UWAGA!

----

Wolontariat dla wymagających

 Elbląg, Wolontariat dla wymagających

Gdziekolwiek nie przejdziesz się po mieście, widzisz malującego artystę. Do tego obfitość Petersburga w zabytki, kanały i fantastyczne położenie miasta... Jest tam co zwiedzać i co oglądać – ponad 200 muzeów i galerii, zatem nawet rok to zbyt mało, aby wszystko zobaczyć – rozmowa z Anną Tokarewicz, uczestniczką wolontariatu europejskiego EVS, w ramach którego spędziła rok w Petersburgu w Rosji.

Tomasz Franciuk: – Skąd pomysł na wyjazd do Rosji?
      
Anna Tokarewicz: – Już w czasach liceum byłam zainteresowana Rosją. Na początku „kręciła” mnie sama gramatyka języka rosyjskiego, a później zainteresowanie przerzuciło się na kulturę rosyjską w ogóle. W dalszej kolejności studia – filologia wschodniosłowiańska. Tam miałam koleżanki, które już wcześniej wyjeżdżały na wolontariat do Petersburga w ramach projektu European Voluntary Service, czyli na Wolontariat Europejski. Ich opowieści mnie zachęciły. Co prawda, jakieś obawy się pojawiały – Rosja to przecież mimo wszystko obcy kraj. Ale słuchając dziewczyn, które wcześniej już tam były i pracowały, nabierałam pewności, że wyjeżdżając do Rosji, podejmuję dobrą decyzję. Oczywiście, sama specyfika wolontariatu socjalnego, czyli praca w rosyjskich domach opieki społecznej i w domach dziecka, przerażała mnie już na wstępie. I gdyby nie to, że koleżanki ze szczegółami opowiadały o swoim pobycie w Rosji, miałabym wątpliwości, czy tam pojechać. One jednak przetarły szlaki, a potem już jakoś poszło.
      
       – A czemu akurat praca z dziećmi? Skończyłaś przecież całkiem inny kierunek studiów.
      
– Po pierwsze, decyzja o wyjeździe do Rosji była podyktowana chęcią jej zobaczenia. Gdyby nie Rosja, to nie wiem, czy bym się zdecydowała na wolontariat gdzieś indziej. Wyjazd do Rosji dał mi szansę na „zanurzenie się” w tym kraju. A życie, mieszkanie tam, było moim marzeniem. Tym bardziej, że przez pięć lat studiowałam filologię – nie sposób było nie pojechać i nie posmakować życia, języka, kultury, wszystkiego... Decyzja o wyborze akurat takiego projektu nie była łatwa – dwa lata się zastanawiałam. Na początku hamowała mnie myśl, że to jednak cały rok i jeśli już się zdecyduję, to nie ma odwrotu. Bo projekt jest taki, że jeśli podpisujesz umowę, to oczywiście, możesz wrócić, ale jednak lepiej, aby to nie były błahe powody. W grę wchodziły jedynie problemy rodzinne, kłopoty ze zdrowiem, tego typu...
      
       – Płaci się jakieś kary?
      
– Nie, nie. Nie grożą żadne sankcje. Kwestia jest taka, że to projekt unijny, więc nie my ponosimy konsekwencje, ale cała organizacja – i to jest pewien rodzaj odpowiedzialności za organizację. Powrót nie jest też taki prosty, jeśli chodzi o sprawy formalne. Oczywiście, zdarzają się wyjątkowe sytuacje, gdy wrócić musimy – np. zachorował ojciec mojej koleżanki. Wyjechała z dnia na dzień, jednak wróciła po dwóch miesiącach, gdy w domu wszystko się unormowało. Są jeszcze seminaria przygotowawcze, które powinny dać każdemu wystarczająco dużo czasu do zastanowienia.
      
       – Czym się w Rosji zajmowałaś?
      
– Ponieważ już na pierwszym seminarium przygotowawczym określiłam, że chcę pracować właśnie z dziećmi, trafiłam do szkoły specjalnej, gdzie przebywały dzieci i młodzież. Pracowałam w trzeciej klasie, w której panowała kameralna atmosfera: pięcioro dzieci, trzech, czasami czterech opiekunów – w zależności od typu zajęć. Dzieci miały od 10 do 12 lat. Wszystkie były niepełnosprawne i głęboko upośledzone, z różnymi dodatkowymi wadami – niewidome, niemówiące, niechodzące. Byłam pomocą pedagoga – pomagałam w przygotowaniu zajęć plastycznych, muzycznych, wspierałam dzieci, ponieważ nie były samodzielne. Każde dziecko musiało współpracować z osobą dorosłą. Wszystko, cokolwiek robiliśmy, robiliśmy ich rękami – np. myliśmy im zęby, rączki, przewijaliśmy itp. Cały czas musiałam pracować z dzieckiem. Jakiekolwiek zajęcia to nie były, należało dziecko przytrzymać, ustawić mu rączki w konkretną stronę i pomagać. Były takie, które same potrafiły np. przytrzymać drobne przedmioty w rękach. Przeważnie jednak dzieci były na tyle słabe, że trzeba je było nieustannie wspierać, łącznie z dosłownym oparciem, aby mogły prosto siedzieć na zajęciach. To była bardzo ciężka fizyczna praca – trzeba było dzieciom kilka razy dziennie przebierać pieluszki, trzeba było myć im ząbki... Czyli takie typowe domowe obowiązki. Łącznie z karmieniem, bo dzieci nie były w stanie jeść same.
       Cały czas nam przy tym powtarzano, abyśmy nie nastawiali się, że osiągniemy jakieś efekty w pracy z nimi. Mieliśmy pracować z jednym dzieckiem i na nim się skupiać, poświęcając jednak również czas innym.
      
       – Jakie są Twoje najgorsze wspomnienia z tej pracy?
      
– Huśtawka nastrojów. Na początku mojej pracy, w ciągu dnia kilka razy zmieniały mi się nastroje. Począwszy od euforii, że jest super, ekstra, że lubię tę pracę, aż po chwile, gdy miałam wszystkiego dosyć. To wszystko ustabilizowało się chyba dopiero po mniej więcej dwóch miesiącach. Ale szczerze przyznam, że dopiero po roku zaczęło mi się dobrze pracować. Zaczęłam chyba po prostu czuć tę pracę, zaczęłam przytulać dzieci, one zaś zaczęły się do mnie uśmiechać – i to chyba na mnie najbardziej podziałało.
      
       – O czym musi pamiętać osoba, która po raz pierwszy angażuje się w tego rodzaju wolontariat?
      
– Na pewno musi wziąć pod uwagę fakt, że jest to praca z osobami niepełnosprawnymi. W naszej grupie – polskich wolontariuszy – nikt nie miał bliższego kontaktu z niepełnosprawnymi. Zatem zostaliśmy od razu wrzuceni na głęboką wodę. Dzieci, z którym pracowaliśmy, były naprawdę bardzo słabe – pojawiał się strach, że jeśli je dotknę, to może pokaleczę, stanie się coś złego. Do tego dochodzi brak przygotowania merytorycznego, bo nikt z nas wcześniej nie skończył specjalistycznych studiów. Cały czas się uczysz, codziennie coś cię zaskakuje. Do tego dochodzą dodatkowe bariery, jak np. bariera językowa.
      
       – A co wyróżnia pracę w tego typu ośrodku w Rosji od pracy np. w Polsce?
      
– Przede wszystkim warunki bytowania. Mówiąc to, nie mam na myśli ośrodków wspieranych przez organizację „Perspektywy”, która była organizacją przyjmującą. Tam rzeczywiście warunki były bardzo dobre. Natomiast w ośrodkach państwowych – domach dziecka, domach opieki społecznej – warunki były bardzo kiepskie. Ci, którzy wcześniej tam pracowali, mówią, że i tak warunki poprawiły się, od kiedy zaczęli przyjeżdżać zagraniczni wolontariusze. Wcześniej wolontariuszy nie było tam wcale. Dzieci, np. w domu dziecka, leżały cały czas w łóżeczkach, nikt ich nie wyjmował, nikt się z nimi nie bawił, nikt nie przytulał. Jedyne czynności, jakie były przy tych dzieciach wykonywane, to karmienie. Do tego raz, góra dwa razy dziennie były przewijane.
      
       – Jak wyglądało Wasze życie poza pracą?
      
– Na początku bardzo dużo rozmawialiśmy o pracy. Obrazy, które zobaczyliśmy w ośrodkach, bardzo na nas podziałały. To była naprawdę bardzo ciężka niepełnosprawność. Nasi chłopcy – polscy wolontariusze – byli cały czas zestresowani. Mówiłyśmy im: „dajcie spokój, nie mówmy o tym”. Ale czasami nie dało się żyć inaczej, zwłaszcza, gdy współlokatorka, też wolontariuszka, z którą mieszkasz, przychodzi do domu i mówi, że w jej grupie zmarło dziecko.
       Dopiero później zaczęliśmy prowadzić aktywne życie kulturalne. Dużo zwiedzaliśmy. Chodziliśmy do klubów, galerii, kin, teatrów. Najpierw głównie w swoim towarzystwie, później poznawaliśmy inne osoby.
      
       – Miasto Cię zainteresowało?
      
– Zdecydowanie tak. Zwłaszcza, że pojechałam tam właśnie dla TEGO miasta. Tyle opowieści się nasłuchałam, tyle zdjęć naoglądałam, że chciałam wreszcie tam pojechać i zobaczyć to wszystko na żywo. Moje pierwsze wrażenie było takie: „matko święta, jakie to miasto jest wielkie!”. Monumentalne budowle, szerokie i niekończące się ulice. Jedziesz, a ulica ciągnie się w nieskończoność! Byłam zachwycona Petersburgiem – śnił mi się po nocach. Na początku poruszałam się głównie metrem – jeździłam na trasie dom – praca – dom. Dopiero po tygodniu wyszłam „na powierzchnię” i wtedy pierwszy raz poszłyśmy wraz z koleżanką na Plac Dworcowy, by zobaczyć Ermitaż z bliska.
       W Petersburgu najchętniej poruszałam się metrem. Czasami wracałam z pracy bardzo późno – zima, ciemno, szaro i ponuro. Wracasz – ciemno, wychodzisz – ciemno. A trzeba pamiętać, że dzień zaczyna się tam znacznie później niż w Polsce. Ale za to dłużej trwa – kończy się około dziewiątej, dziesiątej, wtedy mniej więcej zaczyna robić się szarawo. Jeśli ktoś potrzebuje dużo słońca, to może się czuć ospały. Ale za to lato wszystko rekompensuje – tę ciapę, mróz, te wiecznie padające deszcze, mokrość. W ogóle Petersburg został wybudowany na bagnach. I to faktycznie jest taki klimat trochę bagienny, wilgotny, który szczególnie daje się we znaki osobom mającym problemy ze zdrowiem i reagującym na zmiany pogodowe.
      
       – Jakich atrakcji kulturalnych można spodziewać się w Petersburgu?
      
– Widziałam tam balet rosyjski, o obejrzeniu którego zawsze marzyłam. Poziom petersburskich teatrów jest bardzo wysoki. Byłam w kilkunastu teatrach i w każdym spektakle były bardzo dobre. Miałam przyjemność spotkać Polkę, która pracuje w jednym z najlepszych petersburskich teatrów (Teatr „Małyj dramaticheskij”). Dziewczyna z Krakowa, w Polsce całkowicie nieznana, a tam zrobiła wielką karierę. Zauważył ją wielki reżyser Lew Dodin. Jest też kolejny polski akcent w Petersburgu – teatr („Teatr na Vasilevskom”) założony przez reżysera Andrzeja Bubienia. Teatr ten słynie z inscenizacji dramatów i powieści Ludmiły Pietruszewskiej, na które – jak słyszałam – przychodzą tłumy.
       Gdziekolwiek nie przejdziesz się po mieście, widzisz malującego artystę. Do tego obfitość Petersburga w zabytki, kanały i fantastyczne położenie miasta... Jest tam co zwiedzać i co oglądać – ponad 200 muzeów i galerii, zatem nawet rok to zbyt mało, aby wszystko zobaczyć. Chodziłyśmy z dziewczynami na koncerty – płatne i bezpłatne. Oglądałyśmy pokazy filmowe, odwiedzałyśmy awangardowe kluby... Gdzie my nie byłyśmy! Są tam też wyjątkowe miejsca, jak np. odnowiona kamienica, w której od dołu do góry są same galerie. Tam spotykają się artyści i cała bohema – tego mi najbardziej u nas brakuje. Tam jest naprawdę bogate życie kulturalne i klubowe. Pobyt w Petersburgu był najlepszym rokiem w moim życiu.
      
       Anna Tokarewicz – uczestniczka wolontariatu europejskiego EVS (2008/2009), w ramach którego spędziła rok w Petersburgu w Rosji. Absolwentka filologii wschodniosłowiańskiej na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim w Olsztynie. Obecnie doktorantka w Instytucie Słowiańszczyzny Wschodniej UWM w Olsztynie.
      
       Regionalny Punkt Eurodesk Elbląg zaprasza młodych do siedziby przy ul. Warszawskiej 55 (budynek CWT) – tel. 607 523 385, mail: eurodesk@atomywsieci.pl. Wiadomości dostępne są również na naszej stronie internetowej pod adresem www.atomywsieci.pl/eurodesk. Można tu zdobyć informacje sieci Eurodesk, a już wkrótce będzie można otrzymywać newsletter na swoją skrzynkę mailową. Punkt działa w ramach projektu Eurodesk Eurowolontariat.
      
       Zadanie zostało zrealizowane przy wsparciu finansowym Samorządu Województwa Warmińsko-Mazurskiego.
      
Tomasz Franciuk, Stowarzyszenie Elbląg Europa

Najnowsze artykuły w dziale Społeczeństwo

Artykuły powiązane tematycznie

Zamieszczenie następnej opinii do tego artykułu wymaga zalogowania

W formularzu stwierdzono błędy!

Ok
Dodawanie opinii
Aby zamieścić swoje zdjęcie lub avatar przy opiniach proszę dokonać wpisu do galerii Czytelników.
Dołącz zdjęcie:

Podpis:

Jeśli chcesz mieć unikalny i zastrzeżony podpis
zarejestruj się.
E-mail:(opcjonalnie)
A moim zdaniem...
  • Wolontariat po elbląsku-Dziś w Elblągu pracodawcy chcieliby zatrudniać pracowników na zasadzie wolontariatu. Z wolontariatu, rachunków nie zapłacę, dzieci nie nakarmię.
  • hehe wolontariat czlowiek chcialby pomuc a wymagania wieksze niz w pracy jezyk doswiadczenie !!!!
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    0
    0
    trevor(2011-09-17)
  • W PRL miało to nazwę-czyn społeczny. Gierek żucił hasło:"Pomożecie"i do dziś to trwa tylko ramy czasowe się zmieniły.
  • co do pierwszego komentarza, że z wolontariatu rachunków nie zapłacę, dzieci nie nakramię - się nie nadajesz po prostu, to się nie odzywaj, pewnie za stara/y jesteś, wolontariat jest dla tych, którzy mają możliwości, nie są uwiązani jak na smyczy, a powiem ci, że jak się chce bardzo, to można wszystko
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    0
    0
    do 1 posta(2011-09-18)
  • I takie jest Twoje podejście do ludzi?Kto jest "za stary"ma już iść na cmentarz i się zakopać, bo jest nie potrzebny, tak?Życzę Ci tego "spokojnej starości"
Reklama