Malachit Cienia: Tomek Lipiński, część II: „Historia zamordowana przez Jaruzelskiego”

Kolejny raz dzielimy się z wami informacjami na temat tego, co wspólne i tożsame z elbląską - i nie tylko - sceną muzyczną. Kontynuujemy rozmowę z Tomaszem Lipińskim, muzykiem formacji Brygada Kryzys, Tilt, Fotoness, Izrael. O kacu moralnym lat 80., filmach Pasikowskiego, współpracy z Molestą i scenie muzycznej rozmawialiśmy przy okazji obchodów Letnich Ogrodów Polityki.
Tu znajdziesz pierwszą część wywiadu
Zobacz zdjęcia .
Orzeu: Spytam tak, z ciekawości. Bo Ty w latach 80. pisałeś teksty w języku angielskim. Z tego, co wiem, to kursy językowe w czasach Układu Warszawskiego nie były czymś popularnym. Jak sobie radziłeś?
Tomek: Moja mama odznaczyła się ogromną przezornością. Miałem lekcje angielskiego od dziecka, prywatne. Mocno się nagimnastykowała, żeby było ją na to stać. No i ja już w podstawówce nauczyłem się tego języka. Później moja siostra wyszła za mąż w Anglii, wobec tego mogłem jeździć. W 1986 r. dostałem paszport, więc miałem możliwości, aby sobie jakoś ten język utrwalać…
Można powiedzieć, że spędziłeś kilkadziesiąt lat na scenie. Którą dekadę wymieniłbyś jako najbardziej znaczącą?
Trudne pytanie. Ale myślę, że wymieniłbym dwie dekady. Sam początek - dekadę lat siedemdziesiątych - dlatego, że wtedy właśnie zacząłem, że wtedy się zdecydowałem, że wtedy tak naprawdę wszystko się stało. Drugą dekadą jest ta, która dzieje się teraz. Był pewien czas, w którym przeżyłem totalne zniechęcenie do tego, co robię. I wyszedłem z tego, znowu chce mi się robić, znowu mam pomysły. W zasadzie w tej chwili odnoszę takie wrażenie, że najciekawsze jeszcze przede mną.
Potłumaczysz mi trochę tekstów?
Jasne.
„Zresztą, co nas tutaj czeka oprócz marchewki i kija? Korupcja, recesja i Radio Maryja” - proroctwo masowych emigracji…
Zamiast recesji użyłbym innego słowa. Jak to pisałem, była recesja, dzisiaj bym wymyślił coś innego. Po przyjęciu Polski do Unii, jak się ta emigracja zaczęła, obejrzałem jakiś program z wybitnymi polskimi socjologami, którzy mówili, że ich to zaskoczyło. I to z kolei mnie zaskoczyło. Ponieważ to było absolutnie ewidentne, że jak w pewnym momencie to puści, to stoczy się lawina. Jeździłem kiedyś do tego Londynu często i widziałem, jak to wyglądało, ilu ludzi tam pracowało, ilu kombinowało… To było ewidentne. Jak można było tego nie zauważyć? Ja ten tekst pisałem bodajże w 1992 albo 1993 roku we Francji, z oddalenia. Jakoś mi się tak ta sytuacja skrystalizowała właśnie…
„Zablokowane wszystkie drogi i zaciemnione wszystkie dni. A naokoło tyle broni, dla której celem jesteśmy My”.
To o stanie wojennym…
No właśnie. Bo zastanawiałem się, czy tekst odnosi się do konkretnego epizodu, czy może jest uniwersalną taczką, na której targasz swoje podejście do tematu wojen, militaryzmu…
Jak piszę teksty, to staram się uniknąć ugrzęźnięcia w publicystyce. Staram się unikać zbyt wielu elementów wprost odnoszących się do danej sytuacji, miejsca i czasu. A bardziej znaleźć do tego jakąś uniwersalną formułę. To znaczy, jakieś większe zjawiska, które są symptomem czegoś większego. I być może tak jest w tym przypadku, że coś, do czego impulsem były doświadczenia stanu wojennego, akurat w tym przypadku nabiera szerszego znaczenia, ponieważ dotyczy czegoś bardziej fundamentalnego. I diagnozując taką sytuację, można zbadać pewnego rodzaju sytuację globalną.
„Runął mur między nami”- ten mur?
To właśnie jest miłosna piosenka. Zdecydowanie. Wiesz, piosenki żyją swoim własnym życiem. Są trochę jak dzieci. Napłodzisz tych dzieciaków i jedno jest mądrzejsze, drugie jest głupsze, jedno jest ładniejsze, inne jest brzydsze. Jedno sobie lepiej radzi w życiu, drugie gorzej. I tak jest z piosenkami. To jest piosenka miłosna, która nabrała innego sensu. Jak runął mur w Berlinie, Trójka natychmiast po podaniu tego njusa puściła ten kawałek.
Jak już jesteśmy przy tym temacie. Piszesz teksty, które odnosząc się do szeroko pojętej kwestii kochania, dotyczą jednocześnie jej determinantów, o których często się nie mówi. Szczególnie tych złych… jak życie w tej realnej formie. „Nie pytaj mnie” jest utworem, za pomocą którego opisałeś znakomicie charakter „Psów 2”. Co było pierwsze: piosenka czy film?
Fajnie, że to mówisz. Robiłem też jeszcze na przykład muzykę teatralną. W takim przypadku, swoją rolę widzę jako służebną w stosunku do obrazu. Pracowałem w sumie przy trzech filmach Pasikowskiego. W przypadku „Psów” było tak, że ja pierwszej części nie widziałem. Zadzwonił do mnie Pasikowski, którego nie znałem, i umówiłem się z nim i Edelmanem na rozmowę. Spytał mnie: „Widziałeś Psy?”, ja mu na to: „nie” (śmiech) „…dobra, to ci opowiemy”.
To da się ten film opowiedzieć?
No, opowiedzieli mi go. Scenarzysta, reżyser, operator… kto lepiej. Więc ja im odpowiedziałem: „Dobra, fajnie. Zrobię do „Psów” piosenkę, tylko ja chcę na bieżąco oglądać, jak to kręcicie”. Wtedy to już właściwie zdjęcia były skończone. I oni mi pokazali te wszystkie robocze zdjęcia, które obejrzałem bardzo dokładnie. I ponieważ to miała być jedna piosenka, to tak sobie wymyśliłem, żeby możliwie najcelniej puentowała ten film, skondensowała go jakoś. W związku z czym zacząłem szukać w całym filmie sceny, która dałaby mi jakieś takie odbicie od tego wszystkiego. I ta scena, gdzie główny bohater przychodzi do Pazury i mówi: „Nie mów mi, co jest dobre a co złe, zostaw to sądowi ostatecznemu”…
Właśnie tak. I to jest coś, czego się uchwyciłem i zacząłem pisać tekst. A z muzyką była bardzo śmieszna historia. Ja w tym czasie nagrywałem solową płytę w studio Roberta Brylewskiego i gdy on tam w przerwie przełączał, wyłączał, majstrował, ja tak sobie bezmyślnie, błądząc myślami, coś tam wygrałem na gitarze. Robert się odwrócił i mówi: „Co to jest”. Ja mówię „co?”. „No to, co grasz”. „A tak sobie gram”. „No to zagraj”. „No to gram”…. I nagraliśmy to (śmiech). Po chwili pomyślałem: „kurcze, to jest świetny patent do tej piosenki z „Psów”. I już zacząłem pisać ten tekst do tego rytmu, pod muzykę. To był chyba tekst, nad którym pracowałem najdłużej w życiu. Naprawdę, każda rzecz, każde słowo jest tam przemyślane.
Słodko Gorzki…
Z kolei z tym filmem było tak, że Władek zaczynał zdjęcia, ja znałem scenariusz. Przyjechałem do Łodzi nagrywać to… no i Władek mówi: „Zagraj mi to, co masz”. Na to ja mu, że nie mam jeszcze żadnych piosenek! Dodaję, że nie wiem, jak wygląda ten film (śmiech). I jeździłem codziennie na plan, oglądałem, jak oni to nagrywali. Byłem przy tych rozmowach, dyskusjach, widziałem, jak te sceny wyglądają… i wszystkie kolejne piosenki, które powstawały do tego filmu, powstawały razem ze zdjęciami.
Co doceniono w 1996 roku na Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Zmieńmy temat. Scharakteryzuj po jednym zdaniu: Brygada Kryzys.
Brygada Kryzys to jest, mówiąc najprościej, nazwa dla wspólnych działań Roberta Brylewskiego i moich. Jakby to najprościej określić… Brygada, ta pierwsza, to była absolutnie niezwykła historia, absolutnie niezwykła, która została zamordowana przez Jaruzelskiego. Myśmy już nie mieli możliwości funkcjonowania z tą nazwą, oni chcieli ją zmienić. Jak myśmy się nie zgodzili, dostaliśmy szlaban na granie…
Stan wojenny. Jak wspominasz pracę w tym czasie? Represje, ślady po pałce?
Wiesz, było tak, że trzynastego grudnia wprowadzili stan wojenny. Trzynastego stycznia była wielka młodzieżowa demonstracja w Warszawie, natomiast trzynastego lutego władze zorganizowały koncert rokowy w Hali Gwardii. I myśmy zostali tam wpisani na plakat jako Brygada K., bez pytania. Odmówiliśmy więc zagrania w tym koncercie, zwłaszcza z tą nazwą. Oświadczono nam, co nam za to grozi, przyjęliśmy to. I tak zagraliśmy jeszcze cztery koncerty i to było na tyle. Ten zespół miał niesamowitą siłę, która wynikała z siły momentu. Myśmy powstali w środku lata. Do grudnia zdążyliśmy zagrać trasę z angielską grupą TV 21 po Polsce. Zdążyliśmy wyjechać do Jugosławii, gdzie zagraliśmy dwa koncerty w Belgradzie, podpisaliśmy kontrakt z Jugotonem. Nagraliśmy trzy numery w studio. Pisały o nas prasy muzyczne w Londynie, toczyły się rozmowy na temat przyjazdu tam. Były też dogadane koncerty w Holandii. I to wszystko się skończyło, jakby ucięte nożem… I szczerze mówiąc, cała dekada lat osiemdziesiątych to był kac po tych wydarzeniach.
Tilt. Równie zwięźle (śmiech).
(Śmiech). Tilt to była nazwa dla kolejnych sekwencji moich osobistych zespołów. Różne etapy, przeżycia… Historia zamknięta.
Izrael.
Izrael powstał na gruzach Brygady Kryzys. I początkowo jakby trochę uczestniczyłem w tym. Później goście bardzo ostro poszli w Rastafarianizm i to trochę za mocno, jak na mój gust. Więc w zasadzie współpracowałem tylko przy pierwszej płycie. I grałem też na pierwszej trasie…
Fotoness.
To był fajny zespół, który nagrał nie do końca fajną płytę. A nie do końca fajną dlatego, że producent płyty zgwałcił ją, zmolestował klawiszowymi aranżacjami, jakimś takim plastikowym brzmieniem, którego nie lubię. I szkoda, bo uważam, że było na niej wiele fajnych utworów. Ale ja jej nie mogę słuchać. Ostatnio, po wielu latach przesłuchałem ją ponownie… tylko raz (śmiech).
Jak doszło do współpracy z chłopcami z Molesty Ewenement? Dzisiaj nam powiedziałeś, że słuchania Hip Hopu należy zaniechać…
Hip Hop skończył się dla mnie. Skończył się jako coś masowego. Oczywiście, jest kilku artystów, jak zawsze - mniejszość - sensownych, mądrych. Dziewięćdziesiąt pięć procent to ich kalka. Ile można słuchać o ludziach, z którymi tam przed blokiem trzymam sztamę? Ile, ile…? Ile można to powtarzać? No, zróbcie jakiś krok dalej. A ci z kolei, którzy robią krok dalej, są wyklęci przez ortodoksów za to, że zdradzają styl. Przypominają mi się trochę czasy pankroka, gdzie jak ktoś odchodził od zamkniętej struktury, to był zdrajcą. Kompletna bzdura.
Vienio (Molesta) chyba zdawał sobie sprawę, że tłoczycie inne dziedziny muzyczne…
Ja się spotkałem z HH, jak tylko on powstał. Bo myśmy słuchali na bieżąco takich rzeczy, jak Grand Master Flash, czy kolesia z Jamajki o ksywie Dillinger, który przyleciał do Nowego Jorku i nagrywał coś pomiędzy stylami karaibskimi a nie wiadomo czym. I on też miał duży wpływ na powstanie rapu. W 1988 r. w Amsterdamie byłem na pierwszym koncercie HH. Tak że jak w Polsce zaczęły powstawać takie zespoły na początku lat 90-tych, jak chociażby warszawska Trzycha, dostałem w ręce nagrane na kasety, jakieś domowe produkcje, które strasznie mi się spodobały. Dalej, jak Molesta weszła swoją pierwszą płytą, a był to okres, kiedy powstała harcerska rozgłośnia Radiostacja, ja, jako pracownik tejże stacji byłem wielkim orędownikiem, żeby tego polskiego HH, który był bardzo świeży, prawdziwy, mocny, puszczać jak najwięcej. Walczyłem o to…
Można powiedzieć, że byłeś Bogną Radiostacji.
Na pewno jedną z wielu. I ta płyta („Skandal”- red.) mi się spodobała, słuchałem jej namiętnie. No i przy okazji się poznaliśmy… Tak doszło do współpracy.
Radio. Rzadko można was w nim usłyszeć. Czy ma to związek z tym może, że do niedawnych akcji politycznych Platformy użyczyłeś jednej ze swoich piosenek („Jeszcze będzie…”) i tym samym narobiłeś sobie wrogów? Poszła fama: „Tego Lipińskiego już nie lubimy…”.
Nie, nie (śmiech). No, coś tam leci, na przykład w Antyradiu, którego u was akurat nie ma, a które puszczają w dwóch miastach. Łagodniejsze moje piosenki puszczają w innych stacjach w kategorii „złote przeboje” (śmiech). Wydaje mi się, że to się bierze stąd, że cztery lata temu, jak nagrałem ostatnią płytę Tiltu, wydawca tej płyty położył całkowitą laskę na kwestię promocji tej płyty. Ta płyta jakby nie znalazła swojego miejsca w mediach. A z Brygadą… no trudno liczyć na to, żeby ktoś, kto od kilkunastu lat nic nie nagrał, był specjalnie hołubiony w mediach. Dlatego nie mam do nikogo pretensji o to. Natomiast jak nagram coś nowego, co nastąpi wkrótce, będę walczył jak lew, żeby było to puszczane wszędzie.
I tego oraz wszystkiego dobrego życzę Tobie z całego serca. Dzięki za rozmowę.
Dzięki. Pozdrawiam.
Zobacz zdjęcia .
Orzeu: Spytam tak, z ciekawości. Bo Ty w latach 80. pisałeś teksty w języku angielskim. Z tego, co wiem, to kursy językowe w czasach Układu Warszawskiego nie były czymś popularnym. Jak sobie radziłeś?
Tomek: Moja mama odznaczyła się ogromną przezornością. Miałem lekcje angielskiego od dziecka, prywatne. Mocno się nagimnastykowała, żeby było ją na to stać. No i ja już w podstawówce nauczyłem się tego języka. Później moja siostra wyszła za mąż w Anglii, wobec tego mogłem jeździć. W 1986 r. dostałem paszport, więc miałem możliwości, aby sobie jakoś ten język utrwalać…
Można powiedzieć, że spędziłeś kilkadziesiąt lat na scenie. Którą dekadę wymieniłbyś jako najbardziej znaczącą?
Trudne pytanie. Ale myślę, że wymieniłbym dwie dekady. Sam początek - dekadę lat siedemdziesiątych - dlatego, że wtedy właśnie zacząłem, że wtedy się zdecydowałem, że wtedy tak naprawdę wszystko się stało. Drugą dekadą jest ta, która dzieje się teraz. Był pewien czas, w którym przeżyłem totalne zniechęcenie do tego, co robię. I wyszedłem z tego, znowu chce mi się robić, znowu mam pomysły. W zasadzie w tej chwili odnoszę takie wrażenie, że najciekawsze jeszcze przede mną.
Potłumaczysz mi trochę tekstów?
Jasne.
„Zresztą, co nas tutaj czeka oprócz marchewki i kija? Korupcja, recesja i Radio Maryja” - proroctwo masowych emigracji…
Zamiast recesji użyłbym innego słowa. Jak to pisałem, była recesja, dzisiaj bym wymyślił coś innego. Po przyjęciu Polski do Unii, jak się ta emigracja zaczęła, obejrzałem jakiś program z wybitnymi polskimi socjologami, którzy mówili, że ich to zaskoczyło. I to z kolei mnie zaskoczyło. Ponieważ to było absolutnie ewidentne, że jak w pewnym momencie to puści, to stoczy się lawina. Jeździłem kiedyś do tego Londynu często i widziałem, jak to wyglądało, ilu ludzi tam pracowało, ilu kombinowało… To było ewidentne. Jak można było tego nie zauważyć? Ja ten tekst pisałem bodajże w 1992 albo 1993 roku we Francji, z oddalenia. Jakoś mi się tak ta sytuacja skrystalizowała właśnie…
„Zablokowane wszystkie drogi i zaciemnione wszystkie dni. A naokoło tyle broni, dla której celem jesteśmy My”.
To o stanie wojennym…
No właśnie. Bo zastanawiałem się, czy tekst odnosi się do konkretnego epizodu, czy może jest uniwersalną taczką, na której targasz swoje podejście do tematu wojen, militaryzmu…
Jak piszę teksty, to staram się uniknąć ugrzęźnięcia w publicystyce. Staram się unikać zbyt wielu elementów wprost odnoszących się do danej sytuacji, miejsca i czasu. A bardziej znaleźć do tego jakąś uniwersalną formułę. To znaczy, jakieś większe zjawiska, które są symptomem czegoś większego. I być może tak jest w tym przypadku, że coś, do czego impulsem były doświadczenia stanu wojennego, akurat w tym przypadku nabiera szerszego znaczenia, ponieważ dotyczy czegoś bardziej fundamentalnego. I diagnozując taką sytuację, można zbadać pewnego rodzaju sytuację globalną.
„Runął mur między nami”- ten mur?
To właśnie jest miłosna piosenka. Zdecydowanie. Wiesz, piosenki żyją swoim własnym życiem. Są trochę jak dzieci. Napłodzisz tych dzieciaków i jedno jest mądrzejsze, drugie jest głupsze, jedno jest ładniejsze, inne jest brzydsze. Jedno sobie lepiej radzi w życiu, drugie gorzej. I tak jest z piosenkami. To jest piosenka miłosna, która nabrała innego sensu. Jak runął mur w Berlinie, Trójka natychmiast po podaniu tego njusa puściła ten kawałek.
Jak już jesteśmy przy tym temacie. Piszesz teksty, które odnosząc się do szeroko pojętej kwestii kochania, dotyczą jednocześnie jej determinantów, o których często się nie mówi. Szczególnie tych złych… jak życie w tej realnej formie. „Nie pytaj mnie” jest utworem, za pomocą którego opisałeś znakomicie charakter „Psów 2”. Co było pierwsze: piosenka czy film?
Fajnie, że to mówisz. Robiłem też jeszcze na przykład muzykę teatralną. W takim przypadku, swoją rolę widzę jako służebną w stosunku do obrazu. Pracowałem w sumie przy trzech filmach Pasikowskiego. W przypadku „Psów” było tak, że ja pierwszej części nie widziałem. Zadzwonił do mnie Pasikowski, którego nie znałem, i umówiłem się z nim i Edelmanem na rozmowę. Spytał mnie: „Widziałeś Psy?”, ja mu na to: „nie” (śmiech) „…dobra, to ci opowiemy”.
To da się ten film opowiedzieć?
No, opowiedzieli mi go. Scenarzysta, reżyser, operator… kto lepiej. Więc ja im odpowiedziałem: „Dobra, fajnie. Zrobię do „Psów” piosenkę, tylko ja chcę na bieżąco oglądać, jak to kręcicie”. Wtedy to już właściwie zdjęcia były skończone. I oni mi pokazali te wszystkie robocze zdjęcia, które obejrzałem bardzo dokładnie. I ponieważ to miała być jedna piosenka, to tak sobie wymyśliłem, żeby możliwie najcelniej puentowała ten film, skondensowała go jakoś. W związku z czym zacząłem szukać w całym filmie sceny, która dałaby mi jakieś takie odbicie od tego wszystkiego. I ta scena, gdzie główny bohater przychodzi do Pazury i mówi: „Nie mów mi, co jest dobre a co złe, zostaw to sądowi ostatecznemu”…
Właśnie tak. I to jest coś, czego się uchwyciłem i zacząłem pisać tekst. A z muzyką była bardzo śmieszna historia. Ja w tym czasie nagrywałem solową płytę w studio Roberta Brylewskiego i gdy on tam w przerwie przełączał, wyłączał, majstrował, ja tak sobie bezmyślnie, błądząc myślami, coś tam wygrałem na gitarze. Robert się odwrócił i mówi: „Co to jest”. Ja mówię „co?”. „No to, co grasz”. „A tak sobie gram”. „No to zagraj”. „No to gram”…. I nagraliśmy to (śmiech). Po chwili pomyślałem: „kurcze, to jest świetny patent do tej piosenki z „Psów”. I już zacząłem pisać ten tekst do tego rytmu, pod muzykę. To był chyba tekst, nad którym pracowałem najdłużej w życiu. Naprawdę, każda rzecz, każde słowo jest tam przemyślane.
Słodko Gorzki…
Z kolei z tym filmem było tak, że Władek zaczynał zdjęcia, ja znałem scenariusz. Przyjechałem do Łodzi nagrywać to… no i Władek mówi: „Zagraj mi to, co masz”. Na to ja mu, że nie mam jeszcze żadnych piosenek! Dodaję, że nie wiem, jak wygląda ten film (śmiech). I jeździłem codziennie na plan, oglądałem, jak oni to nagrywali. Byłem przy tych rozmowach, dyskusjach, widziałem, jak te sceny wyglądają… i wszystkie kolejne piosenki, które powstawały do tego filmu, powstawały razem ze zdjęciami.
Co doceniono w 1996 roku na Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Zmieńmy temat. Scharakteryzuj po jednym zdaniu: Brygada Kryzys.
Brygada Kryzys to jest, mówiąc najprościej, nazwa dla wspólnych działań Roberta Brylewskiego i moich. Jakby to najprościej określić… Brygada, ta pierwsza, to była absolutnie niezwykła historia, absolutnie niezwykła, która została zamordowana przez Jaruzelskiego. Myśmy już nie mieli możliwości funkcjonowania z tą nazwą, oni chcieli ją zmienić. Jak myśmy się nie zgodzili, dostaliśmy szlaban na granie…
Stan wojenny. Jak wspominasz pracę w tym czasie? Represje, ślady po pałce?
Wiesz, było tak, że trzynastego grudnia wprowadzili stan wojenny. Trzynastego stycznia była wielka młodzieżowa demonstracja w Warszawie, natomiast trzynastego lutego władze zorganizowały koncert rokowy w Hali Gwardii. I myśmy zostali tam wpisani na plakat jako Brygada K., bez pytania. Odmówiliśmy więc zagrania w tym koncercie, zwłaszcza z tą nazwą. Oświadczono nam, co nam za to grozi, przyjęliśmy to. I tak zagraliśmy jeszcze cztery koncerty i to było na tyle. Ten zespół miał niesamowitą siłę, która wynikała z siły momentu. Myśmy powstali w środku lata. Do grudnia zdążyliśmy zagrać trasę z angielską grupą TV 21 po Polsce. Zdążyliśmy wyjechać do Jugosławii, gdzie zagraliśmy dwa koncerty w Belgradzie, podpisaliśmy kontrakt z Jugotonem. Nagraliśmy trzy numery w studio. Pisały o nas prasy muzyczne w Londynie, toczyły się rozmowy na temat przyjazdu tam. Były też dogadane koncerty w Holandii. I to wszystko się skończyło, jakby ucięte nożem… I szczerze mówiąc, cała dekada lat osiemdziesiątych to był kac po tych wydarzeniach.
Tilt. Równie zwięźle (śmiech).
(Śmiech). Tilt to była nazwa dla kolejnych sekwencji moich osobistych zespołów. Różne etapy, przeżycia… Historia zamknięta.
Izrael.
Izrael powstał na gruzach Brygady Kryzys. I początkowo jakby trochę uczestniczyłem w tym. Później goście bardzo ostro poszli w Rastafarianizm i to trochę za mocno, jak na mój gust. Więc w zasadzie współpracowałem tylko przy pierwszej płycie. I grałem też na pierwszej trasie…
Fotoness.
To był fajny zespół, który nagrał nie do końca fajną płytę. A nie do końca fajną dlatego, że producent płyty zgwałcił ją, zmolestował klawiszowymi aranżacjami, jakimś takim plastikowym brzmieniem, którego nie lubię. I szkoda, bo uważam, że było na niej wiele fajnych utworów. Ale ja jej nie mogę słuchać. Ostatnio, po wielu latach przesłuchałem ją ponownie… tylko raz (śmiech).
Jak doszło do współpracy z chłopcami z Molesty Ewenement? Dzisiaj nam powiedziałeś, że słuchania Hip Hopu należy zaniechać…
Hip Hop skończył się dla mnie. Skończył się jako coś masowego. Oczywiście, jest kilku artystów, jak zawsze - mniejszość - sensownych, mądrych. Dziewięćdziesiąt pięć procent to ich kalka. Ile można słuchać o ludziach, z którymi tam przed blokiem trzymam sztamę? Ile, ile…? Ile można to powtarzać? No, zróbcie jakiś krok dalej. A ci z kolei, którzy robią krok dalej, są wyklęci przez ortodoksów za to, że zdradzają styl. Przypominają mi się trochę czasy pankroka, gdzie jak ktoś odchodził od zamkniętej struktury, to był zdrajcą. Kompletna bzdura.
Vienio (Molesta) chyba zdawał sobie sprawę, że tłoczycie inne dziedziny muzyczne…
Ja się spotkałem z HH, jak tylko on powstał. Bo myśmy słuchali na bieżąco takich rzeczy, jak Grand Master Flash, czy kolesia z Jamajki o ksywie Dillinger, który przyleciał do Nowego Jorku i nagrywał coś pomiędzy stylami karaibskimi a nie wiadomo czym. I on też miał duży wpływ na powstanie rapu. W 1988 r. w Amsterdamie byłem na pierwszym koncercie HH. Tak że jak w Polsce zaczęły powstawać takie zespoły na początku lat 90-tych, jak chociażby warszawska Trzycha, dostałem w ręce nagrane na kasety, jakieś domowe produkcje, które strasznie mi się spodobały. Dalej, jak Molesta weszła swoją pierwszą płytą, a był to okres, kiedy powstała harcerska rozgłośnia Radiostacja, ja, jako pracownik tejże stacji byłem wielkim orędownikiem, żeby tego polskiego HH, który był bardzo świeży, prawdziwy, mocny, puszczać jak najwięcej. Walczyłem o to…
Można powiedzieć, że byłeś Bogną Radiostacji.
Na pewno jedną z wielu. I ta płyta („Skandal”- red.) mi się spodobała, słuchałem jej namiętnie. No i przy okazji się poznaliśmy… Tak doszło do współpracy.
Radio. Rzadko można was w nim usłyszeć. Czy ma to związek z tym może, że do niedawnych akcji politycznych Platformy użyczyłeś jednej ze swoich piosenek („Jeszcze będzie…”) i tym samym narobiłeś sobie wrogów? Poszła fama: „Tego Lipińskiego już nie lubimy…”.
Nie, nie (śmiech). No, coś tam leci, na przykład w Antyradiu, którego u was akurat nie ma, a które puszczają w dwóch miastach. Łagodniejsze moje piosenki puszczają w innych stacjach w kategorii „złote przeboje” (śmiech). Wydaje mi się, że to się bierze stąd, że cztery lata temu, jak nagrałem ostatnią płytę Tiltu, wydawca tej płyty położył całkowitą laskę na kwestię promocji tej płyty. Ta płyta jakby nie znalazła swojego miejsca w mediach. A z Brygadą… no trudno liczyć na to, żeby ktoś, kto od kilkunastu lat nic nie nagrał, był specjalnie hołubiony w mediach. Dlatego nie mam do nikogo pretensji o to. Natomiast jak nagram coś nowego, co nastąpi wkrótce, będę walczył jak lew, żeby było to puszczane wszędzie.
I tego oraz wszystkiego dobrego życzę Tobie z całego serca. Dzięki za rozmowę.
Dzięki. Pozdrawiam.
Orzeu