programie. No i wtedy szefowa przyszła do mnie i powiedziała: „Pani Ulo, nie chciałaby pani spróbować?” Na początku nie brałyśmy tego na poważnie, tylko na zasadzie - a wyślemy zdjęcie, zobaczymy, co się wydarzy. Napisałam kilka zdań prosto z serca, dlaczego chciałabym wziąć udział w programie, kolega zrobił mi zdjęcie. I ku mojemu zdziwieniu dostałam się.
       - Masz dwójkę dzieci i rocznego wnuka Jasia. Zapewne tęskniłaś za nimi, gdy wciąż byłaś poza domem?
       - Tak i to bardzo. Mam 29-letniego syna Przemka i 18-letnią córkę Weronikę. Wnuczek to moje oczko w głowie. Jest słodki, cudowny, piękny i mądry. Bardzo za nim przez ten czas tęskniłam. Wcześniej czasami zabierałam go do siebie na noc. W okresie trwania „Metamorfozy” trochę mnie ominęło, bo nawet w weekendy byłam zajęta. W międzyczasie mieliśmy bowiem sporo imprez rodzinnych i nie miałam za dużo czasu dla rodziny. Teraz kiedy już wszystko się skończyło, zapowiedziałam, że jestem cała dla Jasieczka, a już niedługo wyjeżdżam z nim na wczasy nad morze.
       - Jesteś typową kobietą krzątającą się po kuchni, strzegącą ogniska domowego?
       - Może to trochę nienowoczesne, ale tak. W każdą sobotę jest u mnie ciasto, codziennie jest ugotowany obiad, do którego staramy się zasiąść wspólnie. Jest sprzątanie, pranie. Jestem kobietą, która dba o swoje domowe ognisko, ale też nie odmawiam sobie przyjemności takich jak spotkania z koleżankami, kino, wycieczki rowerowe czy spacery z mężem.
       - Będziesz tęsknić za „Metamorfozą” czy miałaś już dość ciągłego zamieszania wokół siebie?
       - Gdy „Metamorfoza” trwała i wszystko nabierało rozpędu, a każdy dzień był wypełniony po brzegi, były momenty, że miewałam dosyć. Wszystko kręciło się wokół gali. Czasami chciałam, by już w końcu do niej doszło i miałam myśli, by to wszystko się skończyło. A teraz się skończyło i bardzo mi miło, że mogłam dziś tutaj przyjść, bo jeszcze się coś dzieje, ale pewnie przyjdzie taki moment, gdy już odpocznę i pomyślę sobie: „Oj, jaka szkoda, że nie będzie już nowych zdjęć w internecie, że nikt nie będzie mnie o nic pytał, że nie będę już chodziła do tych różnych fajnych miejsc”. I wtedy pewnie będzie mi smutno. Na pewno będę tęskniła, bo to była niesamowita przygoda.
       - Schudłaś prawie dziesięć kilo. Jak wyglądała twoja walka ze zrzuceniem kilogramów?
       - Strasznie zależało mi na tym, żeby schudnąć i muszę przyznać, że nie było to wcale takie trudne. Do nowej diety da się przyzwyczaić. Przestawiłam się na pięć posiłków. Organizm sam się dopominał jedzenia o odpowiedniej porze. Ważne, by porcje były niewielkie. Do tego doszły ćwiczenia i masaże. Nie była jakaś wielka harówa.
       - Teraz trzeba robić wszystko, by tę wagę utrzymać… By ten wielki wysiłek nie poszedł na marne.
       - Jasne. Sama sobie obiecałam, że nie dopuszczę do tego, bym wyglądała tak jak na zdjęciach sprzed metamorfozy. Dopiero jak człowiek porówna tamtą siebie do obecnego wyglądu, uzmysławia sobie, jak to niefajnie wyglądało. Na pewno będę robiła wszystko, by swoją figurę utrzymać. Jutro wybieram się na siłownię. Nie zmieniłam też diety. Nadal się do niej stosuję i mam nadzieję, że tak zostanie.
       - Miałaś pokusy?
       - Oj, tak! Podczas grilla ze znajomymi czy uroczystości rodzinnych. Moją wielką zgubą jest ciasto.
       - Co było dla ciebie najtrudniejsze podczas trwania programu?
       - Presja czasu. To, że musiałam biec z jednego miejsca na drugie, że w pracy musiałam pilnować czasu, bo za chwilę muszę wyjść. Szefostwo patrzyło na moje wyjścia przychylnym okiem, bo samo mnie w to wszystko wkręciło (śmiech), jednak czasami czułam się nie fair, że tak często wychodzę. Było mi niezręcznie wciąż pytać, czy mogę wyjść. A czasami zabiegi się przedłużały i czułam się z tym źle.
       - Miałaś jakąś przerwę czy zajęcia odbywały się codziennie?
       - Codziennie. Zdarzały się pojedyncze dni, gdy miałam tylko jeden zabieg, ale potem i tak szłam ćwiczyć na siłownię i dzień był zajęty. Praktycznie przez czternaście tygodni dzień w dzień zawsze gdzieś szłam.
       - Najfajniejsza chwila podczas programu…
       - Wiele było takich chwil. Ze strachem się ważyłam, ale fajne było uczucie, jeśli ta waga spadała. Fajnie, że w każdej chwili mogłam chodzić na siłownię, na masaże. Najmniejszy stres towarzyszył mi, gdy szłam do kosmetyczki. Była to chwila odprężenia, nie było presji czasu. Chociaż masaże też były bardzo przyjemne. Jeżeli chodzi o siłownię, to na początku myślałam, że te ćwiczenia są dla mnie nie do przejścia. Nie miałam kondycji, ale potem, gdy już się wdrożyłam, było bardzo fajnie.
       - A jak twoją ciągłą nieobecność w domu znosił mąż?
       - Mąż bardzo mnie wspierał. Bardzo dobrze się złożyło, bo akurat wyjechał na dwa miesiące. Było mi łatwiej, gdy go wtedy nie było, bo nie miałam poczucia winy, że nie ma mnie cały czas w domu, że nie musi siedzieć sam i czekać aż wrócę późnym wieczorem do domu.
       - A gdy ciebie po tych dwóch miesiącach zobaczył?
       - Był w totalnym szoku. Powiedział wtedy: „Jaka jesteś chuda, ale z tyłkiem to trochę przesadziłaś!”(śmiech), bo ten też mi trochę schudł. Mąż teraz sam mnie pilnuje, bym przestrzegała diety, gotuje mi to, co jeść powinnam i nie je przy mnie takich rzeczy, które mogłyby mnie skusić. Bardzo mnie wspiera.
       - Podczas gali wspomniałaś o pewnej sesji, na którą może się kiedyś zdecydujesz… Możesz zdradzić, co to za sesja?
       - Podczas mojej sesji zdjęciowej fotograf wspomniał, że są takie sesje, które robią sobie nie tylko młode dziewczyny, lecz także kobiety w moim wieku. Chodziło mu o „Ukrytą nagość”, czyli fotografie, na których modele występują nago, ale są częściowo zakryci (tkaninami, przedmiotami, dłońmi) i nie widać na nich części anatomicznych. Pokazał mi przykłady takich zdjęć, ale raczej się na to nie skuszę…
      
dk
Polub ten artykuł
Polub portEl.pl
A moim zdaniem...

Przeczytaj też co działo się w Elblągu wcześniej

Zamieszczenie następnej opinii do tego artykułu wymaga zalogowania

W formularzu stwierdzono błędy!

Ok
Dodawanie opinii
Aby zamieścić swoje zdjęcie lub avatar przy opiniach proszę dokonać wpisu do galerii Czytelników.
Dołącz zdjęcie:

Podpis:

Jeśli chcesz mieć unikalny i zastrzeżony podpis
zarejestruj się.
E-mail:(opcjonalnie)
A moim zdaniem...
Reklama