Polkaholizm, klezmerzy i bałkański folklor
W ciepły, choć niestety także deszczowy, pierwszomajowy wieczór, na scenie pod elbląską Bramą Targową zabrzmiały zaczarowane dźwięki. Den flygande Bokrullen, Dikanda i Polkaholix - zespoły kolejno ze Szwecji, Polski i Niemiec, uraczyły elblążan trzygodzinną, muzyczną ucztą.
Jako pierwszy zaprezentował się zespół Den flygande Bokrullen ze Szwecji, tworzący muzykę klezmerską. Wśród dźwięków mandoliny, rogu, klarnetu i banjo upłynęły pierwsze chwile elbląskiej majówki.
Było to jednak zaledwie preludium do tego, co wydarzyło się na starówce, gdy zagrała Dikanda, tym razem z Polski. Inspiracje bałkańskim folklorem - macedońskim i cygańskim - oraz kulturą Orientu, repertuar w całości akustyczny - to znaki firmowe tych artystów. Dla wielu „koncerty Dikandy to niepowtarzalna podróż po muzyce świata, żywiołowe spotkanie pełne energii, charyzmy, prawdziwych emocji, radości i wzruszenia, zarówno dla publiczności, jak i samego zespołu.” Sądząc po entuzjazmie, jaki zapanował wśród elbląskiej publiczności podczas ich koncertu, nie można mieć co do tego wątpliwości. Początkowo nieśmiałe przytupywanie i poklaskiwanie bardzo szybko przerodziły się w radosne tańce i śpiewy, a padający z nieba deszcz zamiast odbierać chęci do dalszej zabawy, dodawał ich coraz bardziej. Nie będzie chyba przesadą stwierdzenie, że oznaczające w jednym z afrykańskich dialektów rodzinę słowo „dikanda” i nosząca tę właśnie nazwę, szalejąca wprost na scenie grupa muzyków, wprowadziła rzeczywiście rodzinną atmosferę i sprawiła, że elblążanie bardzo skutecznie powstrzymywali artystów przed zejściem ze sceny.
Ostatnim gościem pierwszomajowego koncertu był zespół Polkaholix - rozmiłowani w polce artyści z Berlina. Osobliwa to, trzeba przyznać, grupa, w skład której wchodzą m.in. były bobsleista, kierowca traktorów, strażak, miłośnik okularów przeciwsłonecznych, nurek i miłośnik młotów pneumatycznych. Do zaawansowanego polkaholizmu przyznają się od 2001 roku. Podobno już nieraz podczas swoich koncertów udowodnili, że polka ze swoją niesamowitą wręcz energią i dynamiką jest w zasadzie najlepszym rodzajem muzyki do tańca i do zabawy. Czy rzeczywiście? Elbląska publiczność (ta najbardziej wytrwała i nie wystraszona deszczem), jej tańce i nieistotne, że do suchej nitki przemoczona garderoba, są najlepszym tego dowodem. Polka okraszona dźwiękami saksofonu, akordeonu i trąbki, podbiła serca zgromadzonych, bez wytchnienia tańczących w deszczu elblążan.
Wiadomo powszechnie, że to, co dobre, szybko się kończy. Miejmy nadzieję, że kolejne taneczno-muzyczne elbląskie szaleństwo pod Bramą Targową szybciej niż za rok!
Było to jednak zaledwie preludium do tego, co wydarzyło się na starówce, gdy zagrała Dikanda, tym razem z Polski. Inspiracje bałkańskim folklorem - macedońskim i cygańskim - oraz kulturą Orientu, repertuar w całości akustyczny - to znaki firmowe tych artystów. Dla wielu „koncerty Dikandy to niepowtarzalna podróż po muzyce świata, żywiołowe spotkanie pełne energii, charyzmy, prawdziwych emocji, radości i wzruszenia, zarówno dla publiczności, jak i samego zespołu.” Sądząc po entuzjazmie, jaki zapanował wśród elbląskiej publiczności podczas ich koncertu, nie można mieć co do tego wątpliwości. Początkowo nieśmiałe przytupywanie i poklaskiwanie bardzo szybko przerodziły się w radosne tańce i śpiewy, a padający z nieba deszcz zamiast odbierać chęci do dalszej zabawy, dodawał ich coraz bardziej. Nie będzie chyba przesadą stwierdzenie, że oznaczające w jednym z afrykańskich dialektów rodzinę słowo „dikanda” i nosząca tę właśnie nazwę, szalejąca wprost na scenie grupa muzyków, wprowadziła rzeczywiście rodzinną atmosferę i sprawiła, że elblążanie bardzo skutecznie powstrzymywali artystów przed zejściem ze sceny.
Ostatnim gościem pierwszomajowego koncertu był zespół Polkaholix - rozmiłowani w polce artyści z Berlina. Osobliwa to, trzeba przyznać, grupa, w skład której wchodzą m.in. były bobsleista, kierowca traktorów, strażak, miłośnik okularów przeciwsłonecznych, nurek i miłośnik młotów pneumatycznych. Do zaawansowanego polkaholizmu przyznają się od 2001 roku. Podobno już nieraz podczas swoich koncertów udowodnili, że polka ze swoją niesamowitą wręcz energią i dynamiką jest w zasadzie najlepszym rodzajem muzyki do tańca i do zabawy. Czy rzeczywiście? Elbląska publiczność (ta najbardziej wytrwała i nie wystraszona deszczem), jej tańce i nieistotne, że do suchej nitki przemoczona garderoba, są najlepszym tego dowodem. Polka okraszona dźwiękami saksofonu, akordeonu i trąbki, podbiła serca zgromadzonych, bez wytchnienia tańczących w deszczu elblążan.
Wiadomo powszechnie, że to, co dobre, szybko się kończy. Miejmy nadzieję, że kolejne taneczno-muzyczne elbląskie szaleństwo pod Bramą Targową szybciej niż za rok!
Marta Karaś