Olimpia znowu została z niczym

Można mówić o pechu, kontrowersyjnym karnym, poprzeczce i kolejnych niewykorzystanych sytuacjach. Problem w tym, że po dziesięciu kolejkach takich prawd uzbierało się już za dużo. Olimpia ponownie rozegrała mecz, z którego mogła wyciągnąć znacznie więcej. Została z pustymi rękami.
Przed pierwszym gwizdkiem trudno było znaleźć między Olimpią a Lechią Tomaszów Mazowiecki jakąkolwiek różnicę w tabeli. Po dziesięć punktów, trzy zwycięstwa, remis i pięć porażek. Po ostatnim gwizdku jedna różnica już jest. Lechia odjechała o trzy punkty,
Początek nie zapowiadał ponurego popołudnia. Minęło zaledwie 50 sekund, Maciej Kołoczek dośrodkował z bocznej strefy, a Łukasz Święty pewnym uderzeniem głową dał gospodarzom prowadzenie. Lepiej wejść w mecz właściwie się nie da. Olimpia miała też inne momenty, w których naprawdę dobrze wyglądała z piłką. W 14. minucie wyszła spod pressingu na własnej połowie kilkoma podaniami na jeden kontakt. Kaczmarek dostał przestrzeń, ruszył na bramkę i znalazł się praktycznie sam przed bramkarzem. Zabrakło najważniejszego - wykończenia. W 30. minucie próbował ponownie, tym razem zza pola karnego.
Lechia długo nie wyglądała na drużynę, która za chwilę odwróci spotkanie. Kiedy jednak zaczęła dochodzić do głosu, Olimpię dwukrotnie ratował Andrzej Witan. Najpierw w 35. minucie znakomicie odbił groźne uderzenie na rzut rożny, pięć minut później popisał się jeszcze lepszą interwencją. Bez niego przewaga mogła zniknąć znacznie wcześniej, zniknęła tuż przed przerwą. Piłka trafiła w rękę Michała Kiełtyki, a sędzia wskazał na jedenasty metr. Czy był to rzut karny? Według arbitra tak. Wielu innych obserwatorów zapewne będzie miało zupełnie inną interpretację. Kacper Popławski wykorzystał decyzję sędziego. Witan wyczuł kierunek strzału, ale uderzenie było zbyt precyzyjne.
Pierwszą połowę Olimpia rozpoczęła golem po 50 sekundach. Drugą Lechia potrzebowała jeszcze mniej czasu, bo po około 30 sekundach Marcin Pieńkowski dostał piłkę, miał mnóstwo miejsca, jeszcze więcej czasu i wykorzystał jedno i drugie bez najmniejszych skrupułów.
Elblążanie próbowali odpowiedzieć. Po krótko rozegranym rzucie rożnym Pek dośrodkował, Kiełtyka uderzył głową obok bramki. Augusto sprawdził bramkarza strzałem zza pola karnego. Najbliżej wyrównania było w 68. minucie. Kiełtyka dośrodkował, Augusto złożył się do przewrotki i zrobił niemal wszystko idealnie. Piłka trafiła w poprzeczkę, potem w bramkarza. Święty próbował jeszcze dobić. Nie wpadło. Kilka minut później znakomitą okazję miał Grączewski. Wyszedł sam na sam, zdecydował się przelobować bramkarza i przelobował go, ale piłka minęła również bramkę.
Można więc po meczu otworzyć katalog okoliczności łagodzących. Kontrowersyjny karny, poprzeczka, dwie sytuacje sam na sam, dobre interwencje Witana. Tyle że tabela nie przyznaje punktów za pecha, niedosyt ani dobre fragmenty. Olimpia po raz kolejny może powiedzieć, że miała swoje momenty. Problem w tym, że tych momentów uzbierało się już zdecydowanie więcej niż punktów.
Olimpia Elbląg - Lechia Tomaszów Mazowiecki 1:2 (1:1)
bramki: 1:0 - Święty, 1:1 - Popławski (45. min. - rzut karny), 1:2 - Pieńkowski (46. min.)
Olimpia: Witan - Sarnowski, Wierzba, Kiełtyka, Czapliński (87’ Laszczyk), Pek (87’ Czernis), Sznajder, Kołoczek, Kaczmarek (87’ Laszczyk), Święty (68’ Grączewski), Augusto (68’ Branecki)