Mulled Wine rozgrzewał w Bibliotece

Co można robić w mroźny zimowy wieczór? W ramach walki z mrozem wielu zaleca kubek grzanego wina. Takim częstowała w piątek (28 stycznia) Gotycka.pl. Zobacz zdjęcia.
Elbląski grzaniec, czyli zespół Mulled Wine po raz kolejny wystąpił dla nas z koncertem akustycznym. Z początku podszedłem do tego sceptycznie, bo to już chyba 4 koncert chłopaków na rodzimej ziemi w ciągu ostatnich miesięcy. Szybko jednak doszedłem do wniosku, że co z tego? Skoro chcą dla nas grać a do tego robią to dobrze, to czemu nie?
Tym razem w przeciwieństwie do koncertu z września ubiegłego roku dostali do dyspozycji salę U Św. Ducha, miejsca więc było pod dostatkiem, a i klimat starych, ceglanych murów jakoś bardziej sprzyja akustycznym (i nie tylko) koncertom.
Zaczęli od silnego uderzenia. „Much” to mój zdecydowany faworyt jeśli chodzi o twórczość Szymona i spółki. Utwór pełen dramatyzmu, ze znakomitą partią skrzypiec Elizy Falkowskiej. W dalszej części usłyszeliśmy praktycznie wszystkie kawałki jakie zespół ma w zanadrzu m.in.: „Nothing’s Free”, „How Many Roads”, „Rounds”, „Mistake”, „Intoxication” czy „Goodbye”.
Fakt, że grają kolejny już koncert w naszym mieście w stosunkowo niedługich odstępach czasu, zadośćuczynili nowymi utworami. Jako pierwszy z debiutantów usłyszeliśmy „Sold Out”, bardzo dobry, mocny rockowy numer. Kolejny tymczasowo ochrzczony „Za wolne” wcale nie okazał się taki wolny, a wręcz przeciwnie, był całkiem dynamiczny.
Nie zabrakło również chwili na improwizację, kiedy nieobecnego przez moment perkusistę Maćka Domskiego, zastąpił człowiek z publiki. Krótka muzyczna wariacja i czas na bisy. Wśród nich ponownie „Intoxication” (czemu nie „Much”?!). I po blisko półtorej godziny przyszedł czas się rozstać.
Znowu mam wrażenie, że zbyt pozytywne relacje zdaje z tych koncertów, ale w przypadku Mulled Wine nie mam się do czego przyczepić. Podoba mi się to co grają, podoba mi się jak grają, podoba mi się atmosfera jaka jest na ich akustycznych występach. Może czasem, gdzieś tak w połowie występu, odczuwam lekkie znużenie, ale przecież nie wszystkie kawałki muszą być równie dobre. Co by jednak nie było, polecam grzańca na zimowe wieczory.
Tym razem w przeciwieństwie do koncertu z września ubiegłego roku dostali do dyspozycji salę U Św. Ducha, miejsca więc było pod dostatkiem, a i klimat starych, ceglanych murów jakoś bardziej sprzyja akustycznym (i nie tylko) koncertom.
Zaczęli od silnego uderzenia. „Much” to mój zdecydowany faworyt jeśli chodzi o twórczość Szymona i spółki. Utwór pełen dramatyzmu, ze znakomitą partią skrzypiec Elizy Falkowskiej. W dalszej części usłyszeliśmy praktycznie wszystkie kawałki jakie zespół ma w zanadrzu m.in.: „Nothing’s Free”, „How Many Roads”, „Rounds”, „Mistake”, „Intoxication” czy „Goodbye”.
Fakt, że grają kolejny już koncert w naszym mieście w stosunkowo niedługich odstępach czasu, zadośćuczynili nowymi utworami. Jako pierwszy z debiutantów usłyszeliśmy „Sold Out”, bardzo dobry, mocny rockowy numer. Kolejny tymczasowo ochrzczony „Za wolne” wcale nie okazał się taki wolny, a wręcz przeciwnie, był całkiem dynamiczny.
Nie zabrakło również chwili na improwizację, kiedy nieobecnego przez moment perkusistę Maćka Domskiego, zastąpił człowiek z publiki. Krótka muzyczna wariacja i czas na bisy. Wśród nich ponownie „Intoxication” (czemu nie „Much”?!). I po blisko półtorej godziny przyszedł czas się rozstać.
Znowu mam wrażenie, że zbyt pozytywne relacje zdaje z tych koncertów, ale w przypadku Mulled Wine nie mam się do czego przyczepić. Podoba mi się to co grają, podoba mi się jak grają, podoba mi się atmosfera jaka jest na ich akustycznych występach. Może czasem, gdzieś tak w połowie występu, odczuwam lekkie znużenie, ale przecież nie wszystkie kawałki muszą być równie dobre. Co by jednak nie było, polecam grzańca na zimowe wieczory.
Tomasz Sulich