Nierealne marzenie Tomka…

Oto historia rodziny, której codzienność to walka. Walka o lepsze życie dla niepełnosprawnego dziecka. Oto historia o miłości rodziców do niepełnosprawnego Tomka. To dzięki niej chłopiec jest wciąż radosny i mimo przeciwności losu, wie, że ma dla kogo żyć.
Marzenia Tomka
Małgorzata Talarek, mama 17-letniego Tomka, codziennie zadaje sobie pytanie: „Dlaczego?”. Dlaczego jej dziecko nigdy nie pobiega po boisku, nigdy nie kopnie piłki, nie wejdzie na karuzelę, nie spróbuje wielu rzeczy. Wiele by zrobiła, by Tomek mógł chodzić choć jeden dzień. Chłopiec ma bowiem jedno nierealne marzenie: chciałby wiedzieć, jak to jest, móc chodzić. Kto z nas by pomyślał, że coś tak banalnego, może być poza zasięgiem czyichś marzeń? Tomek jest niepełnosprawny, ale ma takie same potrzeby jak chłopcy w jego wieku. Wiele rzeczy go jednak omija.
Urodził się dwa miesiące za wcześnie. Jeszcze dwa dni przed porodem nic nie wskazywało na to, że jego finał okaże się tragiczny. Dziecko było zdrowe. Mimo, że pani Małgosia powinna urodzić w dniu, w którym trafiła do szpitala, dopiero po dwóch dniach zdecydowano o cesarskim cięciu. Koniec końców dziecko owinęło się pępowiną i urodziło się niedotlenione.
- Pani doktor po porodzie oznajmiła mi, że dziecko ma szmery w sercu, że płuca są nierozwinięte, że nie ma praktycznie szans na normalne życie – mówi Małgorzata Talarek. - Stałam wtedy nad inkubatorem i się modliłam. Mówiłam sobie, że będę walczyć o zdrowie Tomka. Ja go na świat sprowadziłam i obiecałam sobie, że będzie żył.
Gdy Tomek miał dziewięć miesięcy, pani Małgosia usłyszała słowa, które zabrzmiały jak wyrok: „Dziecko cierpi na porażenie mózgowe czterokończynowe”. Zaczęła się walka z chorobą.
- Do dnia dzisiejszego nie wiem, jak wróciłam wtedy do domu – mówi pani Małgosia. - Zastanawiałam się, jak ja to powiem mężowi. Zaczęły się ciągłe rehabilitacje. Miałam stały harmonogram dnia: psycholog, pedagog, rehabilitacja. Jedenaście lat siedziałam z dziećmi w domu. Mąż jeździł do pracy do Gdyni – wspomina. - Tomek był ciągle chory, raz miał zapalenie oskrzeli raz zapalenie płuc. Ciągle krzyczał, szczególnie w nocy. Towarzyszyły mu ciągłe lęki.
Gdy Tomek miał cztery lata, okazało się, że ma zwichnięte biodra. Było to efektem niedopatrzeń i zaniedbań ze strony lekarzy. Chłopiec przeszedł dwie operacje, dwa lata dochodził do siebie. Przez kolejne sześć lat przechodził serie rehabilitacji. Jego stan zaczął się poprawiać. W wieku siedmiu lat rozpoczął naukę w klasie integracyjnej w jednej z podstawówek w Malborku, bo tam początkowo mieszkali państwo Talarek. Z czasem przenieśli się do Elbląga. Jednak tu żadna ze szkół nie chciała przyjąć Tomka. Dzięki interwencjom pani Małgosi Tomek trafił do Szkoły Podstawowej nr 23. Po skończeniu podstawówki, podjął naukę w Gimnazjum nr 6. Nie ma problemów z nauką. Dziś jest licealistą i najlepszym uczniem w klasie. Ma niesamowitą pamięć. Uwielbia historię. To jego konik.
„Schody” na każdym zakręcie
Pani Małgosia nieraz spotkała się z brakiem życzliwości ze strony innych. Już sama choroba dziecka jest dla rodziny Talarek wielkim cierpieniem. Dodatkowy problem to napotykanie się na przysłowiowe „schody”. Z jednej strony Tomek traci zdrowie i jego stan wymaga ciągłych rehabilitacji, z drugiej w zmaganiach z jego chorobą nie pomagają nieżyczliwi ludzie, których spotyka się na każdym kroku.
- Często gdy gdzieś jadę z Tomkiem, spotykam się z brakiem kultury kierowców, którzy nie przepuszczają mnie z wózkiem i bezczelnie przejeżdżają tuż przed moim nosem – mówi mama chłopca. - Gdy chcę wsiąść z Tomkiem do tramwaju, nagle robię się niewidzialna. Panuje totalna znieczulica. Wszyscy odwracają głowę. Nie wspomnę już o tym, że ludzie gapią się na nas w tramwaju, myśląc zapewne: ”Jak dobrze, że to nie ja” – dodaje. - Gdy Tomek zaczął chodzić do podstawówki, spotkałam się z nieprzyjemnymi komentarzami ze strony rodziców. Byli oni delikatnie mówiąc zbulwersowani, że ich zdrowe dzieci mają uczęszczać do szkoły z takimi dziećmi jak moje.
Tomek do gimnazjum uczęszczał tylko rok. W drugiej klasie okazało, że ma zwichnięte biodro. Chłopiec strasznie to przeżył. Nabawił się nerwicy lękowej. Całe noce krzyczał. Rodzice szukali dla niego psychologa. I znów „schody”. Ne udało się go znaleźć. Z czasem Tomek wrócił do szkoły. Dziś jest uczniem klasy integracyjnej w IV Liceum Ogólnokształcącym. Po operacji biodra znów nieszczęście. Tomek zaczął odczuwać bóle kręgosłupa. Z dnia na dzień jego kręgosłup zaczął się skręcać.
- Była to skolioza około stu stopni – mówi pani Małgosia. - Pojechaliśmy do Zakopanego. Tam znajduje się szpital, który specjalizuje się w operacjach kręgosłupa. Gdy lekarz zobaczył Tomka, stwierdził konieczność natychmiastowej operacji. To był luty, a termin operacji wyznaczono nam dopiero na styczeń następnego roku! Codziennie dzwoniłam do Zakopanego. Płakałam w słuchawkę, aż wypłakałam termin na czerwiec.
Operacja Tomka to dla pani Małgosi bolesne wspomnienie. Oczekiwanie na jej efekt był jednym wielkim koszmarem. Przez dwa dni rodzice nie otrzymywali informacji, co dzieje się z ich dzieckiem i jaki jest jego stan. Operacja mogła zakończyć się różnie. Była na granicy ryzyka.
- Stanie pod OIOM-em przez dwa dni było dla nas dramatem. Staliśmy tam i nasłuchiwaliśmy, czy Tomek nie krzyczy – mówi. - Nikt nam nic nie chciał powiedzieć. Trzeciego dnia na OIOM wpuściła nas życzliwa pielęgniarka. Zobaczyliśmy, jak Tomek siedzi, wyglądał na zadowolonego. Był wyciszony, bo był na środkach znieczulających. Można go było dotknąć, przytulić.
Zakrętki dla Tomka
Nie minął rok, a okazało się, że Tomek ma zwichnięte drugie biodro. Dziś jest po kolejnej operacji, co ostatecznie odebrało mu szansę na chodzenie. Jakiś czas temu państwo Talarek zaczęli starania o wózek elektryczny dla Tomka, ponieważ chłopiec nie jest w stanie używać rąk, by poruszać się na zwykłym wózku. Ruszyła akcja zbierania zakrętek na wózek dla Tomka. W akcję zaangażowała się szkoła. Dyrektor IV LO zaproponował, by worki z nakrętkami były magazynowane w szkole. Cześć z nich była składowana w Galerii El, gdzie pracuje pani Małgosia. W akcję zaangażowali się koledzy z pracy pani Małgosi. Jeden z nich zrobił plakaty, inny ogłosił akcję na fecebooku. Akcję rozpowszechniono we wszystkich lokalnych mediach i tym sposobem udało się zebrać część pieniędzy potrzebnych na wózek dla chłopca.
- Pamiętam taką sytuację, jak w siarczysty mróz do Galerii przyszła starsza pani z workiem pełnym zakrętek – wspomina pani Małgosia. - Z czasem Tomek otrzymał dofinansowanie z PEFRONU. Sporą kwotę pieniędzy otrzymaliśmy od Lions Club Elbląg Truso. Starczyło na wspaniały wózek i łóżko rehabilitacyjne dla Tomka. Jestem bardzo wdzięczna kolegom z pracy, dyrektorowi IV LO i miastu za wsparcie w walce o wózek dla mojego dziecka.
Dziś Tomek dochodzi do siebie po operacji biodra. Czeka go jeszcze kilka tygodni leżenia w łóżku, a potem rehabilitacja. Przeszedł na nauczanie indywidualne. Chłopiec nie traci nadziei, że będzie lepiej, że poszczęści mu się w życiu. W pełni zasługuje na prawdziwe szczęście. Myślę, że czeka na niego gdzieś za rogiem. A jest ono realne, gdy ma się takich wspaniałych rodziców i dom pełen ciepła i miłości.
Małgorzata Talarek, mama 17-letniego Tomka, codziennie zadaje sobie pytanie: „Dlaczego?”. Dlaczego jej dziecko nigdy nie pobiega po boisku, nigdy nie kopnie piłki, nie wejdzie na karuzelę, nie spróbuje wielu rzeczy. Wiele by zrobiła, by Tomek mógł chodzić choć jeden dzień. Chłopiec ma bowiem jedno nierealne marzenie: chciałby wiedzieć, jak to jest, móc chodzić. Kto z nas by pomyślał, że coś tak banalnego, może być poza zasięgiem czyichś marzeń? Tomek jest niepełnosprawny, ale ma takie same potrzeby jak chłopcy w jego wieku. Wiele rzeczy go jednak omija.
Urodził się dwa miesiące za wcześnie. Jeszcze dwa dni przed porodem nic nie wskazywało na to, że jego finał okaże się tragiczny. Dziecko było zdrowe. Mimo, że pani Małgosia powinna urodzić w dniu, w którym trafiła do szpitala, dopiero po dwóch dniach zdecydowano o cesarskim cięciu. Koniec końców dziecko owinęło się pępowiną i urodziło się niedotlenione.
- Pani doktor po porodzie oznajmiła mi, że dziecko ma szmery w sercu, że płuca są nierozwinięte, że nie ma praktycznie szans na normalne życie – mówi Małgorzata Talarek. - Stałam wtedy nad inkubatorem i się modliłam. Mówiłam sobie, że będę walczyć o zdrowie Tomka. Ja go na świat sprowadziłam i obiecałam sobie, że będzie żył.
Gdy Tomek miał dziewięć miesięcy, pani Małgosia usłyszała słowa, które zabrzmiały jak wyrok: „Dziecko cierpi na porażenie mózgowe czterokończynowe”. Zaczęła się walka z chorobą.
- Do dnia dzisiejszego nie wiem, jak wróciłam wtedy do domu – mówi pani Małgosia. - Zastanawiałam się, jak ja to powiem mężowi. Zaczęły się ciągłe rehabilitacje. Miałam stały harmonogram dnia: psycholog, pedagog, rehabilitacja. Jedenaście lat siedziałam z dziećmi w domu. Mąż jeździł do pracy do Gdyni – wspomina. - Tomek był ciągle chory, raz miał zapalenie oskrzeli raz zapalenie płuc. Ciągle krzyczał, szczególnie w nocy. Towarzyszyły mu ciągłe lęki.
Gdy Tomek miał cztery lata, okazało się, że ma zwichnięte biodra. Było to efektem niedopatrzeń i zaniedbań ze strony lekarzy. Chłopiec przeszedł dwie operacje, dwa lata dochodził do siebie. Przez kolejne sześć lat przechodził serie rehabilitacji. Jego stan zaczął się poprawiać. W wieku siedmiu lat rozpoczął naukę w klasie integracyjnej w jednej z podstawówek w Malborku, bo tam początkowo mieszkali państwo Talarek. Z czasem przenieśli się do Elbląga. Jednak tu żadna ze szkół nie chciała przyjąć Tomka. Dzięki interwencjom pani Małgosi Tomek trafił do Szkoły Podstawowej nr 23. Po skończeniu podstawówki, podjął naukę w Gimnazjum nr 6. Nie ma problemów z nauką. Dziś jest licealistą i najlepszym uczniem w klasie. Ma niesamowitą pamięć. Uwielbia historię. To jego konik.
„Schody” na każdym zakręcie
Pani Małgosia nieraz spotkała się z brakiem życzliwości ze strony innych. Już sama choroba dziecka jest dla rodziny Talarek wielkim cierpieniem. Dodatkowy problem to napotykanie się na przysłowiowe „schody”. Z jednej strony Tomek traci zdrowie i jego stan wymaga ciągłych rehabilitacji, z drugiej w zmaganiach z jego chorobą nie pomagają nieżyczliwi ludzie, których spotyka się na każdym kroku.
- Często gdy gdzieś jadę z Tomkiem, spotykam się z brakiem kultury kierowców, którzy nie przepuszczają mnie z wózkiem i bezczelnie przejeżdżają tuż przed moim nosem – mówi mama chłopca. - Gdy chcę wsiąść z Tomkiem do tramwaju, nagle robię się niewidzialna. Panuje totalna znieczulica. Wszyscy odwracają głowę. Nie wspomnę już o tym, że ludzie gapią się na nas w tramwaju, myśląc zapewne: ”Jak dobrze, że to nie ja” – dodaje. - Gdy Tomek zaczął chodzić do podstawówki, spotkałam się z nieprzyjemnymi komentarzami ze strony rodziców. Byli oni delikatnie mówiąc zbulwersowani, że ich zdrowe dzieci mają uczęszczać do szkoły z takimi dziećmi jak moje.
Tomek do gimnazjum uczęszczał tylko rok. W drugiej klasie okazało, że ma zwichnięte biodro. Chłopiec strasznie to przeżył. Nabawił się nerwicy lękowej. Całe noce krzyczał. Rodzice szukali dla niego psychologa. I znów „schody”. Ne udało się go znaleźć. Z czasem Tomek wrócił do szkoły. Dziś jest uczniem klasy integracyjnej w IV Liceum Ogólnokształcącym. Po operacji biodra znów nieszczęście. Tomek zaczął odczuwać bóle kręgosłupa. Z dnia na dzień jego kręgosłup zaczął się skręcać.
- Była to skolioza około stu stopni – mówi pani Małgosia. - Pojechaliśmy do Zakopanego. Tam znajduje się szpital, który specjalizuje się w operacjach kręgosłupa. Gdy lekarz zobaczył Tomka, stwierdził konieczność natychmiastowej operacji. To był luty, a termin operacji wyznaczono nam dopiero na styczeń następnego roku! Codziennie dzwoniłam do Zakopanego. Płakałam w słuchawkę, aż wypłakałam termin na czerwiec.
Operacja Tomka to dla pani Małgosi bolesne wspomnienie. Oczekiwanie na jej efekt był jednym wielkim koszmarem. Przez dwa dni rodzice nie otrzymywali informacji, co dzieje się z ich dzieckiem i jaki jest jego stan. Operacja mogła zakończyć się różnie. Była na granicy ryzyka.
- Stanie pod OIOM-em przez dwa dni było dla nas dramatem. Staliśmy tam i nasłuchiwaliśmy, czy Tomek nie krzyczy – mówi. - Nikt nam nic nie chciał powiedzieć. Trzeciego dnia na OIOM wpuściła nas życzliwa pielęgniarka. Zobaczyliśmy, jak Tomek siedzi, wyglądał na zadowolonego. Był wyciszony, bo był na środkach znieczulających. Można go było dotknąć, przytulić.
Zakrętki dla Tomka
Nie minął rok, a okazało się, że Tomek ma zwichnięte drugie biodro. Dziś jest po kolejnej operacji, co ostatecznie odebrało mu szansę na chodzenie. Jakiś czas temu państwo Talarek zaczęli starania o wózek elektryczny dla Tomka, ponieważ chłopiec nie jest w stanie używać rąk, by poruszać się na zwykłym wózku. Ruszyła akcja zbierania zakrętek na wózek dla Tomka. W akcję zaangażowała się szkoła. Dyrektor IV LO zaproponował, by worki z nakrętkami były magazynowane w szkole. Cześć z nich była składowana w Galerii El, gdzie pracuje pani Małgosia. W akcję zaangażowali się koledzy z pracy pani Małgosi. Jeden z nich zrobił plakaty, inny ogłosił akcję na fecebooku. Akcję rozpowszechniono we wszystkich lokalnych mediach i tym sposobem udało się zebrać część pieniędzy potrzebnych na wózek dla chłopca.
- Pamiętam taką sytuację, jak w siarczysty mróz do Galerii przyszła starsza pani z workiem pełnym zakrętek – wspomina pani Małgosia. - Z czasem Tomek otrzymał dofinansowanie z PEFRONU. Sporą kwotę pieniędzy otrzymaliśmy od Lions Club Elbląg Truso. Starczyło na wspaniały wózek i łóżko rehabilitacyjne dla Tomka. Jestem bardzo wdzięczna kolegom z pracy, dyrektorowi IV LO i miastu za wsparcie w walce o wózek dla mojego dziecka.
Dziś Tomek dochodzi do siebie po operacji biodra. Czeka go jeszcze kilka tygodni leżenia w łóżku, a potem rehabilitacja. Przeszedł na nauczanie indywidualne. Chłopiec nie traci nadziei, że będzie lepiej, że poszczęści mu się w życiu. W pełni zasługuje na prawdziwe szczęście. Myślę, że czeka na niego gdzieś za rogiem. A jest ono realne, gdy ma się takich wspaniałych rodziców i dom pełen ciepła i miłości.
dk