Krótkie wspomnienia z ulicy Długiej

Egzamin maturalny uratowany dzięki znajomości daty bitwy pod Grunwaldem? Henryk Myśliński ze wzruszeniem i uśmiechem opowiada o swoich latach spędzonych w Technikum Budowy Maszyn w Elblągu (poprzednika Technikum Mechanicznego, które w tym roku obchodzi 80-lecie istnienia - red.). Nasz rozmówca zdradza kulisy nauki zawodu, szkolnych zabaw z dziewczętami z sąsiedniej szkoły i niecodziennej przeprowadzki siostry zakonnej. Zobacz zdjęcia ze szkolnych lat Henryka Myślińskiego.
1 września 1950 roku przypadał w piątek. Wśród uczniów pierwszych klas elbląskiego Technikum Budowy Maszyn czternastoletni Heniek Myśliński z ciekawością rozglądał się po nowej szkole. Miał w niej spędzić kolejne cztery lata. Na charakterystycznym podeście przemawiał Bronisław Oborski, ówczesny dyrektor placówki. Pewnie nie zabrakło też okolicznościowej akademii z okazji 11. rocznicy wybuchu II wojny światowej.
W tym miejscu naszym Czytelnikom jesteśmy winni małe wyjaśnienie: na stronie internetowej dzisiejszego Zespołu Szkół Mechanicznych znajdziemy informację, że Technikum Budowy Maszyn powstało dopiero 1 września 1951 roku (wcześniej, od 1947 roku, funkcjonowało jako Państwowe Liceum Mechaniczne).
- W pamięci zostało mi jednak Technikum Budowy Maszyn i to tej szkoły jestem dumnym absolwentem – mówi Henryk Myśliński (matura 1954 r.), którego naciągnęliśmy na szkolne wspomnienia. – To był chyba pierwszy rocznik, w którym dominowali czternastolatkowie. Starszych uczniów, którym wojna zabrała lata nauki w naszym roczniku już nie było. U mnie w klasie było 24 chłopaków. Chyba dwie dziewczyny uczyły się w równoległej klasie.
Czy wiesz, że: Zespół Szkół Mechanicznych obchodzi w tym roku 80. urodziny. 1 listopada 1946 roku w budynku przy ul. Pocztowej powstała pierwsza w Elblągu klasa o profilu budowlanym. Dwa lata później szkołę przeniesiono do budynku przy ulicy Długiej (dzisiejszej ul. Komeńskiego) i od tamtej pory to stamtąd wychodzą najlepsi mechanicy.
Wracamy do pierwszego wrześniowego piątku 1950 roku. Dyrektor Bronisław Oborski opowiada pierwszoklasistom o szkole i zadaniach, jakie przed nimi staną. Heniek Myśliński trafia do klasy o specjalności obróbka skrawaniem metali, której wychowawczynią zostaje nauczycielka języka polskiego, Irena Pawłowicz.
- Złota kobieta. Miałem problemy z językiem polskim i obawiałem się o egzamin maturalny. Pani Pawłowicz zrobiła wszystko, żebym do matury podszedł i ją zdał. Patrząc z perspektywy czasu: gdyby nie poświęciła mi tyle uwagi, myślę, że bym nie zdał. A tak zdałem na dostateczny. Utkwiło mi w pamięci, że nauczyciele poświęcali uczniom wiele uwagi i robili wszystko, żebyśmy zdali egzaminy. Z mojej klasy dwie osoby nie dotrwały do końca – wspomina pan Henryk.
Rząd przy oknie. W pierwszej ławce obok okna siedzi Henryk Myśliński, obok Stanisław Smoliński. Stoi Doryk (imię nieznane) (z arch. H. Myślińskiego)
Henryk Myśliński do szkoły przy ul. Długiej trafił przez przypadek. Jeszcze w czerwcu dumny odbierał świadectwo ukończenia siódmej klasy w jedenastoklasowej szkole przy ulicy Pocztowej w Elblągu. W planach była kontynuacja nauki w tej samej placówce. Rodzinna tragedia i śmierć ojca podczas wakacji zmusiły go do zmiany planów.
- Technikum dawało zawód. Od razu po szkole mogłem iść do pracy i zarabiać pieniądze – tłumaczy decyzję o wyborze szkoły. – Nie pamiętam, żebym zdawał jakiś egzamin wstępny. Prawdopodobnie przyjęli mnie na podstawie ocen po siódmej klasie podstawówki. Czemu Technikum Budowy Maszyn? Byłem zafascynowany przestronnym holem i podestem, z którego przemawiali nauczyciele. Takiego holu nie miała żadna inna szkoła w Elblągu.
Podest pełnił bardzo ważną rolę w szkolnym życiu. Szkolny dzień zaczynał się od porannego apelu całej uczniowskiej społeczności. Zaszczyt wejścia na podest mieli uczniowie wyróżnieni z jakiejś okazji oraz ci, którzy w jakiś sposób podpadli.
- Oczywiście, że trafiłem na podest! Z kolegami poszliśmy na wagary na działki przy ul. Łęczyckiej, gdzie poczęstowaliśmy się cudzymi jabłkami. Ktoś nas przyuważył i doniósł dyrekcji. Musiał nas znać, bo dyrektor wiedział, kto brał udział w eskapadzie – śmieje się absolwent TBM. – Na apelu trafiliśmy na podest, a potem na zebranie Związku Młodzieży Polskiej [organizacja młodzieżowa na wzór radzieckiego Komsomołu funkcjonująca w latach 1948-57 – przyp. SM]. Już nie pamiętam, jak nas ukarali, ale ukarali na pewno. Najważniejsze, że nie wyrzucili ze szkoły, a na ocenę ze sprawowania też się te nasze wagary nie przełożyły.
Wśród uczniów można było spotkać mieszkańców województw gdańskiego, olsztyńskiego i warszawskiego. Szkolny internat mieścił się przy ul. Słonecznej.
Z pamiątkowych fotografii spoglądają uśmiechnięte chłopaki w charakterystycznych marynarkach. Jeszcze nie było szkolnych mundurków – na ramieniu obowiązkowa była za to granatowa tarcza TBM. Razem jeździli na nartach w Bażantarni i razem podrywali dziewczyny z sąsiadującego z TBM Państwowego Gimnazjum i Liceum Administracyjno-Gospodarczego (w 1952 r. przekształconego w Technikum Finansowe). Dziś w tych murach mieści się Zespół Szkół Ekonomicznych i Ogólnokształcących.
- Szkoły sąsiadowały przez ogród i dokładnie było widać, do kogo należy która jego część. W porównaniu z ogrodem dziewczyn nasz był bardzo zaniedbany – opowiada Henryk Myśliński. – Dziewczyny przychodziły do nas na wieczorki taneczne, my chodziliśmy do nich. Swoją żonę poznałem w tamtej szkole i nie byliśmy jedynym „mechaniczno-ekonomicznym” małżeństwem.
Na "domówce" u kolegi. Druga o lewej Zofia Janicka, przyszła pani Myślińska, trzeci od lewej Henryk Myśliński (z arch. H. Myślińskiego)
Henryk Myśliński do Technikum Budowy Maszyn trafił idealnie z punktu widzenia chłopaka, który chciał praktycznie nauczyć się zawodu. W piwnicy powstawały właśnie warsztaty dla uczniów, które uroczyście otwarto na początku listopada. Od tamtej chwili uczniowie z pilnikiem w ręku poznawali tajniki obróbki skrawaniem.
- Były frezarki, tokarki, piła ramowa i inne urządzenia. Wszystko do naszej dyspozycji – wspomina były uczeń TBM. – Nauczyli nas, jak posługiwać się pilnikiem i suwmiarką. Dostawaliśmy konkretne detale do zrobienia, w kolejnych klasach coraz bardziej skomplikowane. Na zajęciach ze ślusarstwa dostaliśmy do wykonania klucze. Pilnik w garść i do dzieła! Na tokarkach toczyliśmy elementy do bardziej skomplikowanych przedmiotów. Na praktyczną naukę zawodu przeznaczone były całe dni, w trakcie których nie było lekcji teoretycznych. Cały dzień siedzieliśmy w piwnicy na warsztatach.
Obróbki skrawaniem uczył Eugeniusz Mędraś, inżynier z Zamechu. Przedwojenny inżynier lotnictwa Szymon Płyszewski (jego syn był twórcą elbląskiego karate) uczył fizyki, materiałoznawstwa i metaloznawstwa. Swoje lekcje prowadził w charakterystycznej auli.
- To była aula akademicka. Nauczyciel stał na dole, a uczniowie siedzieli tak jak w amfiteatrze – wyjaśnia pan Henryk. – Dziś już tej auli nie ma, została przebudowana w trakcie jednego z remontów. Szymon Płyszewski był ogromnym pedantem. Na jego lekcjach panowała taka cisza, że słychać było przelatującą muchę. Wystarczyło, że wszedł na aulę i wszystkie rozmowy milkły. Samą swoją obecnością „wymuszał” dyscyplinę. Lekcje zaczynał od sprawdzenia obecności, a potem przepytywał „szczęśliwców” z ostatnich zajęć.
W pamięci zachował się też pan nazywany „Baciarem”.
- To był nauczyciel, ale nie pamiętam, jak się nazywał ani czego uczył. Chyba jako jedyny z całej szkoły miał przywilej palenia papierosów podczas prowadzenia lekcji! Nie mam pojęcia dlaczego. To był starszy pan, może miał jakieś szczególne zasługi...
Część klasy Henryka Myślińskiego z tyłu szkoły (z arch. H. Myślińskiego)
Drugą cechą charakterystyczną tamtych lat był brak podręczników. W przypadku przedmiotów zawodowych jedyną książką dysponował często sam nauczyciel, który dyktował uczniom treść wykładu do zeszytu. Dużą popularnością cieszył się wówczas tzw. „Poradnik mechanika” – publikacja, która pozwalała usystematyzować wiedzę.
- Szczególne zdolności wykazywałem na rysunku technicznym – wspomina absolwent TBM. – Miałem dobrą wyobraźnię przestrzenną i bez większego trudu potrafiłem każdy przedmiot zwymiarować i przenieść na papier. Całe życie zawodowe wykorzystywałem to, czego się w szkole nauczyłem. Ta umiejętność przynosiła mi później konkretne pieniądze.
Nauczycielem rysunku był przedwojenny inżynier Eryk Bertelman, który przed wojną pracował w fabryce traktorów „Ursus” w Warszawie, a po powojennym epizodzie w Elblągu znów tam powrócił.
- Mieszkał przy ul. Trybunalskiej w zabytkowej, istniejącej do dziś wilii. Mówiliśmy na nią bunkier. Przed jego domem był piękny ogród, od ulicy odgrodzony grabami. Tego ogrodu już nie ma – na jego miejscu stoi blok. Nauczyciel szybko dostrzegł we mnie talent i zapraszał mnie do domu, gdzie dawał mi kolejne przedmioty, na których mogłem doskonalić rysunek techniczny. W mojej klasie byłem jedynym, który dostąpił takiego zaszczytu.
Oprócz przedmiotów zawodowych uczniowie zgłębiali tajemnice nauki o konstytucji, przysposobienia wojskowego oraz geografii gospodarczej. Język obcy był tylko jeden: rosyjski. Przedmiotem nadobowiązkowym było przygotowanie sportowe (pan Henryk miał na świadectwie maturalnym ocenę bardzo dobrą).
- Sport odgrywał w szkole dużą rolę. Braliśmy udział w turniejach międzyszkolnych w różnych dyscyplinach i w zawodach miejskich. W czwartej klasie na zawody bokserskie pojechaliśmy z samym dyrektorem Aleksandrem Kociałkowskim, który w 1953 roku zastąpił Bronisława Oborskiego.
Ciekawostką jest brak na świadectwie oceny z religii, mimo że lekcje odbywały się w budynku szkoły.
- Pamiętam sytuację, gdy siostrę zakonną uczącą nas religii władze zakonne przeniosły do klasztoru w Warszawie. Poproszono mnie, abym towarzyszył jej w przeprowadzce. Pojechaliśmy pociągiem, a ja nocowałem w klasztorze – w celi zakonnej, na sienniku na podłodze. Do dziś pamiętam pościel tak wykrochmaloną, że była sztywna jak blacha. I jedzenie: niemal wszystko własnej roboty, ślinka cieknie na samo wspomnienie. Odwiozłem siostrę i wróciłem do Elbląga. Wtedy taka wyprawa do Warszawy to było coś wielkiego.
Charakterystyczną cechą ówczesnej nauki były też czyny społeczne. Jesienią uczniowie jeździli pomagać okolicznym rolnikom w wykopkach.
- Rano zamiast do szkoły wskakiwaliśmy na pakę ciężarówki i jechaliśmy do Batorowa albo do Nowakowa. Tam przez cały dzień kopaliśmy ziemniaki albo wyrywaliśmy buraki. Dla nas to była rozrywka, oderwanie od szkolnej rutyny. Nie wiem, czy tym rolnikom bardziej pomagaliśmy, czy przeszkadzaliśmy w pracy... Wieczorem przeważnie wracaliśmy ciężarówką do Elbląga.
Na wykopkach (z arch. H. Myślińskiego)
Szkoła kończyła się egzaminem zawodowym i dojrzałości. Uczniowie nie mieli studniówki, zamiast tego był bal maturalny po zdanych egzaminach. Tradycyjnie odbywał się w szkole..
- Z języka polskiego pisałem chyba coś o Mickiewiczu. Z matematyki byłem raczej słaby, a to przecież technikum, gdzie do tego przedmiotu przykładano dużą wagę. Stoję przy tablicy na egzaminie ustnym i utknąłem nad jakimiś obliczeniami. Ni z tego, ni z owego ktoś z komisji pyta mnie o datę bitwy pod Grunwaldem. Z historii miałem akurat ocenę bardzo dobrą. „1410” to była właśnie ta liczba, której potrzebowałem do dalszych obliczeń! Matmę zdałem na dostateczny.
Po ukończeniu szkoły świeżo upieczony technik technolog dostał nakaz pracy w Elbląskiej Fabryce Urządzeń Kuziennych (EFUK) z pensją 1200 zł miesięcznie. Dla porównania: „Dziennik Bałtycki” kosztował wtedy 20 groszy, a pół kilograma chleba: 1,20-1,50 zł.
- Gdybym miał wybierać szkołę jeszcze raz, znów poszedłbym do Technikum Budowy Maszyn. Nauczyła kindersztuby – nie było opcji, żebyśmy w tramwaju nie ustąpili miejsca dziewczynie czy osobie starszej. Nauczyła też porządnie zawodu. Przyszedłem do pracy w EFUK i od razu wiedziałem, co i jak mam robić. Nauczyciele byli dla nas wzorem – przebywając w tej szkole, bezwiednie wsiąkaliśmy w wiedzę i zasady dobrego wychowania – podsumowuje Henryk Myśliński. - Bez przynależności do partii, po dwóch latach pracy dostałem przydział na mieszkanie. Już się stamtąd nie wyprowadziłem.
Na nartach w Bażantarni (z arch. H. Myślińskiego)
O dalszych losach Henryka Myślińskiego przeczytasz w tekstach „Styren traktuję jak własne dziecko” oraz „W życiu zrobiłem tylko dwa zdjęcia”.