Teraz ja - Elita na salonach, czyli nie używaj słowa kanon nadaremno
W środę 7 października w Bibliotece Elbląskiej przy ul. św. Ducha odbyła się dyskusja pod hasłem: „Wizerunek człowieka kulturalnego. Refleksje po Kongresie Kultury Polskiej”. Jednak słowo „odbyła” zdaje się być tutaj lekkim nadużyciem. Jak wiadomo, panel dyskusyjny powinien mieć zarówno punkt wyjścia, jak i dojścia.
Za punkt wyjścia w tym przypadku można by przyjąć wprowadzenie do tematu, którym były: przedstawienie wizerunku „człowieka kulturalnego” na przestrzeni lat oraz zaprezentowanie badań socjologicznych, przedstawionych w raporcie opracowanym przez prof. Tomasza Szlendaka i prowadzącego spotkanie redaktora Mirosława Pęczaka. Do raportu odniósł się także drugi z zaproszonych gości, Maciej Nowak. Panowie zafundowali nam barwną taksonomię społeczeństwa realizującego ideę „Człowieka aktywnego kulturalnie”. Dane przytoczone przez profesora socjologii, charakteryzujące ludzi obcujących z kulturą, nie są niczym zaskakującym, jednakże nazewnictwo poszczególnych grup było iście szokujące (niekiedy zabawne). To, że w sferach kulturalnych spotykamy „pożeraczy wszystkiego”, „bywalców oskarów oraz imprez oskaro-podobnych” – celebrytów, pojawiających się na wszystkich eventach, gdzie serwowany jest darmowy alkohol – a także „ludzi przywożonych autokarami”, nie jest wielkim odkryciem. Prawda to stara jak świat. Jednak przyznać muszę, że określenia okazały się trafne, choć sarkastyczne.
Widzów, uczestników panelu dyskusyjnego, pobudziła wypowiedź pana Nowaka, który próbował przekonać wszystkich, iż dzieło sztuki nie musi być przyjemne. Dzieło sztuki może krzywdzić, oburzać, ale docenią to jedynie osoby, które posiadają odpowiednie „kody”, które umożliwiają im odczytanie dzieła sztuki. Nowak przytoczył przy tu słynny już, szokujący ongiś happening Marka Raczkowskiego, który publicznie umieścił flagę Polski w psich odchodach. Temat odbioru sztuki do dziś budzi kontrowersje, co widać było także po reakcji widowni. Jedni są zwolennikami pewnych norm i zasad w tworzeniu sztuki, inni zaś obstają przy „L'art pour l'art.”.
Podczas panelu padło również zaskakujące stwierdzenie, iż teatry nie powinny traktować widzów jako klientów i tym samym spełniać ich oczekiwań. Pan Nowak jako „szalony artysta” (tak stwierdziła jedna z uczestniczek panelu, atakując pana Macieja personalnie) zapomniał chyba, że sztuka jest sztuką wtedy, gdy ma swoich odbiorców. Jeśli chodzi o teatr, dochodzi kolejna sprawa czysto ekonomiczna – żaden teatr na świecie nie ma prawa bytu, jeśli nie ma widowni...
Cała dyskusja jednak skupiała się wokół pojęcia KANONU. Słowo używane było tak często, że do inauguracji Euro 2012 nie chcę go słyszeć. Co ciekawe, krążenie wokół tematu nie dało odpowiedzi na fundamentalne pytanie: Czym tak naprawdę jest ów słynny kanon i czy rzeczywiście on funkcjonuje? Mimo iż nie wyjaśniono dokładnie obecnego kanonu, goście Salonu Polityki zaserwowali nam kolejne pojęcie – „rozszczepienie kanonu”. Pan Nowak znany także jako krytyk kulinarny i kucharz, próbował wytłumaczyć to pojęcie, odwołując się do tajników przyrządzania wyszukanych dań oraz zasad savoir-vivreu, obowiązujących „przy stole”. Generalnie chodziło o zmiany i odstępstwa od powszechnie przyjętych norm, takich jak picie schłodzonego czerwonego wina czy jedzenie ryb normalnymi sztućcami. Jakkolwiek powyższe jest dla mnie całkowicie zrozumiałe, jednak nie potrafię doszukać się analogii do obcowania ze sztuką. W tym przypadku podzielam zdanie pana Szlendaka, który, przytaczając scenę z filmu Milosa Formana „Amadeusz”, jednoznacznie zaprzeczył słowom pana Nowaka. Nikt z nas chyba sobie nie wyobraża, żeby teatr był miejscem, gdzie ludzie będą jedli, pili i „kopulowali” podczas spektaklu...
W pewnym momencie do dyskusji kanonem ociekającej włączyli się zgromadzeni na widowni słuchacze, którzy mocno zbulwersowani niektórymi wypowiedziami, przedstawili swój punkt widzenia. Jedna z pań w sposób wymowny opowiedziała się za własnym podejściem do obcowania ze sztuką. Stwierdziła, że dla sztuki (m.in. teatru, kina) chodzi z ciekawości. Dopiero po „skonsumowaniu produktów sztuki” jest w stanie określić swoje odczucia i emocje. Nikt nie jest w stanie narzucić jej „jakichś kanonów” i wytycznych. Tego naucza też swoje dzieci, by same potrafiły określić co ich interesuje i co im się podoba. Według mnie słusznie. Jednak warto zwrócić uwagę, idąc za słuszną wypowiedzią pana Edwarda Jaremczuka – wykładowcy PWSZ w Elblągu – że szkoła oprócz zajęć języka polskiego nie kształci w zakresie edukacji kulturalnej (z resztą i na lekcjach języka polskiego jest to temat marginalny). Żyjemy w epoce mass mediów, które zarówno oferują szerszy dostęp do sztuki, jak i ogłupiają sztuką popularną, która zazwyczaj ze sztuką ma nie wiele wspólnego.
Gdy już wypowiedziano wiele pięknych słów i wbrew opinii publiczności nadal obstawano przy swoim, że sztuka jest wzniosła, że dla siebie samej i dla wzbogacania ludzkich dusz oraz że może być ona tak samo istotna i dostępna dla ludzi ubogich, a nie tylko snobistycznych burżujów. W momencie, gdy dyskusja rozgorzała i zaczynała nabierać sensownego kierunku, organizatorzy postanowili zakończyć spotkanie. Trzeba było szybko opróżnić wypełnioną po brzegi salę, gdyż za pół godziny miał się w niej odbyć koncert, na który rzecz jasna należało zakupić bilety (o ironio!).
Chciałoby się jednak przed wyjściem odnaleźć jakikolwiek punkt docelowy, dojść do jakichś konkluzji wynikających z dyskusji. Wniosków, niestety, się nie doczekaliśmy. Ciekaw jestem, czy przepis na wspaniałą zupę rybną, przyrządzoną z ośmiu różnych gatunków ryb śródziemnomorskich miał być wnioskiem z dyskusji, czy po prostu odwrócić uwagę od problemu, jakim jest coraz mniejszy udział społeczny w kulturze?! Dotyczy to zarówno strony artystów, placówek kulturalnych, jak i przede wszystkim odbiorców. Kilkadziesiąt osób, które przybyły w środowy wieczór, nie usłyszało nic konstruktywnego na temat: Co zrobić, by ludzie częściej angażowali się w życie kulturalne? Jak zmienić status quo? Panowie prowadzący dyskusję postąpili typowo „po polsku”. Ponarzekali, ponarzekali, wyszydzili, powiedzieli to, co wszyscy bez badań socjologicznych i opinii ludzi obytych w temacie i tak już dawno wiedzieli, a gdy publiczność mająca coś ciekawego do powiedzenia doszła wreszcie do głosu, zakończono panel, powtarzając wcześniej kilkakrotnie, iż zebrani goście tworzą tak zwaną ELITĘ. Gdy pierwszy raz usłyszałem, że zaliczam się do elity, było mi miło, drugi raz poczułem się nieswojo, trzeci wydawał mi się żałosny, za czwartym razem wyczułem w powietrzu coś, co określić można jako masturbację kulturalną – zebrała się elita ludzi kulturalnych oczywiście i napawa się faktem swej kulturalności i elitarności oczywiście.
Po wyjściu został już tylko uśmiech na twarzy, niedosyt ledwie rozpoczętej rozmowy i lekki niesmak. Jeśli tak wyglądają dyskusje, które mają na celu poprawę stanu polskiej kultury, to za kilka lat ELITA będzie liczyć kilkanaście osób, a minister kultury będzie występować w dwudziestej jubileuszowej edycji „Tańca z Gwiazdami”.
Reasumując, uważam, że panowie Ameryki nie odkryli, tylko dopłynęli do niej po raz kolejny trochę inna drogą...
Widzów, uczestników panelu dyskusyjnego, pobudziła wypowiedź pana Nowaka, który próbował przekonać wszystkich, iż dzieło sztuki nie musi być przyjemne. Dzieło sztuki może krzywdzić, oburzać, ale docenią to jedynie osoby, które posiadają odpowiednie „kody”, które umożliwiają im odczytanie dzieła sztuki. Nowak przytoczył przy tu słynny już, szokujący ongiś happening Marka Raczkowskiego, który publicznie umieścił flagę Polski w psich odchodach. Temat odbioru sztuki do dziś budzi kontrowersje, co widać było także po reakcji widowni. Jedni są zwolennikami pewnych norm i zasad w tworzeniu sztuki, inni zaś obstają przy „L'art pour l'art.”.
Podczas panelu padło również zaskakujące stwierdzenie, iż teatry nie powinny traktować widzów jako klientów i tym samym spełniać ich oczekiwań. Pan Nowak jako „szalony artysta” (tak stwierdziła jedna z uczestniczek panelu, atakując pana Macieja personalnie) zapomniał chyba, że sztuka jest sztuką wtedy, gdy ma swoich odbiorców. Jeśli chodzi o teatr, dochodzi kolejna sprawa czysto ekonomiczna – żaden teatr na świecie nie ma prawa bytu, jeśli nie ma widowni...
Cała dyskusja jednak skupiała się wokół pojęcia KANONU. Słowo używane było tak często, że do inauguracji Euro 2012 nie chcę go słyszeć. Co ciekawe, krążenie wokół tematu nie dało odpowiedzi na fundamentalne pytanie: Czym tak naprawdę jest ów słynny kanon i czy rzeczywiście on funkcjonuje? Mimo iż nie wyjaśniono dokładnie obecnego kanonu, goście Salonu Polityki zaserwowali nam kolejne pojęcie – „rozszczepienie kanonu”. Pan Nowak znany także jako krytyk kulinarny i kucharz, próbował wytłumaczyć to pojęcie, odwołując się do tajników przyrządzania wyszukanych dań oraz zasad savoir-vivreu, obowiązujących „przy stole”. Generalnie chodziło o zmiany i odstępstwa od powszechnie przyjętych norm, takich jak picie schłodzonego czerwonego wina czy jedzenie ryb normalnymi sztućcami. Jakkolwiek powyższe jest dla mnie całkowicie zrozumiałe, jednak nie potrafię doszukać się analogii do obcowania ze sztuką. W tym przypadku podzielam zdanie pana Szlendaka, który, przytaczając scenę z filmu Milosa Formana „Amadeusz”, jednoznacznie zaprzeczył słowom pana Nowaka. Nikt z nas chyba sobie nie wyobraża, żeby teatr był miejscem, gdzie ludzie będą jedli, pili i „kopulowali” podczas spektaklu...
W pewnym momencie do dyskusji kanonem ociekającej włączyli się zgromadzeni na widowni słuchacze, którzy mocno zbulwersowani niektórymi wypowiedziami, przedstawili swój punkt widzenia. Jedna z pań w sposób wymowny opowiedziała się za własnym podejściem do obcowania ze sztuką. Stwierdziła, że dla sztuki (m.in. teatru, kina) chodzi z ciekawości. Dopiero po „skonsumowaniu produktów sztuki” jest w stanie określić swoje odczucia i emocje. Nikt nie jest w stanie narzucić jej „jakichś kanonów” i wytycznych. Tego naucza też swoje dzieci, by same potrafiły określić co ich interesuje i co im się podoba. Według mnie słusznie. Jednak warto zwrócić uwagę, idąc za słuszną wypowiedzią pana Edwarda Jaremczuka – wykładowcy PWSZ w Elblągu – że szkoła oprócz zajęć języka polskiego nie kształci w zakresie edukacji kulturalnej (z resztą i na lekcjach języka polskiego jest to temat marginalny). Żyjemy w epoce mass mediów, które zarówno oferują szerszy dostęp do sztuki, jak i ogłupiają sztuką popularną, która zazwyczaj ze sztuką ma nie wiele wspólnego.
Gdy już wypowiedziano wiele pięknych słów i wbrew opinii publiczności nadal obstawano przy swoim, że sztuka jest wzniosła, że dla siebie samej i dla wzbogacania ludzkich dusz oraz że może być ona tak samo istotna i dostępna dla ludzi ubogich, a nie tylko snobistycznych burżujów. W momencie, gdy dyskusja rozgorzała i zaczynała nabierać sensownego kierunku, organizatorzy postanowili zakończyć spotkanie. Trzeba było szybko opróżnić wypełnioną po brzegi salę, gdyż za pół godziny miał się w niej odbyć koncert, na który rzecz jasna należało zakupić bilety (o ironio!).
Chciałoby się jednak przed wyjściem odnaleźć jakikolwiek punkt docelowy, dojść do jakichś konkluzji wynikających z dyskusji. Wniosków, niestety, się nie doczekaliśmy. Ciekaw jestem, czy przepis na wspaniałą zupę rybną, przyrządzoną z ośmiu różnych gatunków ryb śródziemnomorskich miał być wnioskiem z dyskusji, czy po prostu odwrócić uwagę od problemu, jakim jest coraz mniejszy udział społeczny w kulturze?! Dotyczy to zarówno strony artystów, placówek kulturalnych, jak i przede wszystkim odbiorców. Kilkadziesiąt osób, które przybyły w środowy wieczór, nie usłyszało nic konstruktywnego na temat: Co zrobić, by ludzie częściej angażowali się w życie kulturalne? Jak zmienić status quo? Panowie prowadzący dyskusję postąpili typowo „po polsku”. Ponarzekali, ponarzekali, wyszydzili, powiedzieli to, co wszyscy bez badań socjologicznych i opinii ludzi obytych w temacie i tak już dawno wiedzieli, a gdy publiczność mająca coś ciekawego do powiedzenia doszła wreszcie do głosu, zakończono panel, powtarzając wcześniej kilkakrotnie, iż zebrani goście tworzą tak zwaną ELITĘ. Gdy pierwszy raz usłyszałem, że zaliczam się do elity, było mi miło, drugi raz poczułem się nieswojo, trzeci wydawał mi się żałosny, za czwartym razem wyczułem w powietrzu coś, co określić można jako masturbację kulturalną – zebrała się elita ludzi kulturalnych oczywiście i napawa się faktem swej kulturalności i elitarności oczywiście.
Po wyjściu został już tylko uśmiech na twarzy, niedosyt ledwie rozpoczętej rozmowy i lekki niesmak. Jeśli tak wyglądają dyskusje, które mają na celu poprawę stanu polskiej kultury, to za kilka lat ELITA będzie liczyć kilkanaście osób, a minister kultury będzie występować w dwudziestej jubileuszowej edycji „Tańca z Gwiazdami”.
Reasumując, uważam, że panowie Ameryki nie odkryli, tylko dopłynęli do niej po raz kolejny trochę inna drogą...