Szkoła życia przy Agrykola. Historia Józefa Bujko

Spotkanie z trenerem Józefem Bujko, będące częścią nowej inicjatywy Olimpii „Poniedziałki z historią”, miało w sobie coś z otwierania starej, dobrze przechowanej kroniki. Być może kartki są już zapisane od dawna, ale historie wciąż pulsują życiem. Spotkanie nie było zwykłą rozmową o piłce, było bardziej opowieścią człowieka, który przeszedł przez niemal wszystkie jej stadia.
Już na początku trener cofnął słuchaczy do swoich pierwszych kroków. Jak wspominał, zaczynał „jako trampkarz w Polonii Elbląg, na boisku Krakusa”. Tam kształtował się jego charakter, tam uczył się pokory wobec futbolu.
– Grało się w swoich trampkach, w swoich spodenkach. Sprzętu nie było, ale była chęć i była pasja – mówił, kreśląc obraz realiów, które dziś mogą wydawać się niemal niewyobrażalne.
Szczególną rolę w jego opowieści odegrał moment powstania nowego rozdziału w historii elbląskiej piłki, czyli połączenie Polonii z Turbiną w 1959 r. i narodziny Olimpii.
– Powstał nowy klub, koledzy zaczęli chodzić, ja do nich dołączyłem i tak to się zaczęło – wspominał bez patosu, ale z wyczuwalnym sentymentem.
To właśnie w tym środowisku dojrzewał jako zawodnik, a później już jako trener.
Z dużą swobodą i naturalnością trener wracał do anegdot, które nadawały spotkaniu lekkości, ale jednocześnie budowały jego autentyczność. Opowieść o meczu Pucharu Polski z Legią Warszawa z 1966 roku, gdy był kapitanem Olimpii, zapadała w pamięć.
– Boisko było wywałowane, jak stół. Ziemia, żadnej trawy. Oni byli zaskoczeni” – opowiadał.
Równie barwnie przedstawił kulisy organizacyjne tamtego spotkania od dziwnie zaaranżowanych szatni po gest rywala, który zrezygnował z części wpływów z meczu, bo warunki Olimpii biły biedą po oczach.
Jeszcze większy ciężar emocjonalny niosły wspomnienia z 1986 roku, gdy jako trener prowadził Olimpię przeciwko Legii.
– Prowadziliśmy 1:0. Gdyby padła druga bramka, a mieliśmy stuprocentową sytuację, to wygralibyśmy – mówił, jakby wciąż analizował tamte sekundy.
W jego głosie nie było żalu, raczej refleksja i świadomość, jak cienka bywa granica między sukcesem a niespełnieniem. To właśnie mecze z Legią najchętniej przeżyłby jeszcze raz, jako piłkarz i trener.
Ważnym wątkiem była także droga trenerska. Jak sam przyznał, nie była wynikiem wielkich planów, ale naturalnym następstwem boiskowego życia.
– Nie myślałem o tym grając. Dopiero po zakończeniu kariery zaczęło się to rodzić – wspominał.
Swoje pierwsze trenerskie kroki stawiał w Barkasie Tolkmicko, aby później, dzięki namowie działaczy przede wszystkim Franciszkowi Wiśniewskiemu, wrócił do Elbląga i na stałe związał się z Olimpią.
W jego wypowiedziach wyraźnie wybrzmiewała filozofia pracy, oparta na prostocie i zaufaniu do piłkarskich podstaw.
– Dużo zajęć z piłką. To było najważniejsze – podkreślał. Jednocześnie zwracał uwagę, jak zmienił się futbol: – Dziś jest więcej taktyki, mniej luzu. A piłka potrzebuje swobody, żeby była przyjemna dla oka.
Wypowiedź zdawała się być nie tylko oceną współczesności, ale też pewnym credo człowieka wychowanego w tamtych realiach.
Nie zabrakło także refleksji nad przemianami, które dotknęły klub w latach 90. Trener wrócił do trudnego okresu, gdy Olimpia próbowała ratować się na różne sposoby. Jak wspominał, pojawiały się próby prowadzenia działalności handlowej m.in. sprzętem sportowym, dresami i innymi towarami.
– Były takie próby, żeby klub się utrzymał. Handel, różne rzeczy… ale to długo nie mogło funkcjonować – mówił.
W jego słowach nie było jednak rozczarowania, raczej spokojna refleksja człowieka, który widział te wydarzenia z bliska. Wspominał okres problemów finansowych, doraźnych rozwiązań i narastającego kryzysu, którego nie dało się już zatrzymać.
Cennym elementem spotkania były również obserwacje dotyczące zawodników. Bujko podkreślał znaczenie indywidualnych umiejętności i odwagi na boisku:
– Jeżeli zawodnik nie wygra jeden na jeden, to ciężko wygrać mecz.
Wspominał przy tym piłkarzy, którzy potrafili „zrobić różnicę”.
Na koniec rozmowa przybrała bardziej osobisty ton. Na pytanie o znaczenie Olimpii w jego życiu odpowiedział krótko, ale wymownie: „To szkoła życia”. I w istocie, słuchając tej opowieści, trudno było nie odnieść wrażenia, że mamy do czynienia z człowiekiem, który przez dekady niósł ze sobą doświadczenie nie tylko sportowe, ale i ludzkie.
Konkludując, jedni idą przez życie z lekkim plecakiem wspomnień, inni niosą ze sobą ciężką walizkę historii. Dzisiejszy gość bez wątpienia należy do tej drugiej grupy.