Malachit Cienia: Tomasz Lipiński, część I: „Jeścio budziet prjekrasno, jeścio budziet normalno”

Kolejny raz mamy dla was garść swobodnie potraktowanych informacji na temat tego, co wspólne i tożsame z elbląską - i nie tylko - sceną muzyczną. Dzisiaj oddajemy do waszej dyspozycji pierwszą część rozmowy z Tomaszem Lipińskim, jednym z prekursorów muzyki Punk Rockowej w Polsce.
Tomasz Lipiński to lider zespołów Brygada Kryzys, Tilt, muzyk formacji Izrael, Fotoness. O początkach sceny, stanie wojennym, konfliktach z władzą, obrazie teraźniejszej Polski rozmawialiśmy 15 czerwca, podczas Letnich Ogrodach Polityki w Bibliotece Elbląskiej. Zobacz zdjęcia .
Orzeu: Witamy w Elblągu…
Tomek: Witam serdecznie.
29 maja miał się odbyć koncert Brygady Kryzys…
Przede wszystkim dramatem było miejsce. Miejsce się nazywa pięknie. Jest to Hard Rock Cafe - taka sieciówka, międzynarodowa. Jest to ponad 160 restauracji na całym świecie, jak się okazało, które generalnie służą spożywaniu krwistych steków z frytkami. W związku z czym jest to miejsce w ogóle nieprzystosowane do koncertów rockowych, w sensie małych kameralnych imprez. Nie ma normalnego nagłośnienia koncertowego, tak że, wiesz… męka, męka. Zainteresowanie oczywiście było, ale nie tak, jak cztery lata temu, kiedy startowaliśmy.
Powrót?
Myśmy wrócili na scenę cztery lata temu, tylko zrobiliśmy cichaczem, ponieważ nie chcieliśmy się wpisywać w tak zwane wielkie powroty legend. Postanowiliśmy zdelegendyzować, odpomnikować zespół. Będziemy tworzyć i działać jako zwykły zespół - jeździć, grać koncerty. Pierwsze nasze pojawienie się cztery lata temu w CDQ-u zrzeszyło ponad półtora tysiąca ludzi. Teraz przychodzi ponad trzysta, czterysta. Norma.
Faktycznie, sam kiedyś powiedziałeś odnośnie pytania o reaktywację Tiltu, mniej więcej tak: „…nie chcę zrobić drugiej Budki Suflera”.
Wiesz, długo zastanawialiśmy się nad tym i właściwie wszystko wynikło z sytuacji życiowych. Robert mieszkał wiele lat w Poznaniu, ja w Trójmieście, później w Krakowie, a na końcu spotkaliśmy się po latach w Warszawie. No i postanowiliśmy, że jak już mieszkamy niedaleko od siebie, to dalej będziemy coś tam robić. Nie udało się, niestety, stworzyć nowego materiału, głównie z przyczyn organizacyjnych, ponieważ myśmy sobie zbudowali skład, w którym każdy jest z innego miasta, a w dodatku niektórzy muszą pracować zarobkowo. Tak więc nie ma się za bardzo kiedy spotkać i popracować nad tym. Może uda się na jesieni w Trójmieście coś zrobić, ale nie obiecuję. Mam drugi zespół, w którym popracuję przez całe lato…
Nie chodzi o projekt solowy…
To jest jakby projekt solowy, ale nie do końca, bo z zespołem. Na razie tworzą go trzy osoby, bardzo młoda sekcja, zdolni muzycy.
Jakiś pomysł na tytuł?
Słuchaj, pewnej rzeczy jeszcze nie ma. Są tam jakieś propozycje, ale na razie nie mogę zdradzić. Na pewno będzie to coś w stylu: Tomek Lipiński i coś tam… Żeby tak zupełnie od zera nie startować.
Tomek Lipiński & The Wolwers?
Nie, hehe. Raczej polsko brzmiący. Polsko, ale dający się wymówić…
Dzisiaj (15 czerwca w Bibliotece) rozmawialiśmy o micie Jarocina. Powiedz, jak, twoim zdaniem, radziłby sobie polski Punk Rock bez niego?
To było miejsce, gdzie żeśmy mogli… Wiesz, jak się mieszkało w miejscu X, to nie wiedziałeś, co się dzieje w miejscu Y, bo nie było po prostu skąd się dowiedzieć. Więc było takie miejsce raz w roku, w którym żeśmy się razem spotykali, gdzie nagle można było usłyszeć zespoły, o których się słyszało albo i nie. I to była silnie środowiskowa więź, która wszystkim, zarówno artystom, jak i publice, dawała świadomość, że nie są tam sami w tych swoich Puławach jak Tomek [Budzyński - red.], czy we Władysławowie i nie są kompletnie odosobnieni, że nie są kosmitami. Tylko, że takich ludzi jest mnóstwo tam, tam, tam i tam… W Warszawie mieliśmy o tyle łatwiejszą historię, bo to duże miasto, a człowiek jest bardziej anonimowy. Tych zespołów było więcej, bo środowiska się bardziej krystalizowały, natomiast dla tych ludzi z małych ośrodków to historia nie do przecenienia…
Jak by dzisiejsza scena wyglądała bez tego? Na pewno by jakoś istniała, ale…
Jest taka teoria i ja się do niej przychylam. Bez tej rewolucji Punk Rockowej drugiej połowy lat siedemdziesiątych nic by dzisiaj nie wyglądało tak, jak wygląda. I można to długo rozważać, ale jak spojrzymy na - zostawmy Polskę na razie - Wielką Brytanię sprzed ponad trzydziestu lat, to okazuje się, że był to dziki kraj tak naprawdę. I tak, jak znani muzycy pankrokowi opowiadają, że, jak miałeś te dwadzieścia lat w 1975 r. i mówiłeś, że chcesz zostać artystą, ludzie pukali się w głowę i mówili: „weź ty się człowiek za robotę jakąś”. Teraz w Londynie sztuka kwitnie na każdym kroku, są tysiące galerii, zespołów, klubów i tak dalej. Wtedy było inaczej, klubów wielokrotnie mniej, galerii praktycznie nie było, a jakieś takie rzeczy jak wyciskany sok z pomarańczy były czymś abstrakcyjnym tak jak w Polsce. A dzisiaj… Ta eksplozja sprawiła, że mnóstwo ludzi na świecie para się sztuką, najczęściej w amatorski sposób, co prawda. Robią to przez jakiś tam czas, a później idą do pracy, ale to nie jest w tym wszystkim ważne. Niektórzy z nich zostają, a niektórzy nie, ale ta ogromna ilość ludzi zajmujących się sztuką to efekt rewolucji pankrokowej. Takiej nigdy wcześniej nie było.
Fajnie, że poruszyłeś ten temat. Kiedyś powiedziałeś, że jeżeli ktoś zrozumie istotę Punk Rocka do końca lat 70-tych, to powinien go bezzwłocznie odrzucić…
Tak, i to też nie jest do końca moja koncepcja. Bo wiesz co… To jest też kwestia terminologii. Wiadomo, że wcześniej nazwa ta używana była w Stanach w odniesieniu do pewnych zjawisk, ale gdy zaczęła być używana w Wielkiej Brytanii, to zespoły, które określano tą nazwą, nie miały właściwie wspólnego odbicia stylistycznego. Jak weźmiemy zespoły pierwszej fali pankroka, to zauważymy - totalny rozrzut. Bo były zespoły konceptualne i zespoły stricte rokowe, zakładane przez muzyków z doświadczeniem rokowym, jak The Clash, czy efemerydy, jak Sex Pistols. I tak… każdy był inny, każdy wychodził z czegoś innego, z innego miejsca, grał inną muzykę. Natomiast wspólnym mianownikiem było coś bardzo nieuchwytnego. I to coś miało charakter burzy, charakter eksplozji, miało charakter rewolucji. Czegoś, co się dokonuje i zmienia sytuację. Jeżeli więc pankrok stał się stylem muzycznym, ze wszystkim tym, co temu stylowi przynależne, czyli z całym tym sztafażem itd., ubraniem i innymi korbami społecznymi, to jest to już coś innego. Więc mówiąc „Punk-Rock”, mam na myśli ten „Punk Rock” lat siedemdziesiątych, który był eksplozją. Wiesz, eksplozji nie da się zachować na stałe. Ona wytwarza określone sytuacje. Oczywiście, ktoś może sobie później powiesić tę eksplozję na chorągiewce i powiedzieć: „To jest mój znak”. Ale to już nie ta eksplozja…
Dobra, zejdźmy trochę na ziemię. „Jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie…”. Kiedy Tomku?
Ja tę piosenkę napisałem w 1986 albo 1987 roku, po powrocie z Moskwy. I refren tej piosenki jest dosłownym cytatem zajścia w domu towarowym, tak zwanym: „Gławnym Uniwiernagu” naprzeciwko Kremla. To był okres, kiedy panował Gorbaczow i powoli zaczęły pojawiać się produkty zagraniczne. I w jednym z takich kosmetycznych sklepów, w którym na ogół nic nie było, nagle rzucili francuskie kosmetyki. I tłum tych sowieckich kobitek zaatakował sklep, przy czym jedna drugiej wdzierała się na plecy. No, szaleństwo po prostu. I nieopodal przechodził taki dziadek, który przypuszczam, że pamiętał jeszcze Cara. I on tak stanął, uśmiechnął się i powiedział: „Dzjewuszki, a po co wam to? Jeścio budziet prjekrasno, jeścio budziet normalno”. I to mi się wydało taką niesamowitą metaforą tego wszystkiego, co się dzieje. Ta dekada lat osiemdziesiątych była dekadą ciemności, dekadą odcięcia, dekadą mroku, gdzie Polska była więzieniem tak naprawdę. I ja sam potrzebowałem czegoś, co pozwoliłoby mi dotrzeć. Wiadomo było, że to pieprznie kiedyś, że to się kiedyś rozpadnie, bo się rozpadało wszystko na naszych oczach… Ale sam potrzebowałem czegoś. Pisałem to, żeby uwierzyć. Żeby doczekać, nie wiadomo, czy rok, dwa, pięć, dziesięć. Do momentu, kiedy coś zacznie się zmieniać…
I jak Ci się żyje w kraju, o który tyle walczyłeś?
W jakimś stopniu każdy coś na swoim polu próbował zrobić. Oczywiście, byli tacy, co się bardziej narażali, siedzieli w więzieniach. Wiesz, ja należałem do pierwszego powojennego pokolenia, ogromnego wyżu demograficznego. Urodziłem się w 1955 roku i to było pierwsze pokolenie, które nie pamiętało stalinizmu, czyli takiego prawdziwego zamordyzmu, strasznych prześladowań, „imprez” w katowniach UB. Myśmy tego wszystkiego nie pamiętali. Nie baliśmy się już mówić „dolar” przez telefon, jak moja mama, która słyszała to słowo i bladła. Bała się słuchać głośniej Wolnej Europy, bo ktoś mógł usłyszeć itd… No, myśmy już tego się nie bali, w związku z czym, całe dorastanie liceum, pierwsza połowa lat siedemdziesiątych, to był taki opór przeciwko temu wszystkiemu, co jest naokoło. I jak się okazało wkrótce, a był rok 1976, nie było za bardzo na co liczyć w życiu. W tym roku wprowadzili pierwsze kartki na cukier, później następne i następne na inne produkty, więc wiadomo było, że to się wszystko rozłazi. Wiadomo też było, że nikt z tego pokolenia nie zdobędzie dobrej pracy, nikt nie wyemigruje, bo nikt nie miał paszportu. W związku z czym trzeba było jakoś to życie sobie zorganizować. I jest to taka klasyczna sytuacja, podobnie jak w biednych dzielnicach Londynu, na Bronksie czy w slumsach Jamajki, że jedyna szansa to, jak Budzy mówił: „to zostać piłkarzem albo artystą”. I tak tu się walczyło. Myśmy może nawet mniej walczyli z komuną, a bardziej tworzyliśmy szanse dla siebie. Nie występowaliśmy wprost tak jak na przykład nasi koledzy z KOR-u czy innych organizacji stricte politycznych, które walczyły z władzą. My w starcie z władzą nie wchodziliśmy bezpośrednio, bo byliśmy innym światem niż ta władza. Władza była w innym świecie niż my, więc zamiast walczyć, tworzyliśmy taki margines wolności, taki „Bąbel Wolności”, w którym żeśmy sobie żyli i z którego to Bąbla zaczęły się wyłaniać te wszystkie zjawiska typu Punk Rock i inne historie, jak na przykład teatry awangardowe.
Była Komuna, sprzeciwiałeś się. Teraz mamy nie wiadomo co, i też jest źle…
Niemniej jednak, nie ma porównania. Tamtą sytuację można było porównać do średnio wygodnego więzienia bez wielkich perspektyw. To była sytuacja, w której miałeś zagwarantowane podstawowe rzeczy, wiadomo było, że na więcej nie masz co liczyć. To „więcej” było poza twoim zasięgiem. To tak jak jest z instrumentami. Wiesz co, jak ja zaczynałem grać, to przez pierwsze pięć lat grałem na pożyczonych instrumentach. A kupno zawodowej gitary było czymś zupełnie niewyobrażalnym. Jeżeli dobra gitara kosztuje, powiedzmy, od trzech, czterech tysięcy w górę, czyli jakieś „koło” dolarów, to wtedy tysiąc zielonych był równowartością całego roku pracy człowieka. Sytuacja była beznadziejna, koszmarna, nie do zaakceptowania. I tego nie da się porównać do tego, co mamy teraz. Możemy sobie wyjeżdżać, mamy ogromny wachlarz możliwości. Są rzeczy, które możemy robić w życiu, i to wszystko zależy tylko od naszej wytrwałości, odporności, talentu, pracy. Wtedy, żeby robić w konkretnym zawodzie, wiadomo, musiałeś zapisać się do partii, bo od pewnego szczebla w górę droga dla Ciebie była zamknięta. W tej chwili widzimy co prawda podobne mechanizmy, które aktualnie sprawujący władzę próbują wprowadzić, gdyż może sobie myślą, że państwo musi być silne, a partia ma państwem kierować… przypomina to stare czasy ze względu na charakterologię tej władzy, podejście. My, sprzeciwiając się tamtemu systemowi, który polegał na stu procentowej dominacji państwa rządzonego przez partię, wyobrażaliśmy sobie świat bardziej obywatelski, gdzie człowiek jest podmiotem, a nie państwo. Tylko, niestety, ten dziwny ustrój zwany demokracją też ma swoje pułapki.
To jak się żyje…
Oczywiście nie ma zjawisk, które nie budziłyby mojego głębokiego niepokoju. Chociażby sposób sprawowania władzy dzisiaj. Jest absurdem, jeżeli ludzie sprawujący władzę dzielą naród i napuszczają jednych na drugich po to, aby skuteczniej rządzić. Bo każdy średnio inteligentny człowiek wie, że naród czy jakakolwiek struktura społeczna, podzielona wewnątrz i skierowana przeciwko sobie nawzajem, słabnie. I nie można mówić o tym, że walczy się o siłę Polski i stawiać się w UE… Jest to jedno wielkie kłamstwo i my musimy zdawać sobie sprawę z tego, co się dzieje. Wolności trzeba pilnować. Wolność to jest skarb. Zawsze będzie ktoś, kto będzie chciał Tobie tą wolność ograniczyć, potem jeszcze bardziej i jeszcze bardziej. I jak się w końcu obudzisz, to już nie będzie o czym gadać. Jest pewne zaniepokojenie z mojej strony, ale wierzę w to, że jedno pokolenie musi dojrzeć i będzie dobrze. Pokolenie, które wszystkich tamtych rzeczy nie pamięta… Ale czasem jestem załamany tym, co widzę…
Słychać to szczególnie w tekstach, które powstały po upadku muru…
To rodzaj samoupewniania. Mamy w tym czasie władzę ludu, rozumiesz…
No właśnie, nie rozumiem. Jaka to władza ludu…
Andrzej Lepper jest wataszką ludowym i ma, niestety, dużo do powiedzenia tylko dlatego, że bracia Kaczyńscy chcą rządzić. A żeby móc rządzić, muszą się sprzymierzać z takimi indywiduami jak Romek czy inni…
Może teraz jest tak, że ludzie w miarę inteligentni, którzy mają coś do powiedzenia, starają się nie brać na siebie masowej odpowiedzialności, Siedzą sobie cicho…
I to dobrze? Myślę, że to jest problem. I to problem polityki na całym świecie. Kiedyś tak naprawdę polityką zajmowała się tylko arystokracja. Były domy panujące, które uprawiały politykę. Późnej, po upadku tego wszystkiego, w wyniku rewolucji przemysłowej, a co przypieczętowała I wojna światowa, coraz większą rolę zaczęli odgrywać zawodowi politycy. A zawodowi politycy to są z reguły ludzie niespełnieni w życiu…
Tacy SOK-iści. Co chcieli, a nie mogli…
Tak, dokładnie. Jakieś urazy, chęć kompensacji… Chęć rządzenia. No, jaki normalny człowiek chce rządzić, powiedz.
Sokiem.
I pewnie tak jest na całym świecie. Tworzy się całkiem nowa klasa obywateli. Oni odcinają się i żyją życiem nie mającym nic wspólnego z życiem normalnego społeczeństwa. Nie muszą zarabiać pieniędzy normalną pracą, bo dostają dużo jako „politycy”, z „różnych” źródeł. Ja jeżdżę po Warszawie dużo. Tam stan ulic, w porównaniu do innych miast w Polsce, jest po prostu katastrofalny, zupełnie nie do przyjęcia. Co ich to obchodzi… To są kolesie, którzy są wożeni służbowymi samochodami, a oni tych samochodów nie reperują. My im za to płacimy. Co ich obchodzi pielęgniarka, co zarabia osiemset złotych, pracując siedem dni w tygodniu po dwanaście godzin. Co ich to obchodzi, jeżeli nie jest ich krewną. Oni nie są po to, aby nami rządzić. Ci ludzie są od tego, aby administrować naszym wspólnym dobrem. Oni o tym kompletnie zapomnieli. Są nową arystokracją, przeciwko której budzą się we mnie instynkty dość mocno rewolucyjne. Ja bym ją obalił, jak była obalana lata temu…
Ciąg Dalszy Nastąpi…
Orzeu: Witamy w Elblągu…
Tomek: Witam serdecznie.
29 maja miał się odbyć koncert Brygady Kryzys…
Przede wszystkim dramatem było miejsce. Miejsce się nazywa pięknie. Jest to Hard Rock Cafe - taka sieciówka, międzynarodowa. Jest to ponad 160 restauracji na całym świecie, jak się okazało, które generalnie służą spożywaniu krwistych steków z frytkami. W związku z czym jest to miejsce w ogóle nieprzystosowane do koncertów rockowych, w sensie małych kameralnych imprez. Nie ma normalnego nagłośnienia koncertowego, tak że, wiesz… męka, męka. Zainteresowanie oczywiście było, ale nie tak, jak cztery lata temu, kiedy startowaliśmy.
Powrót?
Myśmy wrócili na scenę cztery lata temu, tylko zrobiliśmy cichaczem, ponieważ nie chcieliśmy się wpisywać w tak zwane wielkie powroty legend. Postanowiliśmy zdelegendyzować, odpomnikować zespół. Będziemy tworzyć i działać jako zwykły zespół - jeździć, grać koncerty. Pierwsze nasze pojawienie się cztery lata temu w CDQ-u zrzeszyło ponad półtora tysiąca ludzi. Teraz przychodzi ponad trzysta, czterysta. Norma.
Faktycznie, sam kiedyś powiedziałeś odnośnie pytania o reaktywację Tiltu, mniej więcej tak: „…nie chcę zrobić drugiej Budki Suflera”.
Wiesz, długo zastanawialiśmy się nad tym i właściwie wszystko wynikło z sytuacji życiowych. Robert mieszkał wiele lat w Poznaniu, ja w Trójmieście, później w Krakowie, a na końcu spotkaliśmy się po latach w Warszawie. No i postanowiliśmy, że jak już mieszkamy niedaleko od siebie, to dalej będziemy coś tam robić. Nie udało się, niestety, stworzyć nowego materiału, głównie z przyczyn organizacyjnych, ponieważ myśmy sobie zbudowali skład, w którym każdy jest z innego miasta, a w dodatku niektórzy muszą pracować zarobkowo. Tak więc nie ma się za bardzo kiedy spotkać i popracować nad tym. Może uda się na jesieni w Trójmieście coś zrobić, ale nie obiecuję. Mam drugi zespół, w którym popracuję przez całe lato…
Nie chodzi o projekt solowy…
To jest jakby projekt solowy, ale nie do końca, bo z zespołem. Na razie tworzą go trzy osoby, bardzo młoda sekcja, zdolni muzycy.
Jakiś pomysł na tytuł?
Słuchaj, pewnej rzeczy jeszcze nie ma. Są tam jakieś propozycje, ale na razie nie mogę zdradzić. Na pewno będzie to coś w stylu: Tomek Lipiński i coś tam… Żeby tak zupełnie od zera nie startować.
Tomek Lipiński & The Wolwers?
Nie, hehe. Raczej polsko brzmiący. Polsko, ale dający się wymówić…
Dzisiaj (15 czerwca w Bibliotece) rozmawialiśmy o micie Jarocina. Powiedz, jak, twoim zdaniem, radziłby sobie polski Punk Rock bez niego?
To było miejsce, gdzie żeśmy mogli… Wiesz, jak się mieszkało w miejscu X, to nie wiedziałeś, co się dzieje w miejscu Y, bo nie było po prostu skąd się dowiedzieć. Więc było takie miejsce raz w roku, w którym żeśmy się razem spotykali, gdzie nagle można było usłyszeć zespoły, o których się słyszało albo i nie. I to była silnie środowiskowa więź, która wszystkim, zarówno artystom, jak i publice, dawała świadomość, że nie są tam sami w tych swoich Puławach jak Tomek [Budzyński - red.], czy we Władysławowie i nie są kompletnie odosobnieni, że nie są kosmitami. Tylko, że takich ludzi jest mnóstwo tam, tam, tam i tam… W Warszawie mieliśmy o tyle łatwiejszą historię, bo to duże miasto, a człowiek jest bardziej anonimowy. Tych zespołów było więcej, bo środowiska się bardziej krystalizowały, natomiast dla tych ludzi z małych ośrodków to historia nie do przecenienia…
Jak by dzisiejsza scena wyglądała bez tego? Na pewno by jakoś istniała, ale…
Jest taka teoria i ja się do niej przychylam. Bez tej rewolucji Punk Rockowej drugiej połowy lat siedemdziesiątych nic by dzisiaj nie wyglądało tak, jak wygląda. I można to długo rozważać, ale jak spojrzymy na - zostawmy Polskę na razie - Wielką Brytanię sprzed ponad trzydziestu lat, to okazuje się, że był to dziki kraj tak naprawdę. I tak, jak znani muzycy pankrokowi opowiadają, że, jak miałeś te dwadzieścia lat w 1975 r. i mówiłeś, że chcesz zostać artystą, ludzie pukali się w głowę i mówili: „weź ty się człowiek za robotę jakąś”. Teraz w Londynie sztuka kwitnie na każdym kroku, są tysiące galerii, zespołów, klubów i tak dalej. Wtedy było inaczej, klubów wielokrotnie mniej, galerii praktycznie nie było, a jakieś takie rzeczy jak wyciskany sok z pomarańczy były czymś abstrakcyjnym tak jak w Polsce. A dzisiaj… Ta eksplozja sprawiła, że mnóstwo ludzi na świecie para się sztuką, najczęściej w amatorski sposób, co prawda. Robią to przez jakiś tam czas, a później idą do pracy, ale to nie jest w tym wszystkim ważne. Niektórzy z nich zostają, a niektórzy nie, ale ta ogromna ilość ludzi zajmujących się sztuką to efekt rewolucji pankrokowej. Takiej nigdy wcześniej nie było.
Fajnie, że poruszyłeś ten temat. Kiedyś powiedziałeś, że jeżeli ktoś zrozumie istotę Punk Rocka do końca lat 70-tych, to powinien go bezzwłocznie odrzucić…
Tak, i to też nie jest do końca moja koncepcja. Bo wiesz co… To jest też kwestia terminologii. Wiadomo, że wcześniej nazwa ta używana była w Stanach w odniesieniu do pewnych zjawisk, ale gdy zaczęła być używana w Wielkiej Brytanii, to zespoły, które określano tą nazwą, nie miały właściwie wspólnego odbicia stylistycznego. Jak weźmiemy zespoły pierwszej fali pankroka, to zauważymy - totalny rozrzut. Bo były zespoły konceptualne i zespoły stricte rokowe, zakładane przez muzyków z doświadczeniem rokowym, jak The Clash, czy efemerydy, jak Sex Pistols. I tak… każdy był inny, każdy wychodził z czegoś innego, z innego miejsca, grał inną muzykę. Natomiast wspólnym mianownikiem było coś bardzo nieuchwytnego. I to coś miało charakter burzy, charakter eksplozji, miało charakter rewolucji. Czegoś, co się dokonuje i zmienia sytuację. Jeżeli więc pankrok stał się stylem muzycznym, ze wszystkim tym, co temu stylowi przynależne, czyli z całym tym sztafażem itd., ubraniem i innymi korbami społecznymi, to jest to już coś innego. Więc mówiąc „Punk-Rock”, mam na myśli ten „Punk Rock” lat siedemdziesiątych, który był eksplozją. Wiesz, eksplozji nie da się zachować na stałe. Ona wytwarza określone sytuacje. Oczywiście, ktoś może sobie później powiesić tę eksplozję na chorągiewce i powiedzieć: „To jest mój znak”. Ale to już nie ta eksplozja…
Dobra, zejdźmy trochę na ziemię. „Jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie…”. Kiedy Tomku?
Ja tę piosenkę napisałem w 1986 albo 1987 roku, po powrocie z Moskwy. I refren tej piosenki jest dosłownym cytatem zajścia w domu towarowym, tak zwanym: „Gławnym Uniwiernagu” naprzeciwko Kremla. To był okres, kiedy panował Gorbaczow i powoli zaczęły pojawiać się produkty zagraniczne. I w jednym z takich kosmetycznych sklepów, w którym na ogół nic nie było, nagle rzucili francuskie kosmetyki. I tłum tych sowieckich kobitek zaatakował sklep, przy czym jedna drugiej wdzierała się na plecy. No, szaleństwo po prostu. I nieopodal przechodził taki dziadek, który przypuszczam, że pamiętał jeszcze Cara. I on tak stanął, uśmiechnął się i powiedział: „Dzjewuszki, a po co wam to? Jeścio budziet prjekrasno, jeścio budziet normalno”. I to mi się wydało taką niesamowitą metaforą tego wszystkiego, co się dzieje. Ta dekada lat osiemdziesiątych była dekadą ciemności, dekadą odcięcia, dekadą mroku, gdzie Polska była więzieniem tak naprawdę. I ja sam potrzebowałem czegoś, co pozwoliłoby mi dotrzeć. Wiadomo było, że to pieprznie kiedyś, że to się kiedyś rozpadnie, bo się rozpadało wszystko na naszych oczach… Ale sam potrzebowałem czegoś. Pisałem to, żeby uwierzyć. Żeby doczekać, nie wiadomo, czy rok, dwa, pięć, dziesięć. Do momentu, kiedy coś zacznie się zmieniać…
I jak Ci się żyje w kraju, o który tyle walczyłeś?
W jakimś stopniu każdy coś na swoim polu próbował zrobić. Oczywiście, byli tacy, co się bardziej narażali, siedzieli w więzieniach. Wiesz, ja należałem do pierwszego powojennego pokolenia, ogromnego wyżu demograficznego. Urodziłem się w 1955 roku i to było pierwsze pokolenie, które nie pamiętało stalinizmu, czyli takiego prawdziwego zamordyzmu, strasznych prześladowań, „imprez” w katowniach UB. Myśmy tego wszystkiego nie pamiętali. Nie baliśmy się już mówić „dolar” przez telefon, jak moja mama, która słyszała to słowo i bladła. Bała się słuchać głośniej Wolnej Europy, bo ktoś mógł usłyszeć itd… No, myśmy już tego się nie bali, w związku z czym, całe dorastanie liceum, pierwsza połowa lat siedemdziesiątych, to był taki opór przeciwko temu wszystkiemu, co jest naokoło. I jak się okazało wkrótce, a był rok 1976, nie było za bardzo na co liczyć w życiu. W tym roku wprowadzili pierwsze kartki na cukier, później następne i następne na inne produkty, więc wiadomo było, że to się wszystko rozłazi. Wiadomo też było, że nikt z tego pokolenia nie zdobędzie dobrej pracy, nikt nie wyemigruje, bo nikt nie miał paszportu. W związku z czym trzeba było jakoś to życie sobie zorganizować. I jest to taka klasyczna sytuacja, podobnie jak w biednych dzielnicach Londynu, na Bronksie czy w slumsach Jamajki, że jedyna szansa to, jak Budzy mówił: „to zostać piłkarzem albo artystą”. I tak tu się walczyło. Myśmy może nawet mniej walczyli z komuną, a bardziej tworzyliśmy szanse dla siebie. Nie występowaliśmy wprost tak jak na przykład nasi koledzy z KOR-u czy innych organizacji stricte politycznych, które walczyły z władzą. My w starcie z władzą nie wchodziliśmy bezpośrednio, bo byliśmy innym światem niż ta władza. Władza była w innym świecie niż my, więc zamiast walczyć, tworzyliśmy taki margines wolności, taki „Bąbel Wolności”, w którym żeśmy sobie żyli i z którego to Bąbla zaczęły się wyłaniać te wszystkie zjawiska typu Punk Rock i inne historie, jak na przykład teatry awangardowe.
Była Komuna, sprzeciwiałeś się. Teraz mamy nie wiadomo co, i też jest źle…
Niemniej jednak, nie ma porównania. Tamtą sytuację można było porównać do średnio wygodnego więzienia bez wielkich perspektyw. To była sytuacja, w której miałeś zagwarantowane podstawowe rzeczy, wiadomo było, że na więcej nie masz co liczyć. To „więcej” było poza twoim zasięgiem. To tak jak jest z instrumentami. Wiesz co, jak ja zaczynałem grać, to przez pierwsze pięć lat grałem na pożyczonych instrumentach. A kupno zawodowej gitary było czymś zupełnie niewyobrażalnym. Jeżeli dobra gitara kosztuje, powiedzmy, od trzech, czterech tysięcy w górę, czyli jakieś „koło” dolarów, to wtedy tysiąc zielonych był równowartością całego roku pracy człowieka. Sytuacja była beznadziejna, koszmarna, nie do zaakceptowania. I tego nie da się porównać do tego, co mamy teraz. Możemy sobie wyjeżdżać, mamy ogromny wachlarz możliwości. Są rzeczy, które możemy robić w życiu, i to wszystko zależy tylko od naszej wytrwałości, odporności, talentu, pracy. Wtedy, żeby robić w konkretnym zawodzie, wiadomo, musiałeś zapisać się do partii, bo od pewnego szczebla w górę droga dla Ciebie była zamknięta. W tej chwili widzimy co prawda podobne mechanizmy, które aktualnie sprawujący władzę próbują wprowadzić, gdyż może sobie myślą, że państwo musi być silne, a partia ma państwem kierować… przypomina to stare czasy ze względu na charakterologię tej władzy, podejście. My, sprzeciwiając się tamtemu systemowi, który polegał na stu procentowej dominacji państwa rządzonego przez partię, wyobrażaliśmy sobie świat bardziej obywatelski, gdzie człowiek jest podmiotem, a nie państwo. Tylko, niestety, ten dziwny ustrój zwany demokracją też ma swoje pułapki.
To jak się żyje…
Oczywiście nie ma zjawisk, które nie budziłyby mojego głębokiego niepokoju. Chociażby sposób sprawowania władzy dzisiaj. Jest absurdem, jeżeli ludzie sprawujący władzę dzielą naród i napuszczają jednych na drugich po to, aby skuteczniej rządzić. Bo każdy średnio inteligentny człowiek wie, że naród czy jakakolwiek struktura społeczna, podzielona wewnątrz i skierowana przeciwko sobie nawzajem, słabnie. I nie można mówić o tym, że walczy się o siłę Polski i stawiać się w UE… Jest to jedno wielkie kłamstwo i my musimy zdawać sobie sprawę z tego, co się dzieje. Wolności trzeba pilnować. Wolność to jest skarb. Zawsze będzie ktoś, kto będzie chciał Tobie tą wolność ograniczyć, potem jeszcze bardziej i jeszcze bardziej. I jak się w końcu obudzisz, to już nie będzie o czym gadać. Jest pewne zaniepokojenie z mojej strony, ale wierzę w to, że jedno pokolenie musi dojrzeć i będzie dobrze. Pokolenie, które wszystkich tamtych rzeczy nie pamięta… Ale czasem jestem załamany tym, co widzę…
Słychać to szczególnie w tekstach, które powstały po upadku muru…
To rodzaj samoupewniania. Mamy w tym czasie władzę ludu, rozumiesz…
No właśnie, nie rozumiem. Jaka to władza ludu…
Andrzej Lepper jest wataszką ludowym i ma, niestety, dużo do powiedzenia tylko dlatego, że bracia Kaczyńscy chcą rządzić. A żeby móc rządzić, muszą się sprzymierzać z takimi indywiduami jak Romek czy inni…
Może teraz jest tak, że ludzie w miarę inteligentni, którzy mają coś do powiedzenia, starają się nie brać na siebie masowej odpowiedzialności, Siedzą sobie cicho…
I to dobrze? Myślę, że to jest problem. I to problem polityki na całym świecie. Kiedyś tak naprawdę polityką zajmowała się tylko arystokracja. Były domy panujące, które uprawiały politykę. Późnej, po upadku tego wszystkiego, w wyniku rewolucji przemysłowej, a co przypieczętowała I wojna światowa, coraz większą rolę zaczęli odgrywać zawodowi politycy. A zawodowi politycy to są z reguły ludzie niespełnieni w życiu…
Tacy SOK-iści. Co chcieli, a nie mogli…
Tak, dokładnie. Jakieś urazy, chęć kompensacji… Chęć rządzenia. No, jaki normalny człowiek chce rządzić, powiedz.
Sokiem.
I pewnie tak jest na całym świecie. Tworzy się całkiem nowa klasa obywateli. Oni odcinają się i żyją życiem nie mającym nic wspólnego z życiem normalnego społeczeństwa. Nie muszą zarabiać pieniędzy normalną pracą, bo dostają dużo jako „politycy”, z „różnych” źródeł. Ja jeżdżę po Warszawie dużo. Tam stan ulic, w porównaniu do innych miast w Polsce, jest po prostu katastrofalny, zupełnie nie do przyjęcia. Co ich to obchodzi… To są kolesie, którzy są wożeni służbowymi samochodami, a oni tych samochodów nie reperują. My im za to płacimy. Co ich obchodzi pielęgniarka, co zarabia osiemset złotych, pracując siedem dni w tygodniu po dwanaście godzin. Co ich to obchodzi, jeżeli nie jest ich krewną. Oni nie są po to, aby nami rządzić. Ci ludzie są od tego, aby administrować naszym wspólnym dobrem. Oni o tym kompletnie zapomnieli. Są nową arystokracją, przeciwko której budzą się we mnie instynkty dość mocno rewolucyjne. Ja bym ją obalił, jak była obalana lata temu…
Ciąg Dalszy Nastąpi…
Orzeu