UWAGA!

Drogi Czytelniku,

uprzejmie informujemy, że w związku z wejściem w życie Rozporządzenia o Ochronie Danych Osobowych stworzyliśmy zgodną z nim politykę prywatności. Regulacje RODO zmuszają nas do wystąpienia z prośbą do Ciebie o zaakceptowanie jego postanowień, chociaż z praktycznego punktu widzenia nic się nie zmienia w sposobie korzystania z naszego serwisu.

Jedyną rzeczą, która może budzić Twoje obawy jest profilowanie. Wyjaśniamy, że w naszym przypadku, tak jak dotychczas, skutkuje ono wyłącznie tym, że jeśli uprzednio byłeś/aś na stronie jakiegoś biura podróży, to z dużym prawdopodobieństwem nasi zaufani partnerzy reklamowi tacy jak Google serwować będą banery z widokami złocistych plaż.

Prosimy zapoznać się z polityką prywatności stosowaną na naszej stronie i zaakceptować jej postanowienia.

Może później

Danuta Trzeciakiewicz: Genów nie oszukasz

 
Elbląg, Danuta Trzeciakiewicz
Danuta Trzeciakiewicz (fot. Anna Dembinska)

- Już po trzech tygodniach trenowania dwa razy w tygodniu w zasadzie wypchnięto mnie na pierwsze zawody. To było wszystko trochę „na wariackich papierach”. Trenowałam z bronią pneumatyczną, na zawodach strzelałam z broni kulowej, w dodatku nie swojej - tak Danuta Trzeciakiewicz, elbląska zawodniczka, trenerka i sędzia strzelectwa sportowego. 

- Jak się zaczęła Pani przygoda ze strzelectwem sportowym?

- Chyba byłam na to skazana. Mój tata i wujek w młodości byli dobrze zapowiadającymi się strzelcami, ale z różnych przyczyn nie kontynuowali swojej kariery sportowej w wieku seniorskim. Tata wrócił do strzelania dopiero będąc na emeryturze, przez wiele lat działając jako sekretarz w Elbląskim Zrzeszeniu Strzeleckim. Strzelali również moi kuzyni, ja... nie chciałam. Po upływie czasu myślę, że to był jakiś nieuświadomiony lęk przed zmierzeniem się z osiągnięciami taty. Tata był perfekcjonistą i pewnie chciałby mnie wytrenować na mistrzynię. Namawiał mnie na wyjście na strzelnicę, ale ja wtedy miałam inne pasje. Wolałam jeździć konno. W podelbląskim Janowie był klub jeździecki, do którego trafiłam w szkole podstawowej. Po jego likwidacji jeździłam w Stadninie Koni Rzeczna koło Pasłęka. Jeździectwem zajmowałam się aż do ukończenia studiów. W dzieciństwie i młodości pasjonowały mnie sporty związane z ruchem. Oprócz jazdy konnej w liceum trenowałam karate kyokushin, a na studiach taniec towarzyski. Ze strzelaniem nie miałam nic wspólnego i nawet o tym nie myślałam, ale wszystkie te sporty „niechcący” bardzo mi pomogły w strzelectwie wyrabiając poczucie równowagi i koordynację ruchów.

 

- To jak Pani trafiła do strzelania?

- Pierwszy „poważniejszy” kontakt ze strzelectwem sportowym miałam na studiach. Organizowano wtedy międzyuczelniane zawody sportowe w sportach obronnych i jak się okazało strzelałam bardzo przyzwoicie. Niestety kiepsko rzucałam granatem i kariery w sportach obronnych nie zrobiłam. Ale to był epizod, o którym dość szybko zapomniałam. Na strzelnicę w Elblągu wyciągnął mnie kolega. To było w Elbląskim Zrzeszeniu Strzeleckim, które powstało w wyniku rozłamu w klubie Żuławy. Przyszłam, postrzelałam i okazało się, że genów nie oszukasz. Połknęłam bakcyla, chociaż może lepiej wybrzmi, że ten bakcyl się uaktywnił.

 

- I wsiąkła Pani na całego.

- Już po trzech tygodniach trenowania dwa razy w tygodniu w zasadzie wypchnięto mnie na pierwsze zawody. Odbywały się one w gdańskim klubie „Senior”. To było wszystko trochę „na wariackich papierach”. Trenowałam z bronią pneumatyczną, na zawodach strzelałam z broni kulowej, w dodatku nie swojej. Uważam, ze wypadłam całkiem nieźle: na 24 osoby byłam ósma. Potem przyszły coraz lepsze wyniki i tak już strzelam od około 10 lat.

 

- Co to jest Elbląskie Zrzeszenie Strzeleckie?

- Mówiąc możliwie najkrócej: klub strzelecki dla osób w różnym wieku, które chciałyby w ten sposób spędzić czas. To jest w zasadzie sport dla wszystkich, nawet dla tych, którzy łapią zadyszkę po krótkotrwałym wysiłku fizycznym. Tutaj najważniejszy jest spokój i koncentracja, na zawodach wygrywają ci, którzy potrafią „wyłączyć się” i skupić tylko na tarczy i broni. Jeżeli ktoś powie, że strzelectwo to niebezpieczny sport, to znaczy, że nie ma o nim pojęcia. W EZS-ie strzelamy głównie z broni kulowej korzystając z uprzejmości Koła Łowieckiego „Bóbr” pod Pasłękiem i trenujemy, organizujemy zawody na strzelnicy w Gołąbkach. Strzelectwo to wbrew pozorom bardzo szeroka dyscyplina sportu: od strzelania z broni pneumatycznej, poprzez strzelanie z broni kulowej, czarnoprochowej, strzelanie dynamiczne, długodystansowe, do rzutków, aż do tak widowiskowych zawodów jak strzelanie westernowe, kiedy zawodnicy występują w strojach z Dzikiego Zachodu strzelając z rewolwerów. Uprzedzając kolejne pytanie: nie ma pojedynków polegających na strzelaniu do siebie, jakie znamy z filmów o Dzikim Zachodzie. Przy okazji chciałabym zachęcić panie do spróbowania swoich sił w tym sporcie. To nie jest dyscyplina zarezerwowana tylko dla mężczyzn, czego jestem dobrym przykładem.

 

- Najciekawsze wspomnienia z zawodów?

- Tych jest mnóstwo i też za bardzo nie wiem od czego zacząć. Regularnie jeżdżę na zawody do Pucka. Tam z okazji 11 listopada organizowany jest turniej będący formą uczczenia rocznicy odzyskania niepodległości. Pewną ciekawostką jest fakt, że na tych zawodach oprócz „typowych” pucharów za trzy pierwsze miejsca jest też puchar za miejsce jedenaste. Wbrew pozorom, jego najtrudniej zdobyć. Jak wygrać puchar za pierwsze miejsce, to proste wystarczy strzelić najwięcej punktów. A za jedenaste... Nigdy nie ma pewności, kto będzie jego zdobywcą. Półżartem można powiedzieć, że w Pucku ustrzeliłam kiedyś łososia. Kilogram tej wędzonej ryby był nagrodą za pierwsze miejsce, wygrałam i dostałam. Rok później na własnej skórze doświadczyłam, że idzie kryzys w strzelectwie. Znowu wygrałam, ale tym razem nagrodą było „tylko” 300 gramów łososia.

 

- Na zawodach strzeleckich musi być cisza?

- W rundach eliminacyjnych tak, na finałach można dopingować. Niektórym zawodnikom hałas tworzony przez kibiców przeszkadza. Mi nie, dla mnie jest to na rękę, bo deprymuje rywali. Z tym hałasem tez wiąże się pewna anegdota. W Orle Elbląg trenują też pięcioboiści. I czasem moje treningi wyglądają w ten sposób, że ja sobie strzelam spokojnie na strzelnicy, gdzieś z boku. A pięcioboiści wpadają na strzelnicę „jak po ogień”, szybko oddają pięć strzałów i biegną dalej. Wbrew pozorom to jest też dla mnie trening jak „wyłączyć się” podczas zawodów. I potem są efekty podczas strzelań turniejowych.

 

- Jak trafiła pani do elbląskiego Orła?

- Z Orłem współpracuje od wielu lat. Zaczęło się od korzystania ze strzelnicy pneumatycznej, gdzie mogłam trenować. Elbląskie Zrzeszenie Strzeleckie nie ma własnej strzelnicy i trenujemy korzystając z uprzejmości innych. W Orle sekcję strzelecką długi czas prowadził Jerzy Kozłowski, wspaniały trener i człowiek, bardzo zasłużony dla strzelectwa. Kiedy jego zabrakło, sekcję przejął Bartosz Czerniawski. On z kolei dostał doskonałą ofertę rozwoju i odszedł się rozwijać. Trudno mieć o to do niego żal. W tej chwili jest asystentem trenera kadry narodowej. Prezes klubu poprosił mnie o poprowadzenie sekcji, którą powoli odbudowujemy. Przez remont pływalni przy ul. Robotniczej, gdzie znajduje się strzelnica, musieliśmy czasowo zawiesić treningi. Potem przyszedł koronawirus. Przy okazji chciałabym zachęcić wszystkich do spróbowania swoich sił w strzelectwie. W Orle trenujemy strzelanie z pistoletu i karabinu pneumatycznego. Dla mnie to też nowe doświadczenie, gdyż tak naprawdę to jestem na początku drogi jako trener.

 

- Jest też Pani pierwszą kobietą w województwie, która ma uprawnienia sędziego klasy państwowej.

- Jak już wpadłam w strzelectwo na całego, to stwierdziłam, że warto też zrobić uprawnienia sędziowskie. Uprawnienia sędziowskie w strzelectwie zaczynają się od klasy trzeciej. Trzeba przejść kurs i... w zasadzie można już sędziować „małe” zawody. Po sędziowaniu odpowiedniej ilości zawodów, czyli zdobyciu praktyki, przechodzi się kolejny kurs i uzyskuje drugą klasę, następnie analogicznie pierwszą. Żeby uzyskać klasę państwową, trzeba mieć za sobą odpowiednią liczbę sędziowań na zawodach rangi mistrzostw Polski oraz zdać egzamin składający się z części pisemnej i ustnej. Dość trudny egzamin, o czym najlepiej świadczy mała liczba osób, które go pozytywnie przechodzą. Dopiero jak już zdałam ten egzamin, uświadomiłam sobie, że jestem pierwszą kobietą z klasą państwową w naszym województwie. W tym roku zmarł pan Stanisław Myszkowski – prawdziwy weteran strzelectwa. Miał 95 lat i prawie do końca jeździł na zawody. I tak zostałam sama w naszym województwie jako czynny sędzia klasy państwowej.

 

- Dziękuję za rozmowę.

 

rozmawiał Sebastian Malicki
Polub ten artykuł
Polub portEl.pl
A moim zdaniem...

Przeczytaj też co działo się w Elblągu wcześniej

Reklama