Duuużo basu

Był u nas w marcu tego roku z projektem TT Electro Step, tym razem powrócił z zespołem pod szyldem Pilichowski Band. Ikona polskiego basu - Wojtek Pilichowski - wystąpił w piątkowy (12 października) wieczór w klubie Mjazzga. Jak było tym razem? Zobacz fotoreportaż.
Koncert zaczął się z lekkim opóźnieniem. Około godziny 20.30 na scenie pojawił się Wojtek wraz z zespołem. Wszyscy w dobrych humorach, przystąpili do ataku na nasze receptory słuchowe. Bas to taki instrument, który potrafi - odpowiednio nagłośniony - przenikać człowieka od stóp po czubek głowy. Wojtek Pilichowski doskonale zdaje sobie z tego sprawę i opanował tę umiejętność do perfekcji. Do przeszywającego basu należy dodać znakomicie zgrany zespół i koncert nabiera prawdziwej mocy. Wojtek jak zwykle atakował niesamowitymi zagrywkami, mistrzowskim klangiem, niekiedy spokojnym, klimatycznym wprowadzeniem lub świetną improwizacją. Zagrali sporo numerów z płyty „Fair of Noise”, dwie świetne interpretacje kawałków Rihanny („Only Girl” i „Don’t Stop The Music”) oraz motywy z „Running Up That Hill” Kate Bush. W kilku numerach pojawił się wokal, za który tym razem odpowiedzialna była Kasia Stanek, która jak się zdało kupiła sobie sporą część męskiej publiczności.
Atmosfera koncertu była dobra, Wojtek co jakiś czas tradycyjnie pytał „Czy jest radość?”. Radość była, aczkolwiek zdarzyły się nieprzyjemne zgrzyty. Muzyk dwa razy wdał się w niepotrzebną zupełnie wymianę zdań z ludźmi spod sceny, a forma tej wymiany świadczyć mogła o braku dystansu do siebie, tudzież zwykłym niezrozumieniu żartu. Poza tym małym zgrzytem koncert był udany. Usłyszeliśmy sporo numerów, które Wojtek zagrał w marcu, tym razem w innych aranżacjach.
Ciężko żeby tak doświadczony muzyk, zszedł w czasie występu poniżej pewnego dla większości i tak nieosiągalnego poziomu. I nie zszedł, aczkolwiek dla mnie na marcowym koncercie była większa radość. Może to kwestia różnicy w aranżacjach, a może mojego odbioru. Nie mniej mimo, że nie było tak rewelacyjnie, jak wtedy i tak było bardzo dobrze.
Atmosfera koncertu była dobra, Wojtek co jakiś czas tradycyjnie pytał „Czy jest radość?”. Radość była, aczkolwiek zdarzyły się nieprzyjemne zgrzyty. Muzyk dwa razy wdał się w niepotrzebną zupełnie wymianę zdań z ludźmi spod sceny, a forma tej wymiany świadczyć mogła o braku dystansu do siebie, tudzież zwykłym niezrozumieniu żartu. Poza tym małym zgrzytem koncert był udany. Usłyszeliśmy sporo numerów, które Wojtek zagrał w marcu, tym razem w innych aranżacjach.
Ciężko żeby tak doświadczony muzyk, zszedł w czasie występu poniżej pewnego dla większości i tak nieosiągalnego poziomu. I nie zszedł, aczkolwiek dla mnie na marcowym koncercie była większa radość. Może to kwestia różnicy w aranżacjach, a może mojego odbioru. Nie mniej mimo, że nie było tak rewelacyjnie, jak wtedy i tak było bardzo dobrze.
Tomasz Sulich