
Niespokojny duch, obieżyświat, patriota, sportowiec, wrażliwy pisarz i poeta. Tak pokrótce można przedstawić Kazimierza Kaza Ostaszewicza, absolwenta I Liceum Ogólnokształcącego w Elblągu, który wczoraj (9 kwietnia) podzielił się z licealistami swoimi przeżyciami i twórczością.
Kazimierz Kaz Ostaszewicz, absolwent I LO, z wielką radością powraca do starej szkoły, by opowiedzieć o swojej młodości i podzielić się słowem, którym bawi się na co dzień. Jednym z pierwszych życiowych zawirowań jest zsyłka małego Kazimierza wraz z matką i bratem Zbyszkiem na Sybir oraz smutny, bo już bez brata, powrót do Ojczyzny. Wspomnienia z tego okresu autor spisuje w książce pt. „Długie drogi Syberii”. W 1956 roku dorosły już Kazimierz uzyskuje w I Liceum Ogólnokształcącym świadectwo dojrzałości. Do swojej szkoły powraca myślami przez lata. Jego życie to zlepek niezwykłych przygód i podróży. Ostaszewicz to człowiek wszechstronny. Nie ma chyba pracy, której w swym życiu się nie podjął. Pracuje w sądownictwie, jako kurator dla nieletnich, ale także jako taksówkarz, agent ubezpieczeniowy, pracownik socjalny, sprzedawca biżuterii i samochodów, fizjoterapeuta. Jest dyplomowanym ekspertem ćwiczeń siłowych, konkretnie podnoszenia ciężarów. Nie boi się także pracy fizycznej. Przez pewien czas pracuje jako robotnik budowlany. Już od młodości ma zacięcie artystyczne. W czasie studiów zakłada studencki kabaret Fo-Pa, tworzy teksty piosenek, które śpiewa w radiu i telewizji. Śpiewa też w języku hiszpańskim piosenki kabaretowe z zespołami meksykańskimi. Z zamiłowania jest pisarzem i poetą. A pisze od lat. Uwielbia sport i aktywnie go uprawia. Miłośnik koszykówki, podnoszenia ciężarów i piłki nożnej (I miejsce w lidze, 1985). W wieku 46 lat zdobywa w Kalifornii I miejsce w podnoszeniu ciężarów. Pod koniec lat 60. XX wieku los rzuca go do Stanów Zjednoczonych. Mieszka kolejno w Nowym Jorku, Los Angeles i Arizonie. Osiem lat temu wraca do Ojczyzny. Dziś mieszka w Lęborku. Nie wyklucza powrotu do ukochanych Stanów. Mimo, że kocha Polskę, nie może przyzwyczaić się do kapryśnej i niezwykle nieprzyjaznej polskiej pogody. A dlaczego po ponad trzydziestu latach życia za wielką wodą poeta powrócił do swojej Ojczyzny?
- To temat jak morze, za dużo narosło w człowieku – mówi Kazimierz Ostaszewicz. - Polska to całe moje dorosłe życie, studia, pierwszy dom. Wróciłem, bo po prostu chciałem wrócić. Jestem tu już osiem lat. Czy wyjadę jeszcze do USA? Po takiej wiośnie jak ta, tak mi tam tęskno i chce mi wrócić. Czy jednak wrócę, nie wiem. Jest takie powiedzenie: „Ciepło kości nie łamie”. Tu, w Polsce coś mi w kościach zaczyna strzykać. Zaczyna mi tu szwankować zdrowie, a w USA byłem zdrów jak ryba.

Pisarz tęskni przede wszystkim za arizońskim słońcem, bo w Polsce jest go jak na lekarstwo. Tęskni za miejscem, w którym „już w lutym kwitną cytrusy”, w którym powietrze „od listopada do kwietnia nasycone jest wanilią”. Arizona bowiem to dla poety „wyjątkowy kawałek tortu na mapie świata”.
- Gdzie, ot, na tamtej skale jest pierwszy stopień mlecznej drogi, która we wrześniu schodzi tak nisko i mówi...wejdź, – wspomina ukochaną Arizonę Ostaszewicz - ja wiem, że ty masz gwiazdę, swego życia, ale ja wprowadzę cię do nieba gwiazd...
Autor w swoich utworach porusza zagadnienia bliskie swemu sercu. Jego twórczość przesycona jest wspomnieniami z dzieciństwa i młodości. Pisze o ukochanym Elblągu, o miłości do Polski, przyrodzie, która go otacza. Nie stroi też od polityki. Polska jest dla niego „jak dziewczyna. Zakochałeś się? To cierp, bo za późno na logikę”.
- Gdybym nie wyjechał z Polski, nie byłoby mnie tutaj – mówi pisarz. - Miałem zawsze niewyparzoną gębę. Przyszły bowiem czasy, kiedy ludzie mieli dość takich, jak ja.
W zdobyciu paszportu do Stanów pomógł mu naczelnik wydziału paszportowego w Sopocie, członek Urzędu Bezpieczeństwa. To on ułatwił Ostaszewiczowi ucieczkę z kraju, narażając tym samym swoją karierę zawodową.
Kazimierz Ostaszewicz przez wiele lat pracował jako fizjoterapeuta. Jego pacjentami byli gównie Indianie oraz meksykanie mówiący po hiszpańsku. - Dlatego też sprawy gangów znane są mi od podszewki – śmieje się poeta. - A czy jestem pazerny na brawa? Bardzo! – żartuje, dopominając się gromkich braw, artysta.
A tak nasz krajan wspomina swój niezapomniany Elbląg:
Mój Elbląg
Dobrze jest usiąść w cieniu
przymknąć na dłużej oczy
otworzyć na chwilę myśli
tysiące mil przeskoczyć…
Pewno w moim Elblągu
lipy już kapią miodem
agrest pęcznieje sokiem
dziewczynom rosną „jagody”…
Zalew Wiślany się zmarszczył
zbudzony hałasem kotwicy
„Panna Wodna” już tańczy
na falach aż do Krynicy
Elbląg mojej młodości
miasto pierwszych marzeń
pierwszych zielonych czułości
na całe życie twarzy
Dobrze jest wrócić z cienia
otworzyć szeroko oczy
budować nowe marzenia
skakać aż się doskoczy…
California, lato 1984