UWAGA!

Przedmioty zawodowe, czyli wiedza pachnąca benzyną ekstrakcyjną (I ja byłem uczniem TM-u, odc. 8)

 Elbląg, Przedmioty zawodowe, czyli wiedza pachnąca benzyną ekstrakcyjną  (I ja byłem uczniem TM-u, odc. 8)

Gdy po ponad czterdziestu latach wracam myślami do Technikum Mechanicznego w Elblągu, coraz wyraźniej widzę, że była to szkoła, która dała mi znacznie więcej niż tylko zawód. Przekazywała wiedzę techniczną, ale przy okazji uczyła dokładności, odpowiedzialności i szacunku do pracy. Wtedy oczywiście nie zawsze potrafiłem to docenić. Była to szkoła bardzo wymagająca. Dzisiaj mogę śmiało powiedzieć, że kształtowała charaktery. Mój na pewno - pisze Daniel Lewandowski w kolejnym odcinku cyklu, publikowanego z okazji jubileuszu 80-lecia Zespołu Szkół Mechanicznych, który przypada w tym roku.

Nauczyciele przedmiotów technicznych – tak ich zapamiętałem

Jedną z najważniejszych postaci naszego technicznego kształcenia był profesor Jerzy Kosecki. Wykładał termodynamikę i silniki spalinowe. Jego lekcje miały niemal akademicki charakter. Wymagały skupienia, dokładności i przygotowania. Profesor był niezwykle precyzyjny, a jego rysunki wykonywane na tablicy były dla nas czymś w rodzaju niedoścignionego wzorca. Sposób wypowiadania się i używane słownictwo też wyróżniało go na tle innych. Było coś jeszcze, co szczególnie zapadło w pamięć – w czasie klasówek profesor potrafił dyktować zadania po niemiecku. Była to, z dzisiejszej perspektywy, bardzo nowoczesna metoda integracji kilku przedmiotów. Musieliśmy jednocześnie zrozumieć język, problem techniczny i jeszcze znaleźć rozwiązanie.

 

 

Niemniej ważne były prowadzone przez profesora Bohdana Chmielińskiego lekcje z nadwozi i podwozi samochodowych i wszystkich elementów przeniesienia napędu. W czasach, kiedy podstawowym wyposażeniem nauczyciela była kreda i tablica, profesor korzystał z projektora, diaskopu, slajdów, folii, telewizora i filmów dydaktycznych. Dzisiaj nazwalibyśmy to multimediami. W tym kontekście był przeciwieństwem profesora Koseckiego.

Profesor Roman Kostuś wprowadzał nas natomiast w świat elektrotechniki. Był człowiekiem, który zdawał się rozumieć urządzenia elektryczne znacznie lepiej niż one same siebie. Potrafił podejść do niesprawnego urządzenia, spojrzeć, coś zmierzyć, poprawić połączenie i doprowadzić je do działania. Kiedy pytaliśmy, jak to zrobił, odpowiedź często była taka, jaką udzielił kasiarz Kwinto zapytany, gdy otworzył sejf: „Trzeba było uważać”.

 

 

Budowy maszyn uczyli profesorowie Andrzej Sawicki i Wacław Wielesik. Przedmiot ten obejmował obliczenia wytrzymałościowe wałów, przekładni zębatych, połączeń nitowanych i spawanych, mechanizmów dźwigowych. Wszystko to przydało mi się w późniejszej nauce na politechnice oraz w pracy zawodowej.

Profesor Zysk, prowadzący zajęcia z automatyki, pozostawał natomiast nauczycielem nieprzewidywalnym – na jego lekcjach nigdy nie można było być całkowicie pewnym, co wydarzy się za chwilę. Ale to od niego się dowiedziałem czym jest człon całkująco-różniczkujący, choć rachunek całkowy i różniczkowy poznałem dopiero na studiach.

 

Pracownia samochodowa i zapach benzyny ekstrakcyjnej

Oprócz lekcji odbywanych w klasach przedmioty techniczne obejmowały również zajęcia w pracowni samochodowej. Tam nie wystarczało tylko wiedzieć, jak coś powinno działać. Trzeba było jeszcze potrafić to rozebrać, złożyć i zademonstrować to działanie.

 

 

W ramach pracowni, w celach dydaktycznych, czyściliśmy wszystkie części samochodowe - wahacze, felgi, filtry powietrza, gaźniki, pompy, skrzynie biegów, mosty napędowe i przekładnie. Benzyna ekstrakcyjna, szczotka druciana i szmatka były wtedy naszym odpowiednikiem dzisiejszego wyposażenia profesjonalnego warsztatu. Z czasem zaczynaliśmy rozpoznawać coraz więcej elementów samochodu. Zaczynaliśmy rozumieć, po co są i jak współpracują z pozostałymi elementami. Najlepszą szkołą był jednak sam samochód. Fiat 126p i Fiat 125p były dla nas czymś więcej niż tylko pojazdami. Były obiektami nauki, praktyki i niekiedy cierpliwości. To właśnie tam teoria spotykała się z praktyką. Czasami zgodnie z podręcznikiem, czasami nieco mniej.

 

Historia jednej pracy dyplomowej

W czwartej klasie przyszła pora na pracę dyplomową. Temat wybieraliśmy jesienią 1986 roku. Razem z kolegą zdecydowaliśmy się na dokończenie stanowiska do badania rozruszników. Pomysł był ambitny, bo punktem wyjściowym była stary, zardzewiały stojak. Właściwie wszystko należało zrobić od początku. Potrzebny był rozrusznik. Zdecydowaliśmy się na Żuka, którego znaliśmy już całkiem dobrze. Wykonaliśmy stanowisko tak, aby miało również charakter dydaktyczny. Przez specjalne okna można było obserwować elementy rozrusznika, w tym wirnik, uzwojenia i mechanizm bendixa. Potem zaczęło się kompletowanie pozostałych elementów. Amperomierz, woltomierz, dynamometr, instalacja, stojak, malowanie, szlifowanie i niezliczone drobne poprawki.

 

 

Z dzisiejszej perspektywy widzę, że była to praca nie tylko dwóch uczniów. Pomagali nam rodzice, rodzeństwo, znajomi i osoby, które potrafiły zdobyć potrzebny materiał czy element. Można powiedzieć, że był to rodzaj rodzinnego projektu technicznego, w którym każdy miał swój udział. W końcu stanowisko było gotowe. Nadszedł dzień obrony. Wszystko przygotowane. Akumulator podłączony. Naciskamy przycisk - i nic!. Rozrusznik nie zareagował. Komisja spojrzała na urządzenie. Potem na nas. I postanowiła obejrzeć inne prace, a my zostaliśmy sami ze swoim dziełem. Po chwili znaleźliśmy przyczynę. Po oczyszczeniu klem akumulatora rozrusznik zadziałał i nasza praca dyplomowa, a z nią i my, obroniliśmy się. Przekazaliśmy urządzenie szkole do celów dydaktycznych. Widniały na nim dumnie nasze nazwiska.

 

 

Historia mogłaby się tutaj szczęśliwie zakończyć, ale życie dopisało jeszcze jeden rozdział. Po wielu latach, podczas jednego z jubileuszy szkoły zaproszono absolwentów do zwiedzania piwnic. To właśnie tam przechowywano najlepsze prace dyplomowe. Serce zaczęło mi bić szybciej. Pomyślałem: Ciekawe czy nasze stanowisko jeszcze istnieje? Schodzę po schodach. Półmrok. Wokół mnóstwo różnych prac dyplomowych. Różne stanowiska badawcze i demonstracyjne. Stare urządzenia. Wypatruję znajomej sylwetki. I nagle... jest! Stoi - prawie dokładnie takie samo, jak je zostawiliśmy. Podchodzę bliżej. Patrzę na tabliczkę. I... serce mi zamarło. Stanowisko było nasze. Ale autorzy... ...już nie. Ktoś najzwyczajniej w świecie odkręcił tabliczkę z naszymi nazwiskami i przykręcił nową. Nasza praca dyplomowa została adoptowana. Bez naszej zgody. Bez aktu notarialnego. Bez najmniejszego choćby retuszu. Pomyślałem wtedy, że właśnie zostałem skasowany z historii. Dzisiaj nazwalibyśmy to naruszeniem praw autorskich. W tamtych czasach chyba po prostu uznano, że skoro stanowisko stoi, to autor może się zmienić. Tak jak numer sali. Albo kolor ścian.

 

Przez chwilę poczułem żal. Później jednak pomyślałem, że można zmienić tabliczkę, ale nie można zmienić historii, która stoi za tym urządzeniem. Nie można odebrać człowiekowi godzin pracy, emocji związanych z jego powstaniem ani wspomnienia chwili, kiedy po oczyszczeniu klem rozrusznik wreszcie ruszył.

 

Co zostało po czterdziestu latach?

Kiedy po ponad czterdziestu latach wracam myślami do Technikum Mechanicznego, coraz bardziej doceniam to, co otrzymałem od nauczycieli przedmiotów technicznych. Wtedy nie wszystko było łatwe. Nie każdą lekcję lubiłem i nie każdy wykres czy sprawdzian budził mój entuzjazm. Dzisiaj patrzę na to inaczej.

 

 

Szkoła nauczyła mnie czegoś ważniejszego niż samej wiedzy technicznej. Nauczyła mnie, że dokładność ma znaczenie. Że urządzenie nie zacznie działać tylko dlatego, że bardzo chcę, żeby działało. Że czasami trzeba wrócić do podstaw i sprawdzić coś, co na pierwszy rzut oka wydaje się zbyt banalne. Tak jak wtedy, gdy problemem okazały się zwykłe klemy akumulatora.

Zrozumiałem też, że za każdą konstrukcją stoi człowiek – jego wiedza, praca, cierpliwość i odpowiedzialność. Po latach patrzę na siebie z tamtego okresu i mam poczucie, że to właśnie wtedy kształtowały się moje podstawowe zasady podejścia do pracy. Życie pokazuje, że można wymienić tabliczkę na pracy dyplomowej, zamalować tablicę, wyrzucić stary projektor czy zezłomować samochód. Nie da się jednak zezłomować wspomnień. Po ponad czterdziestu latach mogę powiedzieć z pełnym przekonaniem: To była moja szkoła!

 

Daniel Lewandowski

 

Uroczystości 80-lecia Zespołu Szkół Mechanicznych odbędą się 2 października. Więcej szczegółów tutaj.

(*) Uwaga - w opracowaniu użyłem ilustracji, które nakładem sporego wysiłku wygenerowałem przy użyciu sztucznej inteligencji. Grafiki powstały na bazie zachowanych w mojej pamięci obrazów i są moją subiektywną wizją tamtych przeżyć oraz wrażeń. Każdy z uczestników mógł je zapamiętać nieco inaczej. Za ewentualne nieścisłości przepraszam.

 

Wszystkich głębiej zainteresowanych tematyką tego opracowania zachęcam do kontaktu pod adresem daniel.lewandowski1967@gmail.com. Poniżej link do moich wcześniejszych publikacji o podobnej tematyce.

 


Najnowsze artykuły w dziale Szkoły i uczelnie

Artykuły powiązane tematycznie

Zamieszczenie następnej opinii do tego artykułu wymaga zalogowania

W formularzu stwierdzono błędy!

Ok
Dodawanie opinii
Aby zamieścić swoje zdjęcie lub avatar przy opiniach proszę dokonać wpisu do galerii Czytelników.
Dołącz zdjęcie:

Podpis:

Jeśli chcesz mieć unikalny i zastrzeżony podpis
zarejestruj się.
E-mail:(opcjonalnie)
A moim zdaniem...
  • looknijcie na yt: dla pieniędzy - polska dopłaca ukraińcom i brazylijczykom do emerytur! sukces afd - dobrze czy źle dla polski?
  • Elbląg miał 2 niesamowite ATUTY położenie na skrzyżowaniu szlaków i doświadczoną kadrę techniczną. Ekipy a właściwie jedna ekipa bo to jest ta sama i to jest kontynuacji ich polityki nie wykorzystały tego. Obecnie ci ludzie to już osoby w wieku przedemerytalnym lub emeryci i została zaburzoną ciągłość wiedzy przekazywana pokoleniowo. Elbląg jest miastem UPADŁYM bez przyszłości
  • Zaje... temat naprawdę. Glodnemu chleb na myśli
  • Głodnemu chleb na myśli.... benzyna ekstrakcyjna
  • Pan redaktor lubi setę benzyny ekstrakcyjnej?
  • Ostatnio poszukiwałem w internecie informacji o nauczycielach z elblaskiego TMu. Wiecie co znalazłem? Nic. Tak jakby ich nigdy nie było. A przecież oni ksztalcili i kształtowali mnóstwo młodych ludzi. Ten artykul to powinien zmienić. Opisani tu nauczycieli byli tez moimi wykładowcami i to ich nazwisk bezskutecznie poszukiwałem w necie.
Reklama