Człek zbuntowany w plenerze

„Pisz do mnie czasem, bo umieram” śpiewał zachrypniętym głosem mężczyzna słusznej postury, w opiętym na muskularnym torsie czarnym podkoszulku. Skromny, wrażliwy, o poszarpanym sercu, z bagażem doświadczeń. Bard, polski Tom Waits, czy jak sam woli „żul i barowy grajek”. Marek Dyjak wystąpił wczoraj (21 sierpnia) podczas reedycji Letnich Ogrodów Polityki. I to był błąd.
Marek Dyjak, rocznik 1975. Hydraulik, który od życia chciał więcej. Laureat festiwali piosenki, czasem aktor, pisze muzykę do spektakli teatralnych, nagrywa płyty. Z bagażem doświadczeń idzie do przodu, bez taryfy ulgowej, zachrypniętym głosem wyśpiewuje gorzkie słowa. „Żul i barowy grajek” jak mówi o sobie. „Polski Tom Waits” – jak chcą wielbiciele.
Artysta został zaproszony na VII Letnie Ogrody Polityki. Pomysł - uważam - nietrafiony. Dyjak fantastycznie wpisałby się w klimat barowy, gdzie w papierosowym dymie, w oparach alkoholu jego głos i przekaz wypadłyby fantastycznie. W plenerze publiczności trudno było się skupić, tym bardziej, że zza płotu dobiegała piosenka biesiadna (w sąsiadującym z Podzamczem lokalu odbywało się prawdopodobnie wesele). I jak tu wsłuchać się w „Durną miłość”, uronić łzę, tę, która pęka na krawędzi szkła (a „na krawędzi dnia pęka cały świat”)?
A Dyjak, "Człek zbuntowany", wart jest uwagi. Prawdziwy, rozdzierający głos, gorzkie teksty, aż proszą, by słuchać koncertu w zadymionym, małym klubie, gdzie tłoczno, ludzie szepczą nad szklankami trunków. Do przyjęcia byłyby ewentualnie wnętrza Biblioteki Elbląskiej lub Galerii EL, bo plener nie jest sprzymierzeńcem „polskiego Waitsa”. Zdawało się, że i on to rozumie, gdy po „Tej ostatniej niedzieli” (przedwojennym szlagierze autorstwa Jerzego Petersburskiego) schodził ze sceny, na której gościł przez godzinę wspólnie ze swoim bandem. I tu warto zaznaczyć, że na trąbce grał urodzony w Elblągu Jerzy Małek (ur. 1978 r., kompozytor jazzowy, trębacz.).
Po Dyjaku na scenę wyszedł Lech Janerka, legenda polskiej sceny rockowej, ale to już zupełnie inna historia…
Artysta został zaproszony na VII Letnie Ogrody Polityki. Pomysł - uważam - nietrafiony. Dyjak fantastycznie wpisałby się w klimat barowy, gdzie w papierosowym dymie, w oparach alkoholu jego głos i przekaz wypadłyby fantastycznie. W plenerze publiczności trudno było się skupić, tym bardziej, że zza płotu dobiegała piosenka biesiadna (w sąsiadującym z Podzamczem lokalu odbywało się prawdopodobnie wesele). I jak tu wsłuchać się w „Durną miłość”, uronić łzę, tę, która pęka na krawędzi szkła (a „na krawędzi dnia pęka cały świat”)?
A Dyjak, "Człek zbuntowany", wart jest uwagi. Prawdziwy, rozdzierający głos, gorzkie teksty, aż proszą, by słuchać koncertu w zadymionym, małym klubie, gdzie tłoczno, ludzie szepczą nad szklankami trunków. Do przyjęcia byłyby ewentualnie wnętrza Biblioteki Elbląskiej lub Galerii EL, bo plener nie jest sprzymierzeńcem „polskiego Waitsa”. Zdawało się, że i on to rozumie, gdy po „Tej ostatniej niedzieli” (przedwojennym szlagierze autorstwa Jerzego Petersburskiego) schodził ze sceny, na której gościł przez godzinę wspólnie ze swoim bandem. I tu warto zaznaczyć, że na trąbce grał urodzony w Elblągu Jerzy Małek (ur. 1978 r., kompozytor jazzowy, trębacz.).
Po Dyjaku na scenę wyszedł Lech Janerka, legenda polskiej sceny rockowej, ale to już zupełnie inna historia…
Agata Janik