UWAGA!

Drogi Czytelniku,

uprzejmie informujemy, że w związku z wejściem w życie Rozporządzenia o Ochronie Danych Osobowych stworzyliśmy zgodną z nim politykę prywatności. Regulacje RODO zmuszają nas do wystąpienia z prośbą do Ciebie o zaakceptowanie jego postanowień, chociaż z praktycznego punktu widzenia nic się nie zmienia w sposobie korzystania z naszego serwisu.

Jedyną rzeczą, która może budzić Twoje obawy jest profilowanie. Wyjaśniamy, że w naszym przypadku, tak jak dotychczas, skutkuje ono wyłącznie tym, że jeśli uprzednio byłeś/aś na stronie jakiegoś biura podróży, to z dużym prawdopodobieństwem nasi zaufani partnerzy reklamowi tacy jak Google serwować będą banery z widokami złocistych plaż.

Prosimy zapoznać się z polityką prywatności stosowaną na naszej stronie i zaakceptować jej postanowienia.

Może później

Zostańmy w domu: Muzykę gramy, serial oglądamy (odc. 24)

 
Elbląg, Zostańmy w domu: Muzykę gramy, serial oglądamy  (odc. 24)

Ciągle staramy się „nie dawać” pandemii. Dziś w naszym cyklu kolejna porcja zabaw dla dzieci, a później serial i muzeum online.

Z dziećmi stworzymy własne instrumenty muzyczne, przypomnimy sobie też o serialu Wiedźmin Netfliksa z 2019 r. Na koniec „wirtualna” wizyta w Muzeum Archeologiczno-Historycznym.

 

Domowe muzykowanie

Propozycje zabaw z dziećmi przedstawia pani Dorota, elbląska nauczycielka wychowania przedszkolnego.

Dziś zrobimy instrumenty z tego, co mamy w domu. Zacznijmy od prostej zabawy: bierzemy pięć szklanek, do których nalewamy różną ilość wody. Ustawiamy je w kolejności od tej, w której jest najmniej wody, do tej, w której jest jej najwięcej. Delikatnie stukając w szklankę patyczkiem bądź łyżeczką, dziecko wydobędzie różne dźwięki, z którymi może eksperymentować. Fajną zabawą z tym związaną może być też zasłonięcie oczu dziecka i stukanie w szklankę. Dziecko powinno ze słuchu odgadnąć, w którą szklankę uderzył dorosły. Drugim pomysłem może być zrobienie marakasów, czyli grzechotek. Wystarczy plastikowa butelka, puszka po kukurydzy, do której wsypujemy groch, ryż, fasolę lub kaszę. Zabawa jest dużo ciekawsza, kiedy dziecko może mieć cztery pojemniki, w każdym coś innego – wtedy zobaczy, że dźwięki różnią się od siebie. Jeśli ktoś ma w domu papier samoprzylepny, możemy ozdobić nasze butelki bądź puszki w dowolny sposób, według pomysłu i uznania dziecka. No i na koniec najważniejsze – gramy! Przy jakiej muzyce – to już zależy od dzieci i ich opiekunów. Dziecko w takich zabawach samo eksperymentuje, sprawdza, poznaje. Zauważa, skąd pojawiają się dźwięki i że są one różne. Ćwiczy też percepcję słuchową, która jest ważna dla nauki czytania oraz rozwija motorykę. Życzę więc udanej zabawy!

 

Grosza daj, wiedźminowi…

… sakiewką potrząśnij” – śpiewa poeta Jaskier w netfliksowej adaptacji prozy Andrzeja Sapkowskiego. Utwór z serialu jedni z miejsca pokochali, inni szybko mieli go dość, napotykając go w różnych zakamarkach Internetu. Ta piosenka trochę odzwierciedla bardzo różny odbiór serialowego Wiedźmina przez widzów. Jedni rozpływali się w zachwytach, inni krytykowali produkcję za wiele elementów (w Polsce długi czas toczyła się dyskusja nad brakiem „słowiańskości” produkcji Netfliksa – a przecież Geralt Polakiem był, podważano zresztą także dobór obsady itp. itd.). Sam wszystkie „wiedźmińskie” książki Sapkowskiego przeczytałem pewnie z 4-5 razy, mój czas spędzony w grach liczy się raczej w setkach niż dziesiątkach godzin, jasnym jest więc, że na serial czekałem z niecierpliwością, starając się jednocześnie unikać zalewu informacji o produkcji przed jej premierą. Po seansie mogłem jednak stwierdzić: mi się ten Wiedźmin z Netfliksa podoba.

Oczywiście, było parę śmiesznych czy niepotrzebnych elementów, jak choćby serialowa wizja driad czy niekoniecznie udane wątki i postaci, wprowadzone do serialu mimo ich nieobecności w historiach z książek. Było też kilka rozczarowujących elementów od strony technicznej, bo choćby po scenach ukazujących bitwy widać, że budżetu ostatnich sezonów Gry o Tron to Wiedźmin jeszcze nie ma. A jednak bohaterowie: mrukliwy Geralt zagrany przez Henry’ego Cavilla, intrygująca Anya Chalotra w roli Yennefer czy Tissaia de Vries w interpretacji MyAnny Buring przekonali mnie, że choć to nie jest taki sam Wiedźmin jak w innych adaptacjach, o oryginale nie wspominając, to jednak oglądając serial mimo wszystko „jestem w domu”. Gdy pierwszy raz zobaczyłem serialowego Jaskra (w tej roli Joey Batey), początkowo tak odbiegał od mojego osobistego wyobrażenia o postaci, że nie dawałem żadnych szans na to, że polubię barda w wersji serialowej. A jednak jego interakcje z Geraltem, kilka konkretnych scen i oczywiście wspomniana już piosenka (od której jednak też po paru dniach musiałem odpocząć), sprawiły, że „kupiłem” także Jaskra od Netfliksa. W zasadzie jedyną ważną postacią uniwersum, która mnie do tej pory nie przekonała, jest Triss Merigold Anny Shaffer. Ale produkcja trwa, mam więc jeszcze czas, by i ją polubić.

Serial jest dobrze udźwiękowiony, ma kilka dobrych scen walki, oddaje klimat wielu elementów oryginału, a poza tym ma też swoją własną tożsamość, która według mnie nie zawsze jest wadą. Wiele osób krytykowało sposób narracji i przeskakiwanie między różnymi wydarzeniami dziejącymi się w różnych okresach, często bardzo odległych. Dla mnie, jako obeznanego z chronologią wydarzeń w oryginale, nie było to jednak problemem. Wręcz przeciwnie, taki a nie inny sposób opowiadania historii był dla mnie dużo ciekawszy, bo nadawał wielu scenom dodatkowego znaczenia. Nie mam nic przeciwko temu, by oglądana przeze mnie produkcja wymagała nieco więcej skupienia, choćby przez zaburzoną chronologię, jeśli jest to dobrze zrobione. A jeśli dla kogoś to problem, to z pewnością znajdzie w Internecie stosowną ściągę: kto i kiedy uczestniczył w jakich wydarzeniach. Mnie ten wysiłek poukładania i zrozumienia wydarzeń jednak nie bolał, a cieszył, jednak znając opowieść z książek miałem w tym względzie dużo łatwiej.

Wiedźmin to produkcja przeznaczona dla widza od 16 roku życia. To wciągająca historia, która może spodobać się nie tylko fanom fantasy.

 

Muzeum aktywne „na Fejsie”

W ramach naszych odwiedzin online w instytucjach kulturalnych Elbląga wracamy na profil facebookowy Muzeum Archeologiczno-Historycznego. Chociaż nie odwiedzimy go teraz „w realu”, to pracownicy muzeum starają się często wrzucać na Facebooka informacje i ciekawostki, które przynajmniej częściowo mogą zrekompensować miłośnikom historii ograniczenia związane ze stanem pandemii.

„Jednym z elementów ekspozycji „Świadectwa. Historia w twarzach – twarze historii” jest widoczny na zdjęciu „słup ogłoszeniowy”, oklejony kopiami przedwojennych reklam. Słupy takie znajdowały się w różnych miejscach w przestrzeni dawnego Elbląga, m. in. na Placu Fryderyka Wilhelma (dziś Plac Słowiański), co dokumentują archiwalne zdjęcia. Choć dziś ten sposób reklamy zdecydowanie odchodzi do lamusa, przez wiele lat była to skuteczna metoda zabiegania o uwagę klienta, stąd słupy te ustawiano na centralnych placach, dworcach kolejowych etc. Jak każdy, nawet najbanalniejszy zdawałoby się wynalazek, mają one swoją historię.

„Ojcem” słupa ogłoszeniowego jest berliński drukarz Ernst Litfaß (1816-1874), którego do tego stopnia irytowało wszechobecne wówczas w Berlinie „dzikie oplakatowanie”, przejawiające się w oklejaniu każdej dostępnej powierzchni, w tym ścian budynków i drzew, ogłoszeniami i reklamami, że postanowił wypowiedzieć wojnę temu zjawisku” – czytamy w dzisiejszym poście muzeum. Kto skorzystał na wprowadzonej innowacji? Czy dziś w Berlinie znajdziemy takie słupy? Tego i wielu innych rzeczy dowiemy się na facebookowym profilu elbląskiego muzeum. A treści, oczywiście nie tylko o historii słupów ogłoszeniowych, jest tam oczywiście więcej.

Tomasz Bil
Polub ten artykuł
Polub portEl.pl
A moim zdaniem...

Przeczytaj też co działo się w Elblągu wcześniej

Reklama