UWAGA!

Szabelka wrócił na Agrykola

 Elbląg, Jacek Spychalski był gościem poniedziałkowego spotkania w Olimpii Elbląg
Jacek Spychalski był gościem poniedziałkowego spotkania w Olimpii Elbląg (fot. Mateusz Bryl)

W piłkarskich życiorysach wszystko zazwyczaj zaczyna się podobnie. Trampkarze, juniorzy, kolejne szczeble szkolenia, pierwsza szatnia seniorów. U Jacka Spychalskiego scenariusz ktoś najwyraźniej napisał inaczej. Do poważniejszego grania trafił późno, właściwie przypadkiem, a potem przez lata robił to, czego od napastnika wymaga się najbardziej. Strzelał. Chociaż, jak sam wspominał, czasem zanim oddał strzał, zdążył jeszcze kogoś minąć, a najlepiej kilku.

Podczas kolejnego spotkania z cyklu „Poniedziałki z historią” właśnie Spychalski był gościem Olimpii Elbląg. Rozmowa szybko pokazała, że jego piłkarskiego życiorysu nie da się opowiedzieć wyłącznie liczbą meczów i bramek. Jest w nim podwórko przy Trybunalskiej, Zamech, kilka tysięcy ludzi na Agrykola, transfery odrzucane mimo dużych pieniędzy, PRL-owska codzienność, pół świniaka za gola i wreszcie Finlandia, która pod koniec lat 80. wyglądała dla przybysza z Polski niemal jak inna planeta.

 

Najbardziej nieprawdopodobny jest początek

Spychalski miał okazję trafić do Olimpii znacznie wcześniej. Po koloniach organizowanych przez Zamech regularnie zapraszano go do trampkarzy i juniorów. Przychodził, patrzył, jak wygląda trening i… rezygnował. Piłki było za mało. Gimnastyki i biegania zdecydowanie za dużo. Wolał spędzić trzy godziny na podwórku, gdzie nikt nie rozstawiał pachołków, nie liczył powtórzeń i nie tłumaczył zasad pressingu. Grało podwórko na podwórko, klasa na klasę i właśnie tam szlifowała się technika.

 

Do poważnej piłki trafił dopiero po wojsku. Pracował w Zamechu, chodził wieczorowo do technikum, ale któregoś razu jego zakład pracy wystawił piłkarską reprezentację, która z powodzeniem rywalizowała w rozgrywkach zakładowych na szczeblu krajowym. W zespole byli również ludzie znani z Olimpii. W końcu doszło do sparingu z drugim zespołem żółto-biało-niebieskich. Spychalski miał 22 lata i formalnie żadnej klubowej przeszłości. Występ wystarczył jednak, żeby wzbudzić zainteresowanie ludzi z Agrykola. Pojawił się tylko drobny problem. Rano była praca, wieczorem szkoła, a gdzieś pomiędzy trzeba było jeszcze trenować.

 

W tamtych czasach takie problemy rozwiązywano nieco inaczej niż dzisiaj. Kilkanaście dni później Spychalski przyszedł jak zwykle rano na wydział W11 w Zamechu i usłyszał od sekretarki, że… już tam nie pracuje. Zdziwienie było spore, ale zwolnienia nie dostał. Przeniesiono go na tzw. wydział chroniony. W praktyce oznaczało to możliwość trenowania rano i dalsze pobieranie zakładowej pensji. Piłka właśnie zaczynała przestawiać jego życie na inne tory, ale od razu gwiazdą nie został. Najpierw była ławka, nadrabianie kondycji i bieganie, od którego jako nastolatek tak skutecznie uciekał. Techniki nadrabiać nie musiał. Podwórko zrobiło swoje.

 

Czysty talent

Spychalski był szczupły, szybki, sprytny i trudny do złapania. Wspominający go Jerzy Templin pisał o zawodniku niekonwencjonalnym i dobrym technicznie. Jedna z anegdot opowiedzianych podczas spotkania pasowała do tej charakterystyki idealnie. Olimpia grała na kompletnie zabłoconym boisku. Do szatni na przerwę schodzili zawodnicy w białych koszulkach, z których większość biała była już tylko z nazwy. Spychalski wyglądał niemal jak przed pierwszym gwizdkiem. Dziennikarz zapytał, jakim cudem wszyscy są brudni, a on nie. Odpowiedź była prosta. Kiedy rywal próbował go skosić, uciekał nogami i przeskakiwał nad przeciwnikiem. Przewracać się zamierzał dopiero wtedy, kiedy naprawdę będzie trzeba.

 

Zresztą nawet po latach wciąż broni piłkarzy, którzy mają odwagę zrobić z piłką coś więcej niż przyjąć i oddać. Podczas spotkania dziwił się współczesnemu zakazowi dryblingu, jaki czasami narzuca się zawodnikom. Jego filozofia mieści się właściwie w jednym zdaniu: jeśli nie umiesz kiwać, nie kiwaj. Jeśli umiesz, dlaczego miałbyś tego nie robić? Sam wspominał wyjazdowe spotkanie, w którym minął trzech rywali, wyszedł w okolice bramki i wystawił koledze piłkę do niemal pustej bramki. Dla niego była to po prostu piłka. Bez komplikowania rzeczy prostych.

 

Bramki oczywiście też strzelał

Jedną zapamiętał szczególnie. Przeciwko Górnikowi Wałbrzych, zespołowi zmierzającemu wówczas do najwyższej klasy rozgrywkowej, po rzucie rożnym został około dwudziestu metrów od bramki. Piłka po wybiciu obrońcy spadła akurat na jego prawą nogę. Problem polegał na tym, że Spychalski był zdecydowanie lewonożny. Nie kalkulował. Uderzył, licząc przede wszystkim, że najpierw dobrze trafi w piłkę, a później może nawet uda się zmieścić ją w bramce. Ostatecznie zmieściła się idealnie, przy słupku. Olimpia wygrała, a w prasowej relacji odnotowano małą sensację: lewonożny Spychalski zdobył bramkę prawą.

 

Nie wszystkie wielkie mecze pozostawiły równie przyjemne wspomnienia. W 1985 roku na spotkanie z Błękitnymi Kielce przyszło około ośmiu tysięcy widzów. Była spartakiada zamechowska z okazji Dnia Energetyka, festyn, dobra pogoda i idealne warunki do piłkarskiego święta. Obecna była też ekipa telewizyjna z Włodzimierzem Szaranowiczem i Dariuszem Szpakowskim. Olimpia przegrała jednak 0:3. Po ponad czterdziestu latach Spychalski nadal określa tamten występ jako jedną z największych plam swojej kariery. Gdy podczas spotkania dostał możliwość wskazania meczu, który chciałby rozegrać jeszcze raz, nie wybrał wielkiego zwycięstwa. Wybrał właśnie Błękitnych.

 

Takie tłumy przy Agrykola nie były zresztą dla tamtej drużyny czymś zupełnie egzotycznym. Olimpia przez kilka sezonów rywalizowała na zapleczu najwyższej klasy rozgrywkowej. Z Lechią Gdańsk w Pucharze Polski potrafiła wygrać 2:0, a Spychalski zdobył jedną z bramek. Z Legią Warszawa zremisowała 1:1 i, jak wspominał, mogła nawet pokusić się o zwycięstwo.

  Elbląg, Szabelka wrócił na Agrykola
(fot. Mateusz Bryl)

 

Nie była to drużyna budowana w luksusowych warunkach. Boiska daleko odbiegały od dzisiejszych, pieniądze w Elblągu nie mogły konkurować z najbogatszymi ośrodkami, a zaplecze wyglądało zupełnie inaczej. Zostało jednak coś, do czego Spychalski wracał podczas rozmowy kilkukrotnie: paczka.

 

Zespół był zespołem

Potrafił razem grać i razem spędzać czas. Po meczu zdarzała się zabawa, od wtorku wracała robota i ciężkie treningi. Relacje nie skończyły się wraz z ostatnim gwizdkiem kariery. Spychalski wciąż utrzymuje kontakt z dawnymi kolegami. Kilka dni przed spotkaniem w Elblągu znów zebrało się razem ośmiu czy dziewięciu zawodników. Kiedy telefon dzwoni z pytaniem, czy przyjedzie na kolejne spotkanie, odpowiedź zwykle nie trwa długo: pakuje się i jedzie. Może właśnie dlatego nie było łatwo wyciągnąć go z Elbląga, mimo że propozycje były… i to finansowo znacznie atrakcyjniejsze.

 

Pojechał między innymi do Knurowa. Na miejscu oferowano mieszkanie, samochód i duże pieniądze. Tyle że Spychalski rozejrzał się dookoła, zobaczył kopalnie stojące niemal przy stadionie i przemysłowy krajobraz. Zostawił adres korespondencyjny i szybko wrócił do Elbląga. Podobnie było z GKS Bełchatów. Znów pojawiły się wysokie kwoty. Pojechał, porozmawiał z trenerem, obejrzał miasto i uznał, że nie chce tam mieszkać. Małżonka również nie paliła się do przeprowadzki. Większe pieniądze przegrywały z rodziną, znajomymi i życiem, które miał już poukładane w Elblągu. „Ja wolę Olimpię” było w tej historii ważniejsze od kolejnych zer na propozycji kontraktu. Co charakterystyczne, podczas kończącego spotkanie „pomidora” przyznał, że żadnej z odrzuconych ofert później nie żałował. Był tylko jeden kierunek, dla którego warto było zrobić wyjątek.

 

Zagranica

W 1989 roku pojawiła się Finlandia. Kontakt wyszedł od polskiego trenera Bogusława Hajdasa. Fiński klub szukał napastnika. Wcześniej sondowano innych polskich piłkarzy, ale perspektywa dalekiej północy i zimna nie wszystkich przekonywała. Telefon dotarł w końcu do Spychalskiego. Pierwsze pytanie nie dotyczyło pieniędzy. Zapytał, czy sportowo sobie poradzi. Usłyszał, że jeśli będzie grał tak jak w Polsce, da radę.

 

Ruszył więc właściwie w ciemno. Bez fińskiego, bez angielskiego, ze znajomością polskiego i odrobiną rosyjskiego. Już podróż była przygodą. Na lotnisku w Helsinkach próbował odnaleźć przygotowany dla siebie bilet na dalszy lot, posługując się słownikiem i jednym fińskim słowem: „lippu”. Przechodził od kasy do kasy, nie potrafiąc wytłumaczyć, że bilet jest już zarezerwowany. Ostatecznie udało się w ostatniej chwili. Na samolot biegł przez lotnisko, a załoga czekała na spóźnionego pasażera. Po dotarciu na miejsce zobaczył trzech mężczyzn oczekujących przy wyjściu. Jeden odezwał się po polsku. Po kilku godzinach językowej gimnastyki trudno było o piękniejsze powitanie.

 

Pierwszy sprawdzian również miał swój urok. Do pomocy sprowadzono Polaka prowadzącego sklep muzyczny. Miał tłumaczyć wskazówki trenera. Tłumaczył długo, tylko Spychalski coraz mniej wiedział, gdzie właściwie ma grać. Szkoleniowiec zorientował się, że komunikacja zmierza donikąd, odsunął tłumacza, wziął patyk, narysował boisko, kółkami zaznaczył swoich, krzyżykami rywali i pokazał napastnikowi, co ma robić. Pięć minut i wszystko było jasne. Piłka rzeczywiście ma własny język.

 

Sportowo Finlandia okazała się światem bardziej fizycznym. Technicznie Spychalski nie czuł kompleksów, za to imponowała mu mentalność rywali. Finowie grali do końca. Prowadzenie 3:0 nie było sygnałem, żeby uspokoić mecz. Trzeba było szukać czwartej bramki. Sam przekonał się o tym boleśnie. W jednym ze spotkań jego zespół prowadził do przerwy 3:0. Kwadrans później było już 3:3. Mecz zakończył się porażką 3:5. W Polsce, jak wspominał, przy wysokim prowadzeniu częściej włączało się zarządzanie wynikiem. W Finlandii nadal gryziono trawę.

 

Spychalski szybko udowodnił, że przyjechał nie tylko poznawać nowe obyczaje. W pierwszym sezonie zdobył 13 bramek i został trzecim strzelcem ligi, ze stratą dwóch goli do najskuteczniejszego, mimo że nie wystąpił w dwóch początkowych kolejkach z powodu problemów z dokumentami.

 

Zmieniła się jednak nie tylko piłka. Zmienił się cały świat

Jeszcze chwilę wcześniej żył w Polsce, w której pieniądze nie zawsze oznaczały możliwość zakupu czegokolwiek. Kartki, braki w sklepach, załatwianie towaru na święta i zakładowe sposoby zdobywania wędlin należały do codzienności. Nagle znalazł się w Finlandii. W czteropiętrowym centrum handlowym należącym do prezesa jego klubu zjechał na poziom ze sprzętem sportowym i zobaczył półki wypełnione Adidasem oraz innymi zachodnimi markami. Kierownikiem działu był w dodatku jego kolega z drużyny.

 

Padło pytanie o numer buta. „44”. Chwilę później do torby wpadały buty do biegania, treningowe, piłkarskie i kolejne elementy wyposażenia. Spychalski żartował podczas spotkania, że w pół godziny dostał tyle sprzętu, ile wcześniej nie dostał przez kilkanaście lat.

 

Podobnie abstrakcyjnie brzmiały wówczas dla Polaka karty kredytowe i cały zachodni system finansowy. Pierwszą pensję otrzymał jeszcze w kopercie. Spodziewał się pieniędzy, tymczasem koperta była podejrzanie cienka. W środku znalazł zielony dokument związany z wypłatą. Drobny szczegół, ale dobrze pokazujący skalę zetknięcia dwóch rzeczywistości.

 

Wszystko było inne

Kiedy pewnego 15 stycznia ponownie przyleciał do Finlandii, temperatura przez wiele dni utrzymywała się w okolicach minus 32 stopni, nocą spadając jeszcze niżej. Przy pierwszym wyjściu z hotelu wąsy zamarzły mu niemal natychmiast. Zimą jasno robiło się dopiero około 11:00, kilka godzin później znów przychodziła ciemność. Latem sytuacja odwracała się całkowicie i bez dobrych zasłon trudno było zasnąć, ponieważ słońce praktycznie nie znikało.

 

Za chwilę przychodził kolejny kontrast. Na zewnątrz śnieg i potężny mróz, a w środku ogromnej hali pełnowymiarowe boisko ze sztuczną trawą. Ludzie siedzieli w krótkich rękawach, pili piwo, a Spychalski patrzył na murawę i myślał tylko, że w takich warunkach można pograć.

 

Finlandia trwała pięć lat, ale nie oznaczała definitywnego rozstania z Olimpią

I tutaj jego kariera znów wymyka się dzisiejszym schematom. Fiński sezon kończył się jesienią znacznie wcześniej niż polskie rozgrywki. Formalności wyglądały trochę tak, jakby Spychalski był do Finlandii wypożyczany. Dokumenty przechodziły przez polskie instytucje piłkarskie, ale po zakończeniu sezonu na północy nadal mógł reprezentować Olimpię. Wracał więc pod koniec października, będąc w pełnym rytmie meczowym, i w listopadzie rozgrywał jeszcze trzy lub cztery kolejki w żółto-biało-niebieskich barwach. Finlandia i Elbląg przez pewien czas nie były zatem kolejnymi rozdziałami. Toczyły się równolegle.

 

Najlepiej pokazuje to historia strojów. Olimpia miała wówczas dobre koszulki Adidasa, tylko że z krótkim rękawem. Podczas jednego z meczów w Suwałkach lunął śnieg z deszczem. Spychalski wspominał, że w przerwie ręce zdrętwiały mu tak mocno, iż miał problem ze zdjęciem koszulki. Po powrocie do Finlandii uznał, że wystarczy. Poszedł do prezesa swojego fińskiego klubu i powiedział, że potrzebuje sprzętu dla „swojego klubu”. Dla Olimpii. Chciał przede wszystkim koszulki z długim rękawem. Prezes zgodził się bez większej dyskusji. Trzeba było wybrać kolory.

 

Olimpia o całej operacji nawet nie wiedziała. Spychalski skompletował 17 koszulek, spodenki, getry oraz stroje dla bramkarzy. Wszystko trafiło do ogromnej hokejowej torby. Na lotnisku rozmiar bagażu wzbudził zainteresowanie, ale Finowie opłacili nadbagaż i sprzęt dotarł do Elbląga. Piłkarz wyjechał z Olimpii do Finlandii, ale Olimpii z siebie nie wyrzucił.

 

Kiedy przyjeżdżał do Polski, potrafił zaprosić cały zespół do - nieistniejącej już - Restauracji Słowiańskiej. Kiedy klub potrzebował zawodnika, zakładał ponownie żółto-biało-niebieską koszulkę. Kiedy zobaczył, że można zdobyć lepszy sprzęt, przywiózł go kolegom.

 

Nieoczywista premia

Rzeczywistość piłkarska tamtych lat miała zresztą znacznie więcej takich obrazków. Podczas jednego z meczów spiker poinformował, że zdobywca kolejnej bramki otrzyma… pół tucznika. Trafił Spychalski. W poniedziałek ktoś zapukał do jego mieszkania. Przed drzwiami stali elegancko ubrani panowie, którzy przywieźli zgodnie z obietnicą obrobioną połowę świniaka. Termin okazał się idealny, zbliżała się komunia syna.

 

Trudno o historię, która lepiej oddawałaby piłkarską codzienność PRL-u. Premia była prawdziwa, bramka również, tylko system motywacyjny nieco odbiegał od dzisiejszych standardów.

 

Szybkie strzały

Pod koniec poniedziałkowego spotkania w siedzibie Olimpii przyszła pora na szybkie pytania. Spychalski nie żałuje, że poważne granie rozpoczął dopiero w wieku 22 lat. Jednocześnie przyznał, że część talentu prawdopodobnie zmarnował.

Skąd się wzięła je boiskowa ksywka "Szabelka"? Sam przyznał, że dokładnie nie wie. W szatni był po prostu Jackiem albo "Spychą". "Szabelka" przylgnęła do kibiców, najpewniej przez lekko wygięte nogi piłkarza, wyglądały, jak "szabelki".

 

Zapytany, czy przy wcześniejszym rozpoczęciu treningów zagrałby w najwyższej klasie rozgrywkowej, odpowiedział bez wahania: tak. Być może właśnie w tym tkwi największy paradoks jego historii. Dzisiejszy piłkarz w wieku 22 lat ma za sobą tysiące godzin treningów, akademię, trenerów przygotowania motorycznego, analizę wideo, dietę, GPS i dokładnie rozpisany rozwój. Spychalski miał za sobą Trybunalską, mecze podwórko na podwórko, wojsko, Zamech i niechęć do biegania. A później? Przyszły druga liga, pełne trybuny, Górnik Wałbrzych, Lechia, Legia, Finlandia i ponad dwieście występów w Olimpii.

 

Może nie wykorzystał wszystkiego, za to wykorzystał wystarczająco dużo, żeby po kilkudziesięciu latach usiąść przy Agrykola i przez długi wieczór nie opowiadać statystyk, tylko historie. O stroju, którego nie trzeba było brudzić, jeśli potrafiło się uciec rywalowi. O mieszkaniu i samochodzie, które nie wystarczyły, żeby zamienić Elbląg na Knurów. O mrozie, który w minutę zamrażał wąsy. O torbie hokejowej wypchanej strojami dla Olimpii. O połowie świniaka za bramkę. I o kolegach z drużyny, którzy po kilkudziesięciu latach wciąż potrafią zadzwonić z krótkim pytaniem: „Jacek, dasz radę przyjechać?”. Daje radę.

 

W całej tej opowieści najmocniej wybrzmiewało, że dla Spychalskiego Olimpia nigdy nie była wyłącznie miejscem pracy.

 

Elbląska Gazeta Internetowa portEl.pl jest patronem medialnym ZKS Olimpia Elbląg


Najnowsze artykuły w dziale Olimpia

Artykuły powiązane tematycznie

Zamieszczenie następnej opinii do tego artykułu wymaga zalogowania

W formularzu stwierdzono błędy!

Ok
Dodawanie opinii
Aby zamieścić swoje zdjęcie lub avatar przy opiniach proszę dokonać wpisu do galerii Czytelników.
Dołącz zdjęcie:

Podpis:

Jeśli chcesz mieć unikalny i zastrzeżony podpis
zarejestruj się.
E-mail:(opcjonalnie)
A moim zdaniem...
Reklama