UWAGA!

Drogi Czytelniku,

uprzejmie informujemy, że w związku z wejściem w życie Rozporządzenia o Ochronie Danych Osobowych stworzyliśmy zgodną z nim politykę prywatności. Regulacje RODO zmuszają nas do wystąpienia z prośbą do Ciebie o zaakceptowanie jego postanowień, chociaż z praktycznego punktu widzenia nic się nie zmienia w sposobie korzystania z naszego serwisu.

Jedyną rzeczą, która może budzić Twoje obawy jest profilowanie. Wyjaśniamy, że w naszym przypadku, tak jak dotychczas, skutkuje ono wyłącznie tym, że jeśli uprzednio byłeś/aś na stronie jakiegoś biura podróży, to z dużym prawdopodobieństwem nasi zaufani partnerzy reklamowi tacy jak Google serwować będą banery z widokami złocistych plaż.

Prosimy zapoznać się z polityką prywatności stosowaną na naszej stronie i zaakceptować jej postanowienia.

Może później

Zostańmy w domu: Królestwa i Galaktyki (odc. 15)

 
Elbląg, Zostańmy w domu: Królestwa i Galaktyki  (odc. 15)

Powoli widać koniec tygodnia, a my nie ustajemy w poszukiwaniu ciekawych zajęć na czas pandemii. Dziś gramy, oglądamy i jak zawsze nie dajemy się nudzie!

O kolejnym serialu opowie Łukasz Budnik z redakcji film.org.pl. Oprócz tego przyjrzymy się dwóm starym, a wciąż świetnym grom komputerowym z uniwersum Gwiezdnych Wojen, czyli Knights of the Old Republic I i II. Z kolei Krzysztof Jaworski z Radia Eska opowie tradycyjnie o grze planszowej. Na dziś: Obrońcy królestwa.

 

Netfliksowy Mindhunter

Serial poleca Łukasz Budnik, elblążanin i redaktor naczelny portalu film.org.pl.

Jeśli fascynują was historie seryjnych morderców i poszukujecie tytułu, który skutecznie przyciągnie was do ekranu, koniecznie sięgnijcie po serial Mindhunter. Sygnowana nazwiskiem Davida Finchera produkcja Netflixa inspirowana jest prawdziwymi wydarzeniami i opowiada o agentach FBI, którzy zajmowali się profilowaniem przestępców - to właśnie oni jako pierwsi zaczęli mówić o "seryjnych" mordercach. Informacje na ich temat uzyskiwali dzięki bezpośrednim wywiadom twarzą w twarz, choć, jak można się domyślić, nie były to łatwe rozmowy.

Ten interesujący u podstaw temat przedstawiony został w "Mindhunterze" w doskonały sposób. Wciąga, skłania do przemyśleń, rozmów i własnej analizy. Choć we wstępie wspomniałem o fascynacji tematem seryjnych morderców, to serial Netflixa jest też jednak atrakcyjny dla widzów, którzy zwyczajnie doceniają świetnie rozpisaną i przedstawioną intrygę. Nieśpieszną, ale podaną tak, że faktycznie trudno oderwać się od komputera czy telewizora i odpuścić włączenie kolejnego odcinka. Prowadzone przez bohaterów śledztwa to sprawy rodem z koszmaru, pełne brutalności i emocjonalnego ciężaru, który w końcu musi przytłoczyć. Wgłębianie się w to, co ukształtowało mordercę jest fascynujące, ale nie mniej ciekawe jest obserwowanie, jaki wpływ ich działania mają na innych nawet lata później, szczególnie, że trójka głównych bohaterów to znakomicie obsadzone i zagrane postaci. Podobnie zresztą mordercy - każdy z nich zagrany wspaniale i niemalże przerażająco podobny do oryginału. Fincher wyreżyserował między innymi film Zodiak, doskonale więc wiecie, jak precyzyjny to reżyser i jak charakterystyczny ma styl - choć nie reżyserował osobiście wszystkich odcinków "Mindhuntera", to bezustannie czuć, że doglądał całości.

Do tej pory powstały dwa sezony serialu i na tę chwilę niestety nie wiadomo, czy doczekamy się kontynuacji. Póki co koniecznie zapoznajcie się z odcinkami dostępnymi na Netflixie (pamiętając, że serial przeznaczony jest dla widzów dorosłych) i dajcie się wciągnąć w ten mroczny, ale bardzo ciekawy świat.

 

Jeszcze dawniej w odległej Galaktyce.

Obie części KOTOR-a powstały w czasach, gdy nikomu nie śniło się, że pieczę nad Gwiezdnymi Wojnami przejmie Disney, nikt też wtedy nie myślał o trzeciej trylogii filmowej. Chociaż graficznie obie produkcje zdążyły się już bardzo mocno zestarzeć (powstały kolejno w latach 2003 i 2005), to fanom a) Gwiezdnych Wojen lub b) komputerowych RPG, którzy z jakichś niezrozumiałych powodów przegapili te tytuły w czasach ich świetności, wypada się z nimi zapoznać i… świetnie się bawić, bo to a) dobre Gwiezdne Wojny b) dobre gry RPG.

Zacznijmy od pierwszego punktu, jakim jest wykorzystanie znanej i kochanej przez wielu marki w grze. KOTOR i KOTOR II: The Sith Lords ma wszystko to, co kochają fani Star Wars, od wciągającej historii (dużo bardziej złożonej niż te filmowe), przez cudowną muzykę, aż po cała plejadę postaci będących przedstawicielami różnych ras i zakątków Galaktyki. Chociaż akcja dzieje się kilka tysięcy lat przed wydarzeniami filmowymi, to po kilku minutach, a tym bardziej godzinach obcowania z produkcjami, z pewnością przekonamy się, że „jesteśmy w domu”. Tytułowa Stara Republika to odbicie tego, co znamy z innych produkcji, zakon Jedi, choć jest w rozkwicie, przeżywa swoje problemy i wyzwania, a my odwiedzając kolejne planety na galaktycznej mapie świata odnajdujemy wszystko to, co fani Star Wars znają na wylot. Są więc też groźni przedstawiciele ciemnej strony Mocy, Mandalorianie, kosmiczne floty, a przede wszystkim bohaterowie-członkowie naszej drużyny, którzy, choć posiadają własną osobowość, to niekiedy stanowią swoiste mrugnięcie okiem do fanów uniwersum. Czy Carth Onasi nie ma tego zawadiackiego rysu, który cechuje Hana Solo? Czy droid T3-M4 nie przypomina nieco znanego wszystkim R2-D2? Pewnie tak, jednak krzywdzące byłoby stwierdzenie, że te postaci i ten świat to kalka tego, co znaliśmy wcześniej. Tu fabuła toczy się własnym rytmem, wciąga jak piaski na Tatooine, a zwroty akcji nie ustępują swoją wagą słynnemu stwierdzeniu (UWAGA! SPOILER ZE STAREJ TRYLOGII) „to ja jestem twoim ojcem”, które Vader wypowiada do Luke’a.

Wiemy już, że KOTOR to dobre Star Wars, ale czemu to dobre RPG? Powodów jest wiele, jednak tutaj skupimy się na najważniejszych. O fabule i postaciach pisałem już wyżej. Warto jednak wspomnieć o samym wpływie gracza zarówno na fabułę, jak i kierowanych przez niego bohaterów. Nic nie stoi na przeszkodzie, by w obu grach podążać złą ścieżką i poddać się ciemnej stronie. Co więcej, nasze wybory moralne mają też wpływ na członków drużyny, co widać zwłaszcza w II części, gdy grupa podążająca za naszą postacią (tę w obu produkcjach tworzymy sami, wybierając na początku imię, płeć, klasę postaci itp.) wyraźnie zmienia się wizualnie w miarę postępów po jasnej lub ciemnej stronie.

Na uwagę zasługuje też system walki, który zależnie od upodobań możemy ustawić na turowy, lub pozwolić, by bitwy przebiegały nieco bardziej płynnie. Tak czy owak na przebieg starć ma wpływ mnóstwo czynników, od atrybutów postaci, przez dobrane umiejętności, aż po ekwipunek (tego w grze nie brakuje i wszystkich członków drużyny możemy wystroić/uzbroić po zęby). W czasie rozgrywki wiele razy odchodzimy od głównego wątku fabularnego, by poznać nieco pobocznych historii, a tym samym zdobyć więcej doświadczenia i rozwinąć drużynę, by lepiej radziła sobie w dalszych wyzwaniach. Te wyzwania to nie tylko bitwy, bo na sukces w wielu przypadkach wpływ mają nasze niezwiązane z walką umiejętności, choćby prowadzenia dialogów, więc to wszystko też trzeba rozwijać. Ot, klasyka dla fanów komputerowego role playing, weterani gatunku odnajdą się tu bez problemu, a pozostali szybko chwycą, co chodzi, o ile nie porwą się na wyższe poziomy trudności. Jeśli ktoś pominął te tytuły, to nic tylko siąść i grać (gry wyszły na konsolę Xbox i komputery, a pierwsza część ma też wersję… na Androida).

 

Obrońcy Królestwa kontra hordy zła

Jakiś czas temu pisaliśmy o świetnej grze planszowej Pandemia. Dzisiaj coś zbliżonego: Defenders of the Realm to jedna z moich absolutnie najukochańszych planszówek. To gra kooperacyjna dla 1 do 5 graczy. Tak, można w nią grać także solo. Stajemy się w niej tytułowymi obrońcami królestwa, a bronić musimy go przed kolejnymi falami demonów, nieumarłych i goblinów zalewającymi je ze wszystkich stron.

W grze możemy wcielić się w rycerzy, magów, szamanów, krasnoludów czy rzezimieszków, do wyboru mamy kilkunastu bohaterów o bardzo różnych zdolnościach specjalnych. I to właśnie dobór i użycie tych zdolności oraz współpraca wszystkich graczy przeciwko mechanice gry może doprowadzić do zwycięstwa dobra nad złem. Może, ale niezwykle rzadko prowadzi. Gra jest niezwykle trudna, na kilkadziesiąt rozgrywek udało się (mi i moim współgraczom) wygrać … raz.

Sama mechanika gry jest prosta. Zdobywamy karty, używamy ich oraz naszych zdolności specjalnych, a następnie dobieramy „karty zła”, które sterują siłami ciemności. A siły te wraz z postępem rozgrywki stają się coraz potężniejsze. Jest mnóstwo kombinowania, mnóstwo gry nad stołem, czyli dogadywania, kto co robi i dlaczego, mnóstwo myślenia strategicznego ale także mnóstwo rzutów kośćmi, które często decydują o wszystkim.

Defenders of the Realm to gra cudowna. Prosta mechanika, piękne wydanie, ogromne emocje, niesamowity klimat i to, za co cenię ją najbardziej: jest cholernie trudna. Warunek zwycięstwa jest „tylko” jeden - pokonać całe zło. Przegrać można na pięć sposobów: gdy siły ciemności dotrą do wyznaczonego celu, będzie ich na mapie zbyt dużo, część królestwa zostanie skażona, nasi bohaterowie zginą albo sługi zła opanują stolicę... A są jeszcze warianty utrudniające rozgrywkę. Kocham tę grę!

Tomasz Bil
Polub ten artykuł
Polub portEl.pl
A moim zdaniem...

Przeczytaj też co działo się w Elblągu wcześniej

Reklama