UWAGA!

----

Malachit Cienia: Zagraniczna komplikacja w Jaszczurze - relacja

 Elbląg, Kelly z Embers
Kelly z Embers (fot. Orzeu).

Kolejny raz mamy dla was garść swobodnie potraktowanych informacji na temat tego, co wspólne i tożsame z elbląską - i nie tylko - sceną muzyczną. Dzisiaj oddajemy do waszej dyspozycji materiał dotyczący ostatnich wydarzeń z Jaszczura, w którym to muzyka cięższą pochwaliły się kapele z Niemiec, Norwegii i USA - Pagdalan, Hevn i Embers. Znajdziecie tu także zdjęcia z koncertu .

Po dość długiej, zimowej przerwie, którą przerwał tylko na moment nie do końca wulgarny, za to ska-czny gig Wersji de Lux i Rahmel 11 lutego, rebiata z grupy działającej pod nazwą Depression Town Crew postanowiła porozrzucać po podłodze elbląskiej piwnicy brudne, ciężkie graty po raz kolejny. 18 kwietnia mieliśmy więc pierwszą prezentację kolekcji wiosna/lato 2007 (kolejny koncert 5 maja) i wybieg na scenę trzech akcentów turystycznych: Pagdalan, Hevn i grupy Embers. Te oddalone od siebie punkty na mapie przyjechały do naszego miasta i poczęstowały nas dawką ciężkiej muzyki, charakteru której mogliśmy doświadczyć już wcześniej podczas koncertów sygnowanych logiem DTC. Niemniej jednak pojawił się nowy blekowy akcencik, o którym za chwilę, a za który jestem wdzięczny nie tylko ja, ale także kilku tych, którzy pojawiają się na koncertach elbląskiej szajki, a niekoniecznie noszą w serduchach godło The Ramones czy wszystkich potomków Strummera.
     Pierwsza salwa padła dziesięć minut po dwudziestej za pomocą niemieckiej grupy Pagdalan. Sąsiedzi zza zachodniej miedzy sprezentowali nam ponad półgodzinny set, na który składały się emocjonalia wywrzeszczane i wyszarpanie w sposób zdecydowany. Panowie, którzy w tym brali udział, sprawili wrażenie pogodnych ludzi, którzy swój Core rozpatrują w bardziej rokendrolowy sposób. Nie zabrakło oczywiście akustycznych smaków oraz śpiewu, co w pewnym stopniu urozmaicało repertuar, lepiej przewodziło dawkę emocji, a także pogłębiło różnice zdaniowe ludzi przybyłych na gig. Nie każdy lubi „skrimy” - się okazało. Zespół nie brzmiał zbytnio selektywnie na początku, a gitarki były trochę schowane za kartonem perkusji. Pomimo to zespół sobie poradził, na co ludność Jaszczura odpowiedziała, wyruszając w harce…
     Drugi na scenie pojawił się norweski Hevn. Przybysze z Oslo zamocowali się na scenie i po chwili wyładowali w nas cały magazynek brudnych, ciężkich, naładowanych politycznym i społecznym przekazem dźwięków. Tempo utworów było oczywiście umiarkowane, utwory nie były długie, złożone w standardowy, nieskomplikowany sposób, dzięki czemu grajcy konkretnie przekazywali nam treści swoich zamierzeń. W grupie tej odnaleźli się muzycy takich kapel, jak: Amok, Jin'ri'sha czy zasłużonej w latach 90-tych, kultowej w kręgach norweskiego Hc/Punk, formacji Kort Prosess. Na największą uwagę zwracał głos tejże formacji, a mianowicie Pani Sonya, suto odziana w różne napisy i rysunki na ciele, która opuściła rodzinne Seattle i przemierzyła Atlantyk, by kontakt z hegemonem naszych czasów, a także niemiłe wspomnienia o nim ograniczyć tylko i wyłącznie do swoich tekstów. Autorka pokręciła więc nosem np. na interwencję naszych wojsk w Iraku, system czy etyczne drabiny feudalne. „No matter if you are a Straight Edge or drinking punk… We are all the same…”. Szczerze, to spodziewałem się więcej po tak zasłużonych i doświadczonych muzykantach, ale było dobrze. Brzmienie nie zachwycało, a do tego przez jakiś czas po wystartowaniu borykaliśmy się ze sprzężeniami.
     Ostatnie słowo należało do formacji Embers i na pewno nie zostało ono wypowiedziane za pomocą śpiewów z tych słowiczych. Muzycy tej sześcioosobowej, sformowanej w Oakland w 2004 roku formacji, wywodzą się z takich składów jak Lesser Of Two, Fields Of Shit, Abandon, Rivers Run Black, Six Billion Dead, Neoni Eagal i Background to Malfunction. Największą uwagę zwraca pierwsza nazwa, i jej główna sylaba - Kelly Nelson. Dama ta, odpowiedzialna za bas i wokal, razem ze skrzypaczką Niną, której niestety brakowało pod strzechą Jaszczura, oraz odpowiedzialną za klawisze Lilian, tworzą żeński akcent w zespole, bez którego to wszystko chyba by nie miało sensu. Zespół zaczął grać instrumentalną, napakowaną Dark Ambientem, chłodną wersję Black Metalu, jednak z tych niskolotnych technicznie i nieskomplikowanych, umilających chyba bardziej chwile spędzone w puszczy na rzeźbieniu z drewna posągu boga krzewów czy wiatru. Kompozycje nasunęły mi na myśl wybryki niejakiego Varga Vikernesa i jego zespołu Burzum. Spodziewałem się większej ilości partii wokalnych, gdyż był to zdecydowanie najlepszy punkt całego programu. Momentami, gdy muzyka lekko zaczęła mnie przynudzać, Kelly swoim skrzekiem potrafiła mnie obudzić i totalnie skupić na swojej osobie. Ważnym elementem ich występu był także klimat, który wytworzył się na sali, mroczny, wręcz hipnotyczny, zajmujący. Sumując, myślę że to był bardzo dobry pomysł organizatorów i na pewno miła niespodzianka. Występ Embers natomiast utwierdził mnie w przekonaniu, że z amerykańskiego „Black Metalu” najlepszy jest Lamb Of God. I niech jankesi przy tym zostaną…
     

Najnowsze artykuły w dziale Kultura

Artykuły powiązane tematycznie

Zamieszczenie następnej opinii do tego artykułu wymaga zalogowania

W formularzu stwierdzono błędy!

Ok
Dodawanie opinii
Aby zamieścić swoje zdjęcie lub avatar przy opiniach proszę dokonać wpisu do galerii Czytelników.
Dołącz zdjęcie:

Podpis:

Jeśli chcesz mieć unikalny i zastrzeżony podpis
zarejestruj się.
E-mail:(opcjonalnie)
A moim zdaniem...
Reklama