Trzy punkty nie muszą być piękne

Po trzynastu latach Pelikan znowu wylądował w Elblągu, ale sentymentów nie było. Jedni przyjechali napędzeni, drudzy szukali wreszcie punktu zaczepienia po kilku tygodniach pod górę. Od pierwszego gwizdka statystyki można było jednak schować do szuflady, bo przemawiało już tylko boisko.
Teoretycznie więcej argumentów miał mimo wszystko Pelikan. Wyższa pozycja w tabeli, świeże 4:1 ze Świtem Nowy Dwór Mazowiecki i znacznie lepsze nastroje. Olimpia przyjechała z Sieradza z takim samym wynikiem, tylko zapisanym po niewłaściwej stronie. Do tego cztery kolejne mecze bez zwycięstwa, brak kapitana Dawida Wierzby pauzującego za czerwoną kartkę i coraz mniej powodów, żeby przy Skrzydlatej tryskać optymizmem.
Początek wyszedł jednak niemal jak w „Kochaj albo rzuć”. Pamiętacie scenę, w której wystarczyło pociągnąć za wajchę jednorękiego bandyty i od razu posypały się pieniądze? Olimpia też długo nie musiała czekać na wygraną. Trzecia minuta, rzut rożny, zamieszanie pod bramką Pelikana i Michał Kiełtyka zachował najwięcej przytomności. 1:0. Można było przynajmniej dopuścić myśl, że po kilku trudnych tygodniach futbol wreszcie zamierza coś Olimpii oddać. Tyle że mecz dopiero się rozkręcał.
Pelikan szybko chciał wyrównać. W 19. minucie zrobiło się groźnie, ale piłka przeleciała nad poprzeczką. Chwilę później błysnął Jakub Branecki. Zabrał się z piłką w asyście dwóch obrońców, sytuacja ciężka, ale napastnik Olimpii zdołał oddać strzał i wywalczyć rzut rożny. Z czasem ciężar gry przesuwał się jednak pod bramkę gospodarzy.
Pelikan szukał okazji, Olimpia częściej musiała pilnować własnego pola karnego. Końcówka pierwszej połowy należała jednak do Olimpii. Próbował Joao Augusto, a w 41. minucie mocno uderzył Sznajder. Mateusz Wlazłowski odpowiedział paradą najwyższej klasy. Wtedy można było jeszcze zastanawiać się, czy będzie to najładniejsza interwencja meczu. Andrzej Witan kazał z odpowiedzią poczekać niemal do końca.
Po przerwie Pelikan coraz mocniej rozpychał się na połowie Olimpii. Goście posiadali częściej piłkę i więcej czasu spędzali w pobliżu elbląskiej szesnastki. Olimpia odpowiedziała aktywnością Braneckiego, który znowu ruszył między dwóch rywali i zrobił właściwie wszystko, żeby akcja pachniała golem. Zamiast strzelać, dostrzegł jeszcze Świętego. Uderzenie zostało zablokowane i z bardzo obiecującej akcji został tylko jęk trybun.
Pelikan naciskał nadal. Sporo ożywienia wniósł Paweł Gierach, który po wejściu na boisko dryblował, szukał miejsca i sprawiał elbląskiej defensywie problemy. W 84. minucie jego groźne uderzenie zostało zablokowane. Im bliżej końca, tym mniej było już w grze Olimpii myślenia o drugim golu, a coraz więcej zwyczajnego bronienia korzystnego wyniku. Cztery minuty przed końcem wszystko mogło runąć. Dawid Dzięgielewski dostał swoją szansę i uderzył tak, że piłka miała wszelkie podstawy, żeby znaleźć się w bramce. Witan miał jednak inne zdanie. Kapitalna interwencja uratowała prowadzenie. “Parada meczu” - ktoś krzyknął z trybun. Fakt, obrona uratowała zwycięstwo.
Dzięgielewski po meczu pół żartem, pół serio wystawił nawet rachunek za występ bramkarza. Jego zdaniem koledzy powinni kupić Witanowi dobre piwo. Obaj znają się jeszcze z Pogoni Siedlce, więc napastnik Pelikana doskonale wiedział, czego można spodziewać się po byłym koledze.
Olimpia nie rozegrała wielkiego spotkania. Po przerwie oddała Pelikanowi za dużo przestrzeni, w końcówce została praktycznie zamknięta we własnej szesnastce. Tyle że po czterech meczach bez zwycięstwa nikt przy Skrzydlatej nie potrzebował kolejnego efektownego fragmentu zakończonego opowieścią o niewykorzystanych sytuacjach. Potrzebne były punkty. Tym razem pojawiły się w wariancie optymalnym: komplet.
Olimpia Elbląg - Pelikan Łowicz 1:0 (1:0)
1:0 - Kiełtyka (3. min.)
Olimpia: Witan - Sarnowski, Szczudliński, Kiełtyka, Kołoczek, Czapliński, Pęk, Święty (88 Czernis), Augusto (76 Kaczmarek), Sznajder (76 Pieczarka), Branecki (90 Mruk)
Elbląska Gazeta Internetowa portEl.pl jest patronem medialnym ZKS Olimpia Elbląg