Koncertowo zupełnie nowa „Nowa Płyta”

W Mjazzdze, jak zwykle, publiczność dopisała i na koncercie starszego pokolenia Waglewskich zebrał się tłum. Można się było tego spodziewać, skoro wieść o wyprzedaniu wszystkich biletów rozeszła się już w połowie tygodnia. Panowie nie zawiedli i pokazali co potrafią. Zobacz zdjęcia.
Zaczęło się dość spokojnie od utworu „Piwko, wino”, po którym to okazało się, że perkusista Michał Bryndal ma kłopoty z mikrofonem. Panowie od razu nawiązali kontakt z publicznością, żartując ze swojego dźwiękowca, dzięki czemu atmosfera z miejsca stała się kameralno – przyjacielska. Po kilku jeszcze spokojniejszych utworach ze starego repertuaru zespół zagrał swój największy przebój „Nim stanie się tak”. Wykonanie brzmiało o wiele bardziej rockowo niż studyjne nagranie, a publiczność coraz wyraźniej zaczęła podrygiwać. W pewnym momencie światło zgasło, muzyka zamilkła, a ludzie, zupełnie tym nie przejęci, śpiewali dalej. Wojciech Waglewski udawał przyjemnie zaskoczonego, co tylko zachęciło wszystkich do jeszcze głośniejszego śpiewania.
Ten początek, celowo chyba złożony ze znanych już utworów, dał świetne wprowadzenie do kawałków z – literalnie – Nowej Płyty, które zespół wykonał w bardzo rockowych aranżacjach. Cały koncert zresztą brzmiał mocno, szybko i napełniony był niesamowitą ilością genialnych improwizacji. Zarówno gitarowych Waglewskiego, który za nic sobie mając swój metrykalny wiek, wyżywał się na strunach, jak i Pospieszalskiego - biegającego po scenie z saksofonem. On to właśnie, w czasie utworów „Styx” i „Flota zjednoczonych sił”, wprowadził wszystkich w trans swoimi gardłowymi afrykańskimi zaśpiewami. Publiczność po raz kolejny dała się porwać, odpowiadała na wezwania Pospieszalskiego, tłum szalał! Proszeni o bis panowie z Voo Voo dokonali na scenie szybkiej konsultacji krygując się i udając mile zaskoczonych faktem, że ktoś ich o ten bis poprosił.
Wersja koncertowa „Nowej Płyty” różni się diametralnie od studyjnej. Widownia kiwała się na krzesłach, barze i czym tylko się dało. Było żywiołowo i energetycznie tak, jak to Voo Voo potrafią. Mówi się nawet, że zespół najlepiej sprawdza się na koncertach. To fakt niezaprzeczalny. Dlatego ci, którzy zawiedli się płytą i z koncertu zrezygnowali – niech żałują!
Ten początek, celowo chyba złożony ze znanych już utworów, dał świetne wprowadzenie do kawałków z – literalnie – Nowej Płyty, które zespół wykonał w bardzo rockowych aranżacjach. Cały koncert zresztą brzmiał mocno, szybko i napełniony był niesamowitą ilością genialnych improwizacji. Zarówno gitarowych Waglewskiego, który za nic sobie mając swój metrykalny wiek, wyżywał się na strunach, jak i Pospieszalskiego - biegającego po scenie z saksofonem. On to właśnie, w czasie utworów „Styx” i „Flota zjednoczonych sił”, wprowadził wszystkich w trans swoimi gardłowymi afrykańskimi zaśpiewami. Publiczność po raz kolejny dała się porwać, odpowiadała na wezwania Pospieszalskiego, tłum szalał! Proszeni o bis panowie z Voo Voo dokonali na scenie szybkiej konsultacji krygując się i udając mile zaskoczonych faktem, że ktoś ich o ten bis poprosił.
Wersja koncertowa „Nowej Płyty” różni się diametralnie od studyjnej. Widownia kiwała się na krzesłach, barze i czym tylko się dało. Było żywiołowo i energetycznie tak, jak to Voo Voo potrafią. Mówi się nawet, że zespół najlepiej sprawdza się na koncertach. To fakt niezaprzeczalny. Dlatego ci, którzy zawiedli się płytą i z koncertu zrezygnowali – niech żałują!
Urszula Nowik