Malachit Cienia: Fisz: „Każdy naród ma taką kulturę masową, na jaką zasłużył”

Kolejny raz mamy dla was garść swobodnie potraktowanych informacji na temat tego, co wspólne i tożsame z elbląską - i nie tylko - sceną muzyczną. Dzisiaj oddajemy do waszej dyspozycji materiał dotyczący ostatnich wydarzeń z podzamcza. 13 czerwca, na scenie Letnich Ogrodów Polityki wystąpił zespół Fisz/Emade Tworzywo Sztuczne.
Z Fiszem rozmawiałem przed koncertem, udanym, trzeba przyznać… Tu znajdziecie zdjecia .
Orzeu:Witamy w Elblągu. Czemu tak długo na Was czekaliśmy?
No wiesz, to już nie do mnie pytanie. Faktycznie, nie dotarliśmy tutaj, chociaż całe Trójmiasto czy Pomorze mamy opanowane, mamy tam swoje miejsca… Jest, udało się.
Nie to, że na mapie nie widać…
Nie. My działamy w ten sposób, że jeżeli ktoś nas zaprasza, to jedziemy na koncert, no a jak nie, to nie. Może tutaj nas nie lubią, nie wiem… (śmiech)
Fiszu, jaką Ty muzykę uprawiasz? Bo to dla wielu wciąż mało jasne jest…
Przede wszystkim muzykę. To jest tak, że ja się nasłuchałem strasznie dużo rzeczy, które jakoś z tym Hip Hopem się rozumiały. Jak chociażby Beastie Boys, którzy pierwszą płytę nagrali tak naprawdę Funkową. To była jakaś taka energia, którą miał w sobie Punk Rock, a podana w zupełnie inny sposób. Poza tym, cała ta forma przekonała mnie do siebie przede wszystkim ze względu na brzmienia, jakieś nowatorskie podejście do muzyki. Ja nie ukrywam, że Hip Hop wywarł na mnie ogromny wpływ, ale była też poza tym muzyka uprawiana kiedyś przez Dj-ów jamajskich czy później The Last Poets, taki zespół amerykański, gadający sobie. Więc ta muzyka troszkę sobie żyje i ma różne oblicza: od ciekawych po komercyjne i popowe. No, tak jak z każdym nurtem bywa. I my też z tą muzyką staramy się coś zrobić…
Tworzywo Sztuczne…
Wiesz, to wyszło przy płycie „F3”. Pierwsze płyty graliśmy tak naprawdę w trio z Dj-em. Pomyśleliśmy więc o większym składzie i dobraliśmy muzyków, którzy na tej płytce („F3”) zaistnieli i pojeździli z nami na koncerty. Więc tak od trzeciego krążka mamy już w miarę stabilny, choć trochę zmieniający się skład. Jest to zespół kolegów, muzyków, jest to „tworzywo”… I pomimo tego, że ostatnią płytę nagraliśmy w duecie, to zawsze na scenie jesteśmy sześcioosobowym składem, czasami siedmio. Chcemy, żeby płyta była początkiem tego, co się później może przytrafić.
Potłumaczysz mi trochę swoich tekstów?
Jasne.
„Choć człowiek z wiekiem rozumny, to bliżej do trumny. Nie pakuje papierków do urny. Tylko modli się, bo wie, że nie wie nic…”. Uważasz, że modlitwa jest lekarstwem na głupotę?
Tak. Ogólnie „Nie bo nie” to jest utwór, który wybraliśmy na pierwszego singla. On opowiada o tym, że mamy fajny czas i fajnie, jakby się zatrzymał. Ale tego nie da się zrobić, więc część dojdzie do wniosku, że nie warto go marnować. Druga w głupi sposób postanowi go zniszczyć. Odpali serial, weźmie kokainę, heroinę, zacznie palić… Jest wiele tego możliwości. Poza tym, dla nas, jest to dziwny okres, na który wpływ mają elementy społeczno-polityczne, nie do końca przez nas rozumiane…
„Jestem 30 centymetrów za wysoko”… od czego?
O, to stary utwór jest. To był taki okres dosyć fajny, ale z drugiej strony dziwny. Gdzie scena Hip Hopowa była sceną bardzo popularną i tworzyły się tam różne wojny. Nie fizyczne, tylko wojny na zasadzie wpływów i różnych sytuacji czysto biznesowych. Na koncerty przychodziło mnóstwo ludzi i okazało się, że to dobry interes. Tym samym okazało się, że wiele młodych grup, które lubimy, typu Paktofonika, Kaliber, Noon, Grammatik i my, chodziły sobie gdzieś tam własnymi ścieżkami i o to gdzieś tutaj chodziło. Taki klimat sytuacji czysto biznesowej zupełnie nas nie interesował. Teraz się sporo zmieniło, biznesmeni się spakowali, a muzyka ta przestała ich interesować, bo nie przynosiła już dochodów. Tym samym na scenie pozostali Ci, którzy robili rzeczy wartościowe i prawdziwe… i fajnie.
„Miał być gładki jak David Hasselhoff…”, „Byle mieć nowy Glamour strój…” nabijasz się z kultury masowej, jednym słowem, acz w bardzo miły i kulturalny sposób.
Wiesz, to nie dotyczy dokładnie kultury masowej. No, każdy naród ma taką kulturę masową, na jaką zasłużył. My mamy akurat taką, a nie inną. Są wartości takie jak Bjork, która robi Pop, ale Pop niekojarzony z obciachem. Chodziło mi tu o fetysz… pieniądza, szybkich kredytów, pożyczek, metek, warszafki. Dzisiaj dzieciaki spotykają się w Galeriach, umawiają się na spotkania w tych wielkich domach handlowych i tak dalej. To zupełnie inny świat. Wiesz, dawno tego nie było i to rzucanie się jak na banany czy pomarańcze jak dwadzieścia czy trzydzieści lat temu. A jak my podróżujemy po różnych krajach, często dwa razy bogatszych od nas, okazuje się, że ten szał już minął i ludzie szukają też trochę czasu dla siebie. Utwór jest o fetyszu. Fetyszu metek wśród młodych ludzi. Wydaje mi się to trochę śmieszne.
Powiedziałeś kiedyś: „Mi osobiście brakuje w tym trochę nieprzewidywalności i indywidualnego spojrzenia na ulicę - tak mówisz o rapie z ławy. Jakimi ulicami Ty chodzisz, na jakich ławkach siadasz…
Ja mieszkałem w Warszawie w strasznie starej dzielnicy - Ochota. Gdzie jestem otoczony albo emerytami albo dresiarzami, takimi śmiesznymi jeszcze…
Wiesz, że nie pytam o nazwy ulic…
Jasne. Jeżeli chodzi o miejsca, to na pewno te, w których można się czegoś nauczyć. Nasza ulica różni się strasznie z ulicami na świecie, bo tam jest widoczne to kulturowe przemieszanie i nikt nie patrzy na to, czy jesteś żółty, czerwony, lewy czy prawy. Tam na ulicy dzieją się rzeczy niesamowite. Nie byłoby Jazzu, pewnie później Punk Rocka, Dubu, Reggae i tak dalej… i całych tych historii, gdyby nie ulica, która tych ludzi ze sobą zespoliła. I takie ulice mi się marzą. Jeszcze takich nie ma…
Uważasz, że polski Rap uliczny za bardzo grzebie w schematach…
Może nie tak. Trochę się zmieniło. Już nie ma tylu tych nowych zespołów… Jeżeli chodzi o artystów, którzy grywali na ulicy, typu Maleńczuk, to… dla mnie nie jest ważne, czy człowieczek wychował się na ulicy, czy w wielkim domu, tylko to, co ma do powiedzenia. Czy potrafi o czymś opowiedzieć w sposób, który przyciąga uwagę albo który staje się gdzieś niechcąco poezją czy fajną zabawą skojarzeniową. A powtarzanie dwudziesty czwarty raz, że z Policją jest słabo…. Chyba dla mnie nieistotne. Na świecie dzieje się wiele fajnych rzeczy i każdy może chwycić za mikrofon i w fajny sposób o tym pogadać.
Mówią o Tobie w kategoriach: oryginał, indywiduum, otrzymujesz nagrody „Ślizger 2001” w kategorii „osobowość”. W każdym z wywiadów podkreśla się twoje wyjątkowe cechy. Czy tak rzeczywiście wyglądać ma życie muzyka, określanego jako „alternatywnego”? Te bale, tytuły, konfetti…
Wiesz, to nie ja rozdaję te nagrody. Ślizgery… to przyjemna sprawa, jak tak sobie wspominam, bo jest to środowisko związane z samymi początkami sceny warszawskiej i ludźmi, którzy tam uczestniczyli. Fajne wyróżnienie, fajna impreza, zupełnie nieprzypałowa, ludzie z sąsiedztwa. No, ja nie wiem, co znaczy „alternatywny”. Myślę, że Hip Hop jest częścią szeroko pojętej Pop-kultury…
Wpisz Fisz w necie…
No tak, ale ja nie wymyślam tych hasełek. Ja się chyba mieszczę gdzieś pośrodku. Jestem zupełnie niezależny, muzykę wydaje mój przyjaciel. Produkcje brzmią coraz surowiej, ale jest to muzyka elektroniczna, Hip Hopowa. Nigdy nie uważałem, że robimy numery awangardowe, inne. Jesteśmy konsekwentni w tym, co robimy, a pewni ludzie na siłę, odnosząc się do tego, co dzieje się na rynku Pop, próbują nas zaszufladkować, ale nie zawsze to dobrze wychodzi…
Mówiłeś kiedyś: „Brakowało nam tej pankrokowej żywiołowości, dynamiki.” Ktoś tam kiedyś wspominał o twoim udziale w kapeli hardkorowej. Przyznałeś, że słuchałeś Jane’s Addiction. Ciekawe hece, może słów kilka…
Tak, tak. To są rzeczy, które już jakby przeszły. Bo i Beastie Boys i The Strokers słuchaliśmy, kiedy sceny były związane. Ważny też był zespół Bad Brains, jeden z moich ulubionych. Pojawiał się on na płytach Hip Hopowych, otwierał nawet koncerty BB. Tam nie było takich podziałów koncertowych, a sceny potrafiły się razem odnaleźć. Pierwszy właśnie Jane,s Addiction, czyli Perry Farrell… Czasy festiwali, kiedy wchodził Ice-Cube, potem Ministry, później Sonic Youth. Myślę, że jest fajnie, gdy jest dużo muzyki i nie trzeba się skupiać na gatunkach…
Coś o tych hardkorach…
To są fascynacje, które sobie często zbieram na płytach. Typu Fugami na przykład. Kojarzą mi się te czasy z deskorolką, gdzie Hip Hop zaczynał się dopiero rozwijać. Graliśmy też w takich zespołach.
Jak na twoją twórczość wpłynął tatuś? Stał z pasem i mówił: słuchaj tego i tego bo…
Nie, nie. Nigdy tak nie było (śmiech). I zawsze jakoś słuchaliśmy innych rzeczy. Bo wiadomo, jak my przechodziliśmy jakieś bunty, to był hejvi metal czy hardkor, rzeczy, które go zupełnie nie interesowały. Później używaliśmy samplera, komputerów, rzeczy, których zupełnie nigdy nie używał i nie potrafił obsługiwać. Czasami są takie punkty jak Coltrane czy Coleman i okazuje się, że jest to muzyka, którą z jednej strony często słyszałem w Hip Hopie, która była często wycinana i samplowana, a z drugiej okazało się, że mój ojciec też się na tym wychował.
A jak tatuś wracał do domu z gitarą, to nie myślałeś: Ale tatuś! Nie dawało Ci to kopa?
Dawało. Jeździłem na Jarociny pierwsze i masę innych koncertów. Pamiętam, jak na scenę wychodziły zespoły typu Wilczy Pająk czy Armia i to było dla mnie coś fajnego. Natomiast sama gitara nigdy mnie nie interesowała. Grałem trochę na gitarze basowej, no a później zarzuciłem sprzęt elektroniczny. I ta sytuacja mnie wciągnęła, że tak powiem.
„Kolejna płyta jest odpowiedzią na kolejne”- to twoje słowa. Jakiej odpowiedzi możemy się spodziewać?
Wiesz co… na razie jest tak, że strasznie dużo koncertowaliśmy po „Piątku” i właśnie skończyliśmy trasę. Teraz gramy takie sytuacje otwarte i odpoczywamy. Nie chcemy jeszcze nic za bardzo o niej mówić, bo sami nie wiemy do końca, co to będzie. Z tego, co mi się wydaje, będzie surowa, dosyć wygadana, ale więcej pojawi się na niej żywego grania.
Orzeu:Witamy w Elblągu. Czemu tak długo na Was czekaliśmy?
No wiesz, to już nie do mnie pytanie. Faktycznie, nie dotarliśmy tutaj, chociaż całe Trójmiasto czy Pomorze mamy opanowane, mamy tam swoje miejsca… Jest, udało się.
Nie to, że na mapie nie widać…
Nie. My działamy w ten sposób, że jeżeli ktoś nas zaprasza, to jedziemy na koncert, no a jak nie, to nie. Może tutaj nas nie lubią, nie wiem… (śmiech)
Fiszu, jaką Ty muzykę uprawiasz? Bo to dla wielu wciąż mało jasne jest…
Przede wszystkim muzykę. To jest tak, że ja się nasłuchałem strasznie dużo rzeczy, które jakoś z tym Hip Hopem się rozumiały. Jak chociażby Beastie Boys, którzy pierwszą płytę nagrali tak naprawdę Funkową. To była jakaś taka energia, którą miał w sobie Punk Rock, a podana w zupełnie inny sposób. Poza tym, cała ta forma przekonała mnie do siebie przede wszystkim ze względu na brzmienia, jakieś nowatorskie podejście do muzyki. Ja nie ukrywam, że Hip Hop wywarł na mnie ogromny wpływ, ale była też poza tym muzyka uprawiana kiedyś przez Dj-ów jamajskich czy później The Last Poets, taki zespół amerykański, gadający sobie. Więc ta muzyka troszkę sobie żyje i ma różne oblicza: od ciekawych po komercyjne i popowe. No, tak jak z każdym nurtem bywa. I my też z tą muzyką staramy się coś zrobić…
Tworzywo Sztuczne…
Wiesz, to wyszło przy płycie „F3”. Pierwsze płyty graliśmy tak naprawdę w trio z Dj-em. Pomyśleliśmy więc o większym składzie i dobraliśmy muzyków, którzy na tej płytce („F3”) zaistnieli i pojeździli z nami na koncerty. Więc tak od trzeciego krążka mamy już w miarę stabilny, choć trochę zmieniający się skład. Jest to zespół kolegów, muzyków, jest to „tworzywo”… I pomimo tego, że ostatnią płytę nagraliśmy w duecie, to zawsze na scenie jesteśmy sześcioosobowym składem, czasami siedmio. Chcemy, żeby płyta była początkiem tego, co się później może przytrafić.
Potłumaczysz mi trochę swoich tekstów?
Jasne.
„Choć człowiek z wiekiem rozumny, to bliżej do trumny. Nie pakuje papierków do urny. Tylko modli się, bo wie, że nie wie nic…”. Uważasz, że modlitwa jest lekarstwem na głupotę?
Tak. Ogólnie „Nie bo nie” to jest utwór, który wybraliśmy na pierwszego singla. On opowiada o tym, że mamy fajny czas i fajnie, jakby się zatrzymał. Ale tego nie da się zrobić, więc część dojdzie do wniosku, że nie warto go marnować. Druga w głupi sposób postanowi go zniszczyć. Odpali serial, weźmie kokainę, heroinę, zacznie palić… Jest wiele tego możliwości. Poza tym, dla nas, jest to dziwny okres, na który wpływ mają elementy społeczno-polityczne, nie do końca przez nas rozumiane…
„Jestem 30 centymetrów za wysoko”… od czego?
O, to stary utwór jest. To był taki okres dosyć fajny, ale z drugiej strony dziwny. Gdzie scena Hip Hopowa była sceną bardzo popularną i tworzyły się tam różne wojny. Nie fizyczne, tylko wojny na zasadzie wpływów i różnych sytuacji czysto biznesowych. Na koncerty przychodziło mnóstwo ludzi i okazało się, że to dobry interes. Tym samym okazało się, że wiele młodych grup, które lubimy, typu Paktofonika, Kaliber, Noon, Grammatik i my, chodziły sobie gdzieś tam własnymi ścieżkami i o to gdzieś tutaj chodziło. Taki klimat sytuacji czysto biznesowej zupełnie nas nie interesował. Teraz się sporo zmieniło, biznesmeni się spakowali, a muzyka ta przestała ich interesować, bo nie przynosiła już dochodów. Tym samym na scenie pozostali Ci, którzy robili rzeczy wartościowe i prawdziwe… i fajnie.
„Miał być gładki jak David Hasselhoff…”, „Byle mieć nowy Glamour strój…” nabijasz się z kultury masowej, jednym słowem, acz w bardzo miły i kulturalny sposób.
Wiesz, to nie dotyczy dokładnie kultury masowej. No, każdy naród ma taką kulturę masową, na jaką zasłużył. My mamy akurat taką, a nie inną. Są wartości takie jak Bjork, która robi Pop, ale Pop niekojarzony z obciachem. Chodziło mi tu o fetysz… pieniądza, szybkich kredytów, pożyczek, metek, warszafki. Dzisiaj dzieciaki spotykają się w Galeriach, umawiają się na spotkania w tych wielkich domach handlowych i tak dalej. To zupełnie inny świat. Wiesz, dawno tego nie było i to rzucanie się jak na banany czy pomarańcze jak dwadzieścia czy trzydzieści lat temu. A jak my podróżujemy po różnych krajach, często dwa razy bogatszych od nas, okazuje się, że ten szał już minął i ludzie szukają też trochę czasu dla siebie. Utwór jest o fetyszu. Fetyszu metek wśród młodych ludzi. Wydaje mi się to trochę śmieszne.
Powiedziałeś kiedyś: „Mi osobiście brakuje w tym trochę nieprzewidywalności i indywidualnego spojrzenia na ulicę - tak mówisz o rapie z ławy. Jakimi ulicami Ty chodzisz, na jakich ławkach siadasz…
Ja mieszkałem w Warszawie w strasznie starej dzielnicy - Ochota. Gdzie jestem otoczony albo emerytami albo dresiarzami, takimi śmiesznymi jeszcze…
Wiesz, że nie pytam o nazwy ulic…
Jasne. Jeżeli chodzi o miejsca, to na pewno te, w których można się czegoś nauczyć. Nasza ulica różni się strasznie z ulicami na świecie, bo tam jest widoczne to kulturowe przemieszanie i nikt nie patrzy na to, czy jesteś żółty, czerwony, lewy czy prawy. Tam na ulicy dzieją się rzeczy niesamowite. Nie byłoby Jazzu, pewnie później Punk Rocka, Dubu, Reggae i tak dalej… i całych tych historii, gdyby nie ulica, która tych ludzi ze sobą zespoliła. I takie ulice mi się marzą. Jeszcze takich nie ma…
Uważasz, że polski Rap uliczny za bardzo grzebie w schematach…
Może nie tak. Trochę się zmieniło. Już nie ma tylu tych nowych zespołów… Jeżeli chodzi o artystów, którzy grywali na ulicy, typu Maleńczuk, to… dla mnie nie jest ważne, czy człowieczek wychował się na ulicy, czy w wielkim domu, tylko to, co ma do powiedzenia. Czy potrafi o czymś opowiedzieć w sposób, który przyciąga uwagę albo który staje się gdzieś niechcąco poezją czy fajną zabawą skojarzeniową. A powtarzanie dwudziesty czwarty raz, że z Policją jest słabo…. Chyba dla mnie nieistotne. Na świecie dzieje się wiele fajnych rzeczy i każdy może chwycić za mikrofon i w fajny sposób o tym pogadać.
Mówią o Tobie w kategoriach: oryginał, indywiduum, otrzymujesz nagrody „Ślizger 2001” w kategorii „osobowość”. W każdym z wywiadów podkreśla się twoje wyjątkowe cechy. Czy tak rzeczywiście wyglądać ma życie muzyka, określanego jako „alternatywnego”? Te bale, tytuły, konfetti…
Wiesz, to nie ja rozdaję te nagrody. Ślizgery… to przyjemna sprawa, jak tak sobie wspominam, bo jest to środowisko związane z samymi początkami sceny warszawskiej i ludźmi, którzy tam uczestniczyli. Fajne wyróżnienie, fajna impreza, zupełnie nieprzypałowa, ludzie z sąsiedztwa. No, ja nie wiem, co znaczy „alternatywny”. Myślę, że Hip Hop jest częścią szeroko pojętej Pop-kultury…
Wpisz Fisz w necie…
No tak, ale ja nie wymyślam tych hasełek. Ja się chyba mieszczę gdzieś pośrodku. Jestem zupełnie niezależny, muzykę wydaje mój przyjaciel. Produkcje brzmią coraz surowiej, ale jest to muzyka elektroniczna, Hip Hopowa. Nigdy nie uważałem, że robimy numery awangardowe, inne. Jesteśmy konsekwentni w tym, co robimy, a pewni ludzie na siłę, odnosząc się do tego, co dzieje się na rynku Pop, próbują nas zaszufladkować, ale nie zawsze to dobrze wychodzi…
Mówiłeś kiedyś: „Brakowało nam tej pankrokowej żywiołowości, dynamiki.” Ktoś tam kiedyś wspominał o twoim udziale w kapeli hardkorowej. Przyznałeś, że słuchałeś Jane’s Addiction. Ciekawe hece, może słów kilka…
Tak, tak. To są rzeczy, które już jakby przeszły. Bo i Beastie Boys i The Strokers słuchaliśmy, kiedy sceny były związane. Ważny też był zespół Bad Brains, jeden z moich ulubionych. Pojawiał się on na płytach Hip Hopowych, otwierał nawet koncerty BB. Tam nie było takich podziałów koncertowych, a sceny potrafiły się razem odnaleźć. Pierwszy właśnie Jane,s Addiction, czyli Perry Farrell… Czasy festiwali, kiedy wchodził Ice-Cube, potem Ministry, później Sonic Youth. Myślę, że jest fajnie, gdy jest dużo muzyki i nie trzeba się skupiać na gatunkach…
Coś o tych hardkorach…
To są fascynacje, które sobie często zbieram na płytach. Typu Fugami na przykład. Kojarzą mi się te czasy z deskorolką, gdzie Hip Hop zaczynał się dopiero rozwijać. Graliśmy też w takich zespołach.
Jak na twoją twórczość wpłynął tatuś? Stał z pasem i mówił: słuchaj tego i tego bo…
Nie, nie. Nigdy tak nie było (śmiech). I zawsze jakoś słuchaliśmy innych rzeczy. Bo wiadomo, jak my przechodziliśmy jakieś bunty, to był hejvi metal czy hardkor, rzeczy, które go zupełnie nie interesowały. Później używaliśmy samplera, komputerów, rzeczy, których zupełnie nigdy nie używał i nie potrafił obsługiwać. Czasami są takie punkty jak Coltrane czy Coleman i okazuje się, że jest to muzyka, którą z jednej strony często słyszałem w Hip Hopie, która była często wycinana i samplowana, a z drugiej okazało się, że mój ojciec też się na tym wychował.
A jak tatuś wracał do domu z gitarą, to nie myślałeś: Ale tatuś! Nie dawało Ci to kopa?
Dawało. Jeździłem na Jarociny pierwsze i masę innych koncertów. Pamiętam, jak na scenę wychodziły zespoły typu Wilczy Pająk czy Armia i to było dla mnie coś fajnego. Natomiast sama gitara nigdy mnie nie interesowała. Grałem trochę na gitarze basowej, no a później zarzuciłem sprzęt elektroniczny. I ta sytuacja mnie wciągnęła, że tak powiem.
„Kolejna płyta jest odpowiedzią na kolejne”- to twoje słowa. Jakiej odpowiedzi możemy się spodziewać?
Wiesz co… na razie jest tak, że strasznie dużo koncertowaliśmy po „Piątku” i właśnie skończyliśmy trasę. Teraz gramy takie sytuacje otwarte i odpoczywamy. Nie chcemy jeszcze nic za bardzo o niej mówić, bo sami nie wiemy do końca, co to będzie. Z tego, co mi się wydaje, będzie surowa, dosyć wygadana, ale więcej pojawi się na niej żywego grania.
Orzeu