Niedziela (handlowa) 26-05-2019, imieniny Filipa, Pauliny. Dzień Matki
 

UWAGA!

Drogi Czytelniku,

uprzejmie informujemy, że w związku z wejściem w życie Rozporządzenia o Ochronie Danych Osobowych stworzyliśmy zgodną z nim politykę prywatności. Regulacje RODO zmuszają nas do wystąpienia z prośbą do Ciebie o zaakceptowanie jego postanowień, chociaż z praktycznego punktu widzenia nic się nie zmienia w sposobie korzystania z naszego serwisu.

Jedyną rzeczą, która może budzić Twoje obawy jest profilowanie. Wyjaśniamy, że w naszym przypadku, tak jak dotychczas, skutkuje ono wyłącznie tym, że jeśli uprzednio byłeś/aś na stronie jakiegoś biura podróży, to z dużym prawdopodobieństwem nasi zaufani partnerzy reklamowi tacy jak Google serwować będą banery z widokami złocistych plaż.

Prosimy zapoznać się z polityką prywatności stosowaną na naszej stronie i zaakceptować jej postanowienia.

Może później

Myślałem, że dotknę tylko budynków

 
Elbląg, Myślałem, że dotknę tylko budynków
Mirosław Wlekły oraz Aleksandra Buła z Biblioteki Elbląskiej (fot. Michał Skroboszewski)

Ta zawodowa podróż trwała ponad dwa lata. Składają się na nią dziesiątki, jeśli nie setki rozmów z ludźmi w różnych częściach świata, tytaniczna praca polegająca na żmudnej weryfikacji faktów, spora doza uporu. I coś jeszcze. - Tony Halik podkreślał, że miał cholerne szczęście. Ja też je miałem – tak o swojej pracy nad książką "Tu byłem. Tony Halik" mówił Mirosław Wlekły, jej autor, a także reporter "Dużego Formatu". Zobacz więcej zdjęć. 

- Minęło 50-60 lat od jego wizyt w różnych zakątkach świata, w Argentynie czy w Meksyku, a wszyscy, którzy go spotkali doskonale go pamiętają. Podczas zbierania materiałów do książki nieprawdopodobnych historii było mnóstwo. Ten research był równie szalony, jak sama osoba Tony'ego Halika. Rozwikłanie jego życiorysu było trudne, ale naprawdę ciekawe – opowiadał Mirosław Wlekły podczas wtorkowego (14 maja) spotkania. - Pojechałem do Meksyku śladem Tony'ego Halika, gdzie mieszkał w latach 60. Tony Halik uwielbiał jeść, w Argentynie nauczył się zjadać steki wołowe na śniadanie, bo mawiał, że nie wiadomo kiedy będzie miał czas na następny posiłek. W Meksyku lubił szokować swoich znajomych, na przykład z Polski czy z Europy, byczymi jądrami w zielonym sosie. Podobno były one serwowane przez knajpę dla torreadorów i już to wydawało mi się nieprawdopodobne, nie wiadomo, czy prawdziwe. Jednakże kilka osób z Polski potwierdziło mi jej istnienie, więc za punkt honoru postawiłem sobie, że ją odnajdę. Nie znałem adresu, ale okazało się, że ona wciąż nazywa się tak samo, więc to było dla mnie wielkie szczęście. Wszedłem tam, otwieram menu, a jego głównym punktem są... bycze jądra w zielonym sosie. Knajpę prowadzą już wnukowie właścicieli, a one dalej są jej specjalnością. W każdym razie zjawiłem się tam w porze przedobiadowej, wydawało mi się, że jestem tam jedyny. Za barem stał barman, miał około 25 lat. Palnąłem wtedy straszliwą głupotę. Wyciągnąłem zdjęcia Tony'ego Halika z Meksyku sprzed 60 lat i zapytałem, czy go zna, bo był tu stałym klientem (śmiech). Barman mnie wyśmiał, po czym za chwilę powiedział: "Ale wie pan, tam w drugiej sali siedzi nasz stały klient. On jest starszym człowiekiem, chodzi tu do nas od lat". Więc poszedłem i proszę sobie to wyobrazić: przyszedłem do knajpy na chybił trafił, siedział w niej tylko jeden klient, ja robię to samo, co przed barmanem i mówię: "Dzień dobry, szukam śladów po takim człowieku" i rozłożyłem przed nim cztery zdjęcia Tony'ego Halika. Pan wpadł w euforię, wzruszył się i po hiszpańsku wykrzyknął: "Przecież to Tony Halik, obieżyświat z Polski!". Okazało się, że ten pan był emerytowanym dziennikarzem meksykańskim, który w czasach, kiedy mieszkał tam Tony Halik lubił się kręcić wokół wielkich dziennikarzy. Ta knajpa była rzeczywiście tą, do której chodzili torreadorzy po korridach, spotykali się, pili tequilę, przeżywali te swoje walki z bykami. Drugą grupą zawodową, która tam się spotykała byli dziennikarze, głównie korespondenci zagraniczni, a Tony Halik był tak ważną osobistością w Meksyku, że został wybrany na prezesa stowarzyszenia korespondentów zagranicznych. Ta knajpa była wtedy mekką dziennikarstwa, więc ten młody, meksykański dziennikarz oczywiście tam chodził, udało mu się poznać z Tonym Halikiem, nie raz z nim rozmawiał, świetnie go pamiętał. Takich sytuacji miałem kilka w trakcie poszukiwań do tej książki, także w Argentynie, gdzie Halik mieszkał dekadę wcześniej, czyli 70 lat temu. Jechałem do tych krajów z przekonaniem, że nie spotkam tam żadnego świadka zamieszkania tam Tony'ego Halika, myślałem że dotknę budynków, znajdę ślady w archiwum. To, co mnie spotkało, przerosło wszelkie przewidywania.
     Jak mówił Mirosław Wlekły, dojście do prawdy w przypadku tak barwnej postaci, jaką był Tony Halik było trudne. Na przykład kwestia tego, czy dostał nagrodę Pulitzera, czy nie.
     - W polskich źródłach, poważnych gazetach czy książkach wyczytałem, że jest zdobywcą tej nagrody. Ja też w to uwierzyłem. W pewnym momencie namierzyłem mailowo kolegę Halika z telewizji NBC, zapytałem go o to. Ten amerykański dziennikarz odpowiedział mi jednym zdaniem: Pulitzer jest nagrodą wyłącznie za słowo pisane, nikt nigdy nie dostał go za film. Odpowiedź była prosta, a w Polsce powtarzano to przez 30 lat – wyjaśniał reporter. - Moim zdaniem brało się to stąd, że Halik rzeczywiście dostał mnóstwo nagród, na przykład tę podróżniczą w Los Angeles, bardzo prestiżową w Stanach Zjednoczonych, ale nieznaną w Polsce, o dość skomplikowanej nazwie. Więc jak opowiadał o sobie w kraju, to połączył wszystkie w jedną, najbardziej znaną, czyli w Pulitzera. Tak było wygodniej, weselej, krzywdy tym nikomu nie robił.
     Według Wlekłego przyczyną przeróżnych mistyfikacji Halika było też m.in. to, że podróżnika nudziły pytania dziennikarzy, często te same, czasami głupie.
     - Wobec tego za każdym razem odpowiadał na nie w inny sposób, czasami wymyślał jakieś historie – mówił autor książki "Tu byłem. Tony Halik".
     Co ciekawe nie chwalił się tym, co naprawdę robi wrażenie.
     - W całej historii Tony'ego Halika najbardziej zachwyca mnie ta część jego życia, gdy pracował w NBC. Pod tym względem był jednym z najbardziej zasłużonych dziennikarzy polskich, bo mało który pracował w najpotężniejszej telewizji świata. On nie zaparzał tam kawy, tylko był wysyłany na wywiady z Castro, Tito, z Chruszczowem, z Wałęsą. Che Guevara walczył w Boliwii, więc wysłano tam Halika – wyliczał Mirosław Wlekły. - Czasami opowiadał niestworzone rzeczy, a o tym, czym mógł się naprawdę chwalić, czyli o latach pracy w NBC, mówił mało. W Stanach udało mi się znaleźć parę osób, które go pamiętały, jego kolegę z NBC, który później został jednym z dyrektorów tej stacji telewizyjnej. On powiedział mi coś, czego nie zapomnę do końca życia: "Tony Halik był naszym człowiekiem od zadań specjalnych, jeśli inni reporterzy bali się gdzieś jechać, to wysyłaliśmy jego".
     Ci, którzy przeczytali książkę reportera "Dużego Formatu" wiedzą już, jak silne związki z Elblągiem ma ta postać. To tutaj po wojnie osiadła jego mama oraz siostra, to tu mieszkali jego siostrzeńcy. Na początku lat 60. Halik odwiedził swoją rodzinę, wraz z żoną – Pierette – oraz malutkim Ozaną, poczętym w czteroletniej podróży przez obie Ameryki. Pierwsze lata życia spędził on w jeepie i lasach tropikalnych, chodził po drzewach, zajadał się surowym mięsem.
     - Mieszkaliśmy wtedy za kinem Syrena. Podwórko, piaskownica, idziemy się bawić. Ozana ma trzy lata, ja dwa. On ciągle grzebał w ziemi, a co wygrzebał to zjadł – wspominał Dariusz Kosiński, siostrzeniec Halika, który również był obecny na spotkaniu w Bibliotece Elbląskiej.

  Dariusz Kosiński, siostrzeniec Tony'ego Halika, podczas spotkania w Bibliotece Elbląskiej (ma na sobie bordowy sweter). Fot. Michał Skroboszewski
Dariusz Kosiński, siostrzeniec Tony'ego Halika, podczas spotkania w Bibliotece Elbląskiej (ma na sobie bordowy sweter). Fot. Michał Skroboszewski

Opowiadał m.in. również o ich wspólnych przygodach podczas rejsów po Morzu Śródziemnym czy o tym, jak ten znany podróżnik przyjechał w latach 70., żeby nakręcić materiał dla telewizji NBC z bojerowych mistrzostw świata w Krynicy Morskiej.
     - Jak przyjechał, to co przywiózł? Karton bananów i pomarańczy. A kto wtedy banany widział... – wspominał Dariusz Kosiński. - Płynął w rejs dookoła świata Darem Młodzieży. Był w Gdyni, więc podjechał tutaj. Leciał do Moskwy, to zajechał na kilka godzin. On tak wpadał i wypadał. Nigdy nie było wiadomo, kiedy się pojawi.

mw
Polub ten artykuł
Polub portEl.pl
..., a moim zdaniem
..., a moim zdaniem
Pokazuj od
najnowszych
  • Tony Halik to człowiek legenda. .. ktoś kto przecierał szlaki. Nikt już nie powtórzy (ani nie zbliży się do) jego dokonań. Ale szacunek dla tych którzy mają taką pasję odkrywcy.
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    5 0
    WaldemarKasta(2019-05-15)
  • Był taki program telewizyjny - Klub sześciu kontynentów(lata70te) i pamiętam kiedy prowadzący przedstawił w nim Tony'ego Halika. Póżniej Halik stworzył swój własnym program Pieprz i wanilia. .. .
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    5 0
    (2019-05-15)
  • Fascynujące
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    5 0
    Jamess(2019-05-15)
Reklama

To kupisz w pasażu portElu

Czapka z nadrukiem
Naszywka GODŁO
T-shirt biały z Twoim nadrukiem DTG PROMOCJA
Naszywka HERB ELBLĄGA