UWAGA!

Drogi Czytelniku,

uprzejmie informujemy, że w związku z wejściem w życie Rozporządzenia o Ochronie Danych Osobowych stworzyliśmy zgodną z nim politykę prywatności. Regulacje RODO zmuszają nas do wystąpienia z prośbą do Ciebie o zaakceptowanie jego postanowień, chociaż z praktycznego punktu widzenia nic się nie zmienia w sposobie korzystania z naszego serwisu.

Jedyną rzeczą, która może budzić Twoje obawy jest profilowanie. Wyjaśniamy, że w naszym przypadku, tak jak dotychczas, skutkuje ono wyłącznie tym, że jeśli uprzednio byłeś/aś na stronie jakiegoś biura podróży, to z dużym prawdopodobieństwem nasi zaufani partnerzy reklamowi tacy jak Google serwować będą banery z widokami złocistych plaż.

Prosimy zapoznać się z polityką prywatności stosowaną na naszej stronie i zaakceptować jej postanowienia.

Może później

Z Tymonem u Doktora Caligari

Elbląg, Z Tymonem u Doktora Caligari
(fot. PS)

Pierwszy z występów w ramach tegorocznych Elbląskich Nocy Teatru i Poezji już za nami. Wczoraj (26 sierpnia) widzów kina Światowid oczarowali Tymon Tymański & The Transistors, którzy grali do niemego filmu „Gabinet Doktora Caligari”. Dzięki muzycznemu podkładowi film z 1920 roku nie był seansem interesującym jedynie dla fascynatów kina.

Muzyka, która momentami wręcz idealnie trafiała w istotny punkt filmu, świetnie wypełniła pustkę, do jakiej nie są przyzwyczajeni współcześni widzowie - ciszę podczas oglądania filmu.
       Po występie rozmawialiśmy z liderem grupy Tymonem Tymańskim, który okazał się wspaniałym rozmówcą. Liczne dygresje okraszone anegdotami tylko dodawały uroku interlokutorowi i konwersacji. Tymon to multi-artysta. Muzyk znany choćby z zespołów „Kury” czy „Miłość”, krytyk, felietonista, a ostatnio także producent filmowy i aktor. Temu człowiekowi nie brakuje energii. Co było widać podczas rozmowy - choć zmęczony po koncercie, chętnie podejmował i bogato rozwijał każdy wątek.
      
       Podczas występu byliście z boku, to film był głównym bohaterem dzisiejszego wieczoru. Jak się czuliście, grając do tego obrazu?
      
Tymon Tymański: - Granie do filmu, czyli tak zwana samplerka, to rodzaj sztuki muzykowania, który, powiem szczerze, nie jest najłatwiejszy. Nie jest to robota łatwa i, powiem szczerze, wolę grać koncerty. Ale jest to rodzaj sprawdzenia się w trochę innym materiale. Większość z tych filmów jest przydługa. Często również są to filmy, które nie mają dobrego montażu. Zdarzało się nam grać do filmów, które, choć przydługie, były ciekawie zbudowane pod względem napięcia, można było zorientować się, jak są rozłożone pewne akcenty. Do filmu „Gabinet Doktora Caligari” graliśmy już trzy razy. A mimo to, dziś z rozpaczą zauważyłem, że film był trochę za długi. Grając, ma się często poczucie walki z niemocą reżyserską. Nie ma w nich dialogu i my staramy się to ratować. Najgorsze jednak przeżycie, jakie miałem, to granie do filmu polskiego, który przy filmach choćby niemieckich wypadł dość blado. Film był nużący, trudno było zorientować się w punktach zwrotnych i w momentach budowania napięcia, grozy, które nie były harmonijne. Wydaje się mi, że podczas dzisiejszego występu przez ¾ koncertu udało się nam „płynąć” razem z filmem, a potem, pod koniec, jakoś się, nie wiedzieć czemu, trochę rozjechaliśmy.
      
       Powiedział Pan, że po raz trzeci graliście do tego filmu. Czy każdy z waszych koncertów był taki sam, muzyka, którą zagraliście, jest już ułożona do tego, czy też improwizujecie?
      
- Są pewne tematy, które powracają. Uznałem, że tu będą pasować napisane przeze mnie utwory jazzowe, zawierające motywy grozy. Ale to jest jak serfowanie po fali. Czasami jest fala i się płynie, a czasem można zaryć nosem w dno.
      
       Jakie plany na przyszłość ma Tymon Tymański?
      
- Najchętniej bym jeszcze poleżał na plaży, ale już nie mam na to czasu. Zrobiłem sobie bardzo gruntowny wypoczynek po trzech latach pracy w telewizji, podczas których moje życie upływało pomiędzy Warszawą, a Gdańskiem. Był to bardzo męczący i wyczerpujący czas w życiu. Plusem jednak były walory finansowe tej pracy. Nie wiem jednak, czy to jest dobre na dłuższą metę, bo artysta zaczyna zasypiać. To jest jak z pracą w szkole. Po kilku latach zaczyna się powtarzać te same schematy, nie ma już świeżości. Teraz zaczynamy mocno pracować nad płytą, która lada moment wyjdzie. Na tej płycie zagra m.in. Leszek Możdżer i Grzegorz Halama. Płyta będzie miała swojską nazwę „Serce z bigosu”, czyli „Bigos heart”.
      
       A co z Pana filmem „Polskie Gówno”?
      
- Film ma się dobrze. W tej chwili jest w 1/3 zrobiony. Po wszystkich scenach, które było dość łatwo nakręcić, czyli scenach koncertowo-busowych, gdzie Grzegorz Halama jest naszym menadżerem i ciągle nas oszukuje na te nędzne złocisze, po czym idzie się zabawić za to do kasyna, przed nami pierwszy poważny schodek pod tytułem sceny musicalowe. Te sceny nagraliśmy sporym nakładem finansowym. Przed nami jeszcze kilka takich scen, a każda z nich będzie nas kosztowała spore pieniądze, których już w sumie nie mamy skąd brać. Nie spodziewałem się, że materia filmowa jest tak poważna. Kręcąc ten film, jestem jednocześnie aktorem, producentem i kompozytorem. Powiem szczerze, że ta rola mnie trochę przerosła. Współczuję wszystkim producentom i reżyserom niezależnym. Jest to wyzwanie dla wytrwałych. Ostatecznie wolę być muzykiem, nie ma jednak innego wyjścia - film na pewno skończymy. Jedyną rzeczą, której nie skończyłem, to studia, poza tym jestem jednak upartym człowiekiem i każdą rzecz doprowadzam do końca. Od września ruszymy znowu ze zdjęciami, ale nie wiem, ile to będzie trwało. Najbardziej dramatyczny deadline to 2012 rok, przed Mistrzostwami Europy.
      
       Skąd u muzyka pomysł na film?
      
- Pomysł na film powstał podczas jednej z chwil relaksowania się „połoskotowego”. Namówiłem Grzegorza Halamę, by zrobić film, który będzie opowiadał historię nieudacznego zespołu muzycznego. Grzegorz wpadł na pomysł, by zrobić z tego musical. I to w dodatku offowy. Mimo, że najpierw przyjąłem to jak rodzaj idiotycznego żartu, to jednak zabił mi tym ćwieka. Zacząłem się nad tym zastanawiać bardzo intensywnie, po czym przez kilka miesięcy pisałem do niego scenariusz.
       Ktoś ostatnio powiedział, że pisze taką muzykę, jakiej sam chciałby posłuchać w radiu. Mnie się wydaje, że to się bierze ze zniecierpliwienia, że to, co słyszymy, nie jest tym, co chciałoby się usłyszeć. Dlatego tworzy się rodzaj nowych rzeczywistości muzycznych, których nie ma w danym momencie w mediach. Podobnie jest z filmem. Mam wrażenie, że w Polsce ten przemysł kuleje. Przez trzy lata miałem okazję bywać na Festiwalu w Gdyni i muszę powiedzieć, że jest paru artystów, którym można zaufać, ale nie mamy polskiego Almodovara czy Zelenki. Miałem okazję oglądać sporo europejskiego kina i, moim zdaniem, kino polskie na tym tle wygląda tak, jakby jeszcze było w powijakach. Nie jest to kino, które pozwala sobie na oryginalność i na świeżość. Rzadko się widzi rzeczy bardziej ambitne. Stąd też może moja potrzeba, by stworzyć film.
      

 


       Może kiepski stan kina offoweego i w ogóle brak silnej grupy przedstawicieli dobrego kina to efekt braku widzów takiego kina?
      
- Sytuacja w Polsce jest bardzo złożona. Trudno narzekać na publiczność, bo wydaje się mi, że ona jest bardzo do przodu. O tym może świadczyć choćby frekwencja i popularność offowego kina podczas festiwali filmowych. Nie narzekałbym na ludzi, bo jest spore zainteresowanie filmem, kinem. To raczej brak patronatu nad kulturą, to, że kultura jest artykułem piętnastej potrzeby, zepchnął zarówno kino, jak i inne dziedziny w pewną niszę. W porównaniu z innymi krajami jesteśmy zacofani. Niemałe znaczenie ma tu oczywiście nasza historia. Jednak jak porówna się Francję, Norwegię czy Niemcy i nas, to można odnieść wrażenie, że jesteśmy krajem trzeciego świata. U nas, niestety, jest tak, jak na przykład w latach trzydziestych było w USA. Politycy i ich koledzy, mówiąc prosto, dorwali się do kasy. I żeby poprawiła się kondycja choćby kina, to potrzeba co najmniej trzydziestu lat.
      
       Kiedy będziemy mogli zobaczyć Was po raz kolejny w Elblągu?
      
- Chętnie przyjechałbym choćby jutro. Żałuję, że Elbląg nie leży 15 km bliżej Gdańska. W ogóle żałuję, że w wyniku, jak wszyscy wiemy, pewnych decyzji administracyjnych, to miasto nie jest bliższe Gdańskowi, tak jak mogłoby być. Zawsze uważałem, że jest to miasto bliskie Gdańskowi, miałem mnóstwo przyjaciół z Elbląga, którzy studiowali ze mną na UG. Mam nadzieję, że nie urażę tym elblążan, ale Elbląg zawsze traktowałem jak kolejną dzielnicę Gdańska. Właśnie przez tę bliskość. Te związki z Elblągiem są dość silne, bo często tu bywamy. I będziemy chętnie tu wracali.
      
      

kos
Polub ten artykuł
Polub portEl.pl
A moim zdaniem...

Przeczytaj też co działo się w Elblągu wcześniej

Zamieszczenie następnej opinii do tego artykułu wymaga zalogowania

W formularzu stwierdzono błędy!

Ok
Dodawanie opinii
Aby zamieścić swoje zdjęcie lub avatar przy opiniach proszę dokonać wpisu do galerii Czytelników.
NOWOŚĆ! Dział "A moim zdaniem" obsługuje hashtagi.
Dołącz zdjęcie:

Podpis:

Jeśli chcesz mieć unikalny i zastrzeżony podpis
zarejestruj się.
E-mail:(opcjonalnie)
A moim zdaniem... (od najstarszych opinii)
Reklama