UWAGA!

Drogi Czytelniku,

uprzejmie informujemy, że w związku z wejściem w życie Rozporządzenia o Ochronie Danych Osobowych stworzyliśmy zgodną z nim politykę prywatności. Regulacje RODO zmuszają nas do wystąpienia z prośbą do Ciebie o zaakceptowanie jego postanowień, chociaż z praktycznego punktu widzenia nic się nie zmienia w sposobie korzystania z naszego serwisu.

Jedyną rzeczą, która może budzić Twoje obawy jest profilowanie. Wyjaśniamy, że w naszym przypadku, tak jak dotychczas, skutkuje ono wyłącznie tym, że jeśli uprzednio byłeś/aś na stronie jakiegoś biura podróży, to z dużym prawdopodobieństwem nasi zaufani partnerzy reklamowi tacy jak Google serwować będą banery z widokami złocistych plaż.

Prosimy zapoznać się z polityką prywatności stosowaną na naszej stronie i zaakceptować jej postanowienia.

Może później

"Skansen latających trabantów"

 
Elbląg, "Skansen latających trabantów"
Fot. Michał Skroboszewski

- W czasie lotu liczy się tu i teraz – mówi Tomasz Kempiński, pilot i konstruktor motolotni. W powietrzu można zapomnieć o wszystkim, ale na ziemi pasjonatom latania wiele czasu upływa na solidne przygotowanie maszyn. Zobacz zdjęcia z naszej wizyty w warsztacie pełnym pasji do latania i konstruowania.

Nie każdy powinien jeździć, nie każdy może latać

- Silników "na trabancie" mam z 20 – mówi Tomasz Kempiński. - Jak pomysł na konstrukcję był zły, to albo pilot przeżył, albo nie. Jak był dobry pomysł, a słabe wykonanie, to wszystko się szybko rozlatywało. Jednak jak pomysł jest dobry, a do tego wykonanie solidne, to ludzie do tej pory trzymają taki sprzęt w garażach, nie oddadzą tego nikomu – tak o motolotniach i napędzających je silnikach mówi pasjonat latania i konstruktor.

Pan Tomasz w swoim warsztacie ma pokaźną kolekcję motolotni i sprzętu z nimi związanego. Skąd u niego taka pasja?

- Mieszkam blisko lotniska, ponad dwadzieścia lat temu kolega zabrał mnie na przejażdżkę i tak mi zostało – tłumaczy z uśmiechem. Dodaje od razu, że jeśli ktoś mieszka z daleka od lotniska, terenu wojskowego czy w odpowiedniej odległości od granicy, to do latania wystarczy opłacenie składki, jak robią to paralotniarze. - My już jesteśmy blisko lotniska, dlatego musimy podlegać przepisom lotniczym. Stąd konieczność zrobienia kwalifikacji, zdania państwowych egzaminów. Można się uczyć tu, na lotnisku. Kto uczy latania? Albo nauczy tego kolega albo instruktor, a potem można zdawać egzamin.

Jak przyznaje elblążanin, latanie nie jest łatwym zadaniem.

- Nie wszyscy mogą być kierowcami, a z tych, co nimi są, nie wszyscy powinni jeździć. Jeśli chodzi o tych, co jeżdżą i jeszcze nic sobie nie zrobili, 3 do 5 proc. można nauczyć latać.

Pilot, konstruktor i wynalazca w jednej osobie wyjaśnia, że jadąc autem człowiek stabilizuje swoją pozycję w stosunku do ziemi, zwykle twardej i poziomej. - Aparat latający swój tor lotu stabilizuje w stosunku do wektora wypadkowego swojej prędkości, a to już jest niewidoczne. Upraszczając, maszynie to wszystko jedno, jak leci, ale pilot musi wiedzieć, gdzie jest ten jego "bezpiecznik", skąd ta prędkość, "która go w plecy pcha albo za dziób ciągnie".

Tomasz Kempiński podkreśla, że motolotnią lata się w cieplejszych miesiącach, bo w niej "wieje jak na motocyklu".

- Paliwa starcza mi na dwie godziny lotu, jak ktoś ma większy zbiornik, to nawet i osiem. Steruje się balansując środkiem ciężkości, z którego skutecznie wybija wiatr. Trzeba wracać do równowagi pracując rękami, co umożliwia sterownica – tłumaczy.

Elblążanin podkreśla, że na swojej motolotni wznosi się na wysokość 3600 m, a przy silniku trabanta zajmuje to dłuższą chwilę.

- Trzy kilometry to nie jest sukces, ale na tym sprzęcie trzeba na to poświęcić z pół godziny – uśmiecha się. - Powrót z tej wysokości, jak się już wyłączy silnik, to jeszcze z 15 minut lotu.

Teraz, poza sezonem, pasjonaci latania zwykle zabierają sprzęt z aeroklubu i przy nim "dłubią". Pan Tomasz przyznaje, że w warsztacie spędza większość dnia, poświęcając czas na konserwację maszyn i szukanie nowych rozwiązań. Zawsze można zrobić coś lepiej, a praca jest tego warta, bo latanie, jak zapewnia, jest niesamowitym doświadczeniem.

 

  Elbląg, "Skansen latających trabantów"
Fot. arch. Tomasza Kempińskiego

W powietrzu liczy się tu i teraz

- Zawsze chciałoby się szybciej, wyżej, lepiej. Latanie wciąga jak najgorszy narkotyk – śmieje się. - Ono zmienia stan świadomości, jak robi alkohol czy inne środki, tylko tu, przy oderwaniu się od ziemi, mamy niesamowite poczucie wolności, a przede wszystkim poruszamy się w trzech wymiarach, co na powierzchni można odczuć tylko przez chwilę, przy skoku. Najpiękniejsze po nauczeniu się latania są pierwsze lata, bo to jest trudna sztuka, stąd umysł wyłącza wszystko, co niepotrzebne, żeby można było skupić się na tym, by się nie zabić – mówi Tomasz Kempiński. Problemy rodzinne, finansowe czy jakiekolwiek inne? Według elblążanina to wszystko tam w górze się nie liczy, o tym się zapomina. - To jest piękne odstresowanie. Dom się pali? W momencie lotu nie liczy się nic, bo trzeba w jednym kawałku wrócić na ziemię – żartuje. Ważne jest tu i teraz.

Podczas wizyty w warsztacie Tomasza Kempińskiego mogliśmy też zobaczyć "jedyną motolotnię na świecie", którą można odpalić korbą, a potem dopiero do niej wsiąść.

- Koła muszą być zabezpieczone podstawkami, bo nie ma tu sprzęgła, jeśli się zakręci silnikiem, to nie zdążyłbym wsiąść – tłumaczy. - Z tego, co wiem, nikt tego jeszcze nie zrobił w ten sposób, słyszałem o jednym dziadku, który wykorzystał sprężynę do podobnego rozwiązania. Nakręcał ją korbą, zwalniał jakiś bezpiecznik i można było lecieć.

Elblążanin przyznaje, że motolotnie bazują na trabantach, bo w czasach, gdy powstawały, był to jedyny dostępny silnik, na którym dało się latać.

- Zaczęło się to wszystko w latach 70', zbudowano takich maszyn ok. 200. Trzeba było samemu zbudować taką motolotnię od zera, ewentualnie mieć kolegę, który by to zrobił. Później pojawiły się silniki z volkswagenów, wykorzystywane dla motolotni dwuoosobowych – mówi. Tomasz Kempiński wyjaśnia, że konstrukcje bazują na trabancie, ale nie obywa się oczywiście bez modyfikacji. - Trzeba zwiększyć kompresję, zmniejszyć komorę spalania, bo paliwo dawniej to nie była przecież "dziewięćdziesiątka piątka" – wyjaśnia. - To jednocześnie sposób na zwiększenie mocy silnika. Niektóre silniki, które oryginalnie miały 26 koni, mają ich już po 50. Elblążanin tłumaczy, że te silniki sprzyjają pracy nad nimi, bo pochodzą z czasów swego rodzaju unifikacji, kiedy budowano tak, by "wszystko do wszystkiego pasowało". Dziś już nie da się rozrusznika z jednego auta umieścić w zupełnie innym modelu...

- Mój prywatny zbiór silników nazwałem "Skansenem latających trabantów". Każdy z nich jest inny, jeden robił motorowodniak, to zamontował tam części od "wichra", inny robił rolnik, to używał części od ciągnika.

Tomasz Kempiński podkreśla, że prędkość przelotowa motolotni to ok. 50 do 90 km/h. Można polecieć "ponad stówką", jednak, według pasjonata, "nie o to chodzi". Gdy leci się wolno i nisko, można po prostu podziwiać to, co jest pod nami.

 

Ostatni Mohikanin

- Kto leciał samolotem, wie, że tam u góry jest nudno, nic nie widać, ziemia się powoli przesuwa, jest hałas. A tu można popatrzeć, jakie chłopy pod sklepem piją piwo – śmieje się konstruktor. - Jak leci się wolno i nisko, to trzeba też czasem zawrócić, bo jak ktoś ci tam macha, to trzeba mu odmachać – dodaje.

W warsztacie pana Tomasza nie brakuje silników, skrzydeł, gaźników itd. "Śmigło to jest praca dla artysty, nie rzemieślnika" – mówi na przykład, opisując kolejne elementy wyposażenia. Głowice od motocykli MZ, gaźniki z urala... Nie sposób wymieniać wszystkich elementów, przy których i za pomocą których majsterkuje.

- Czemu ja to zbieram? Żeby nie trafiło na złom. Dziś niewielu ludzi chce latać – mówi. Skąd u niego pomysły na ciągłe udoskonalanie sprzętu?

- Jak chcesz wejść na drzewo, to potrzebujesz drabiny. To jest proste, tylko trzeba wiedzieć, jaka ta drabina ma być. Zebrać materiał, przygotować się i wykonać – mówi. - Znacie inżyniera Eiffla od wieży w Paryżu? Tu jest deska, którą zaprojektował, deska Eiffla – wskazuje na drewniane narzędzie. - Ma ona określone wymiary, zakłada się ją na wał, kręci i sprawdza, oczywiście według odpowiedniego wzoru, jaką silnik ma moc. Zwykła deska, a jaka użyteczna – komentuje.

- Jestem takim ostatnim Mohikaninem na wybrzeżu, który lata na trabantach. W kraju znalazłoby się jeszcze kilkudziesięciu takich wariatów – przyznaje. - Kiedyś, spędzając cały dzień na lotnisku, nie było wiadomo, czy się poleci, dziś na kursie jest 4-5 osób – wspomina.

Pierwsza motolotnia skonstruowana przez pana Tomasza jest, jak sam mówi, za ciężka. Nie znaczy to, że nie latała, ale od tamtego czasu konstruktor znacznie udoskonalił swoje dzieła. Tej pierwszej, jak sam przyznaje, nie ma serca wyrzucić. Najbardziej zaawansowana motolotnia w jego warsztacie, wykonana z aluminiowych rur, bandaży elastycznych i żywicy epoksydowej, powstała w latach 80'. Tę maszynę, jak i wiele innych konstrukcji, pan Tomasz nieustannie udoskonala, by w sezonie móc znów wznieść się nad ziemię.

TB
Polub ten artykuł
Polub portEl.pl
A moim zdaniem...

Przeczytaj też co działo się w Elblągu wcześniej

Zamieszczenie następnej opinii do tego artykułu wymaga zalogowania

W formularzu stwierdzono błędy!

Ok
Dodawanie opinii
Aby zamieścić swoje zdjęcie lub avatar przy opiniach proszę dokonać wpisu do galerii Czytelników.
NOWOŚĆ! Dział "A moim zdaniem" obsługuje hashtagi.
Dołącz zdjęcie:

Podpis:

Jeśli chcesz mieć unikalny i zastrzeżony podpis
zarejestruj się.
E-mail:(opcjonalnie)
Reklama