UWAGA!

Drogi Czytelniku,

uprzejmie informujemy, że w związku z wejściem w życie Rozporządzenia o Ochronie Danych Osobowych stworzyliśmy zgodną z nim politykę prywatności. Regulacje RODO zmuszają nas do wystąpienia z prośbą do Ciebie o zaakceptowanie jego postanowień, chociaż z praktycznego punktu widzenia nic się nie zmienia w sposobie korzystania z naszego serwisu.

Jedyną rzeczą, która może budzić Twoje obawy jest profilowanie. Wyjaśniamy, że w naszym przypadku, tak jak dotychczas, skutkuje ono wyłącznie tym, że jeśli uprzednio byłeś/aś na stronie jakiegoś biura podróży, to z dużym prawdopodobieństwem nasi zaufani partnerzy reklamowi tacy jak Google serwować będą banery z widokami złocistych plaż.

Prosimy zapoznać się z polityką prywatności stosowaną na naszej stronie i zaakceptować jej postanowienia.

Może później

Malachit cienia: Pielgrzymka w Jaszczurze - relacja

Elbląg, Malachit cienia: Pielgrzymka w Jaszczurze - relacja

Kolejny raz mamy dla was garść swobodnie potraktowanych informacji na temat tego, co wspólne i tożsame z elbląską - i nie tylko - sceną muzyczną. Dzisiaj oddajemy do waszej dyspozycji relację z pielgrzymki, która odbyła się osiemnastego dnia maja w Jaszczurze. Na scenie swoje muzyczne sermo wygłosiły zespoły Taraban, The Bold & The Beautifull, Derrida oraz Wojtyła. Zobacz fotoreportaż .

Na początek chciałbym zaproponować wszystkim zainteresowanym poniższymi wypocinami, aby w celu umilenia sobie spaceru poprzez akapity, odpalili w okienku obok jedną z propozycji muzycznych. Dzisiaj pójdziemy zgodnie z pewną konwencją historyczną, dotyczącą dokładnie „Zimnej wojny”. Jest więc: Iwan Stiepanowicz Koniew , Matrioszka vs.
     Joseph R. McCarthy
i F-4 „Phantom” . Dla pacyfistów oraz ludzi wyczulonych na ludzką krzywdę proponuję pakiet LOVE . Chciałbym również z tego miejsca wytłumaczyć znaczne opóźnienie związane z lokacją tejże recenzji na stronie (koncert odbył się 24 maja). I jako że żadna z konstruktywnych opcji odpowiedzi, typu wyjazd do sanatorium czy przyszycie guzika, nie przychodzi mi do głowy, postaram się odnieść was, drogich czytelników do recenzji, która pojawiła się z dniem 21 maja roku pańskiego 2007 na portalu Metal.pl, opisującej płytę „Led Zeppelin I”, jakiego zespołu, wiadomo ( premiera 12 stycznia 1969). Nasuwa mi się więc myśl, że coś, co nazywamy potocznie „recenzją, lub często niskolotną, subiektywną wartością słowną, jest czymś nośnym i ponadczasowym, na co można spokojnie poczekać, mając świadomość, że biegu dziejów nie zmieni, a jedyni uprzyjemni lub zmarnuje czas Czytelnikowi.
     Koncert zapowiadany na godzinę 19. rozpoczął się z niemalże godzinnym opóźnieniem, co jednak nie powinno dziwić, biorąc pod uwagę fakt, że gig ten był częścią ogólnopolskiej trasy koncertowej i dojechanie na miejsce oraz rozpakowanie wszelkich manatów towarzyszących zespołom może nieco zająć. Jako pierwszy na ambonę wdarł się wielebny z Chełma, zespół Taraban. I po paru chwilach kolejny turnus wczasowy z towarzyszącymi mu wieczornymi podrygami przy Pani Kazi i poranne spacery wśród rosy w gaciach z gore-texu, zostały oficjalnie uznane za otwarte. Powiem szczerze, że rzadko zdarza się, aby otwierający oazę zespół wjechał tak pewnie i podwyższył poprzeczkę kolejnym bandom. Zespół ten nie przedstawił co prawda wyżyn technicznych, ale, jak wiemy dobrze, Grind Core z reguły wartością tą akurat nie grzeszy, a - jak się później okazało - nie to tego wieczoru było najważniejszym kryterium. Taraban poczęstował nas energicznym Grind Core’em szkółki Dead Infection, w którym nie brakowało charakterystycznych weselnych poleczek i niskiego, brudnego jak sto pięćdziesiąt guturalu, może troszkę nasuwającego na myśl Sublime Cadaveric Decomposition. Kazania między pieśniami, jak chociażby tą o nietuzinkowym tytule: „Zabójca kierowców taksówek osobowych”, wygłaszane były często i raczej konkretnie, co w połączeniu z zalotnym tańcem śpiewcy pozwoliło utrzymać dobry kontakt z publicznością. Fajnie.
     Potem troszkę się, moim zdaniem, popsuło. Zespół, który wkroczył na scenę jako kolejny - pochodzący z Lublina The Bold & The Beautiful, przedstawił bardzo schematyczny materiał, w którym piąty odgrywany na gigu kawałek brzmiał jak centralna partia pierwszego lub kontynuacja drugiego. Miałem wrażenie, jakbym słuchał „A Change of Seasons” Dream Theater, opartego jednak tylko na dwóch motywach. Poza tym dwaj Panowie wokaliści rzadko kiedy się odzywali, a partie wokalne utworów, często opatulone w skrimy, niczym się zbytnio od siebie nie różniły. Na dwoje babka krzyczała… A co do samej dynamiki kompozycji, nie mam żadnych zastrzeżeń. Muzyka była energiczna, szybka, czasem kąsała, tracąc jednak na brzmieniu.
     Następny podpiął się przybysz z Finlandii - zespół Derrida. I tu na twarzach pojawiło się więcej uśmiechu, zarówno po jednej, jak i drugiej stronie frontlajnu. Finowie zagrali ponad półgodzinny secik w sposób zdecydowany, przekazując nam jako delegacja ichniej sceny kopa w nasze narodowe sanki iście punkowego, z domieszką emocjonaliów, ciężaru i melodii zrazem. Tu z kolei pojawił się kolejny problem - większość baranków, jak nie myślami, to ciałem była już przy pakowaniu zeszytów i poprawie ocen na koniec roku, tak że pod sceną znacznie wyszczuplało. A szkoda. Niestety, takie są uroki koncertów śródtygodniowych.
     Słowa „Niech będzie pochwalony” zapowiedziały ostatni zespół tego wieczoru. Gdy podróżowałem niegdyś po Dolnym Śląsku, wiele razy dobiegła mnie wieść o tejże formacji, dlatego też, z zainteresowaniem i determinacją, podszedłem do czwartkowej „zerówy”, której, niestety, nie udało mi się zaliczyć. Powodem było niezrozumienie z wykładowcą. Tym, którzy nie znali lub nie słyszeli wcześniej lub wcale grupy Wojtyła, mogę powiedzieć, że muzycznie gania po podwórku, powiedzmy, Nasum, ENT czy nawet Terrorisera i stanowi dawkę szybkiego garażowego grindkorasa, wzbogaconego dawką damskiego wokalu. I tak jak Panienka Asia miała stanowić dla mnie smaczek najpierwszy, tak swoim zachowaniem wstawiła mi lufę do indeksu i zachęciła do wyjścia z sali. W pewnym momencie występu obruszyła się trochę i wyrzuciła do bawiącej się, wdzierającej się na scenę publiki coś z gatunku „to nam przeszkadza w graniu”. Ojejku, koniec świata. Zastanawiam się tylko, czy to grindcore czy grill u cioci Poli albo jakaś paznokietkowa sesja u kosmetyczki. Sama muzyka była w porządku, jednak spodziewałem się znacznie więcej, pokuty nie otrzymałem… kolana całe.
     Tak więc kolejny koncert zorganizowany przez kolektyw Depression Town Crew za nami. Troszkę rozczarowała mnie frekwencja oraz niektóre kapele, ale myślę, że jest to jedna z imprez, którą śmiało można polecać naszemu miastu. Już 6 czerwca kolejna edycja, na której wśród ceglicy Jaszczura zagrają: Elvis Deluxe (Stoner Rock, Warszawa) i The Black Tapes (Alternatywny Punk, Warszawa). Pozdrawiam.
Orzeu
Polub ten artykuł
Polub portEl.pl
A moim zdaniem...
A moim zdaniem... (od najstarszych opinii)
Reklama