Elblążanie z pasją: Poetki pełne energii (odcinek 2)

Można ich słuchać godzinami i czerpać z ich bogatego życiowego doświadczenia. Łączy je zamiłowanie do literatury. Gdy przychodzi natchnienie, chwytają za pióro i tworzą. O wielkiej pasji pisania rozmawiamy z paniami Gizelą Wądołkowską i Heleną Stachnowicz. To kolejne bohaterki naszego cyklu „Elblążanie z pasją”.
Pani Gizela, zwana przez bliskich Izą, w Elblągu mieszka od ponad 50 lat. W lutym skończyła 97 lat! Pochodzi z Łodzi, do Elbląga przywiodły ją sprawy sercowe. Dzięki zamieszczonemu w gazecie anonsowi poznała swojego męża Stanisława i tak trafiła do naszego miasta. To wielka miłość do męża sprawiła, że po latach wróciła do pisania wierszy. Pisze niemal codziennie.
Pani Helena przybyła do Elbląga ze Stoczka Łukowskiego w 1946 roku. Była wtedy nastolatką. Jej rodzinną miejscowość spalili Niemcy. Rodzina została bez niczego. Najpierw zamieszkała w nieistniejącym dziś domku na Zawadzie. Jednak ze strachu przed radzieckimi żołnierzami przeniosła się do centrum miasta, najpierw na Słoneczną, potem na Kościuszki. Podobnie, jak w przypadku pani Gizeli, dopiero drugi mąż okazał się dla pani Heleny miłością życia. To do niego adresowała swoje erotyki. Pisała odkąd pamięta.
Dominika Kiejdo: - Pisze Pani piękne wiersze. Z wykształcenia jest Pani księgową, jak to się stało, że zaczęła Pani pisać?
Gizela Wądołkowska: - Talent odziedziczyłam po mamie. Mama pisała wiersze, mówiła wierszami. Ale to że wróciłam do pisania w tak późnym wieku zawdzięczam pani, pani Dominiko, bo to pani mnie zmotywowała. Wcześniej miałam straszny kompleks niższości. Zaczęłam żyć, bo znalazłam sobie zajęcie na stare lata. A nudziłam się jak mops. Zostały mi tylko cztery ściany i to okienko z widokiem na lipy.
- Podobno natchnienie jest tak silne, że nie może Pani spać w nocy?
GW: - W nocy kotłują mi się w głowie rymy i rzeczywiście nie mogę spać. Nie mogę się od nich opędzić i wtedy po prostu wstaję i piszę.
- O czym Pani pisze?
GW: - O wszystkim, co mnie otacza. Pretekstem do tego są różne święta, jak na przykład dzień matki. Jak było święto drzewa, to napisałam o lesie, który ginie. Piszę też o latach dziecięcych, o Ksawerowie, w którym mieszkałam w dzieciństwie, bo te wspomnienia tak bardzo żyją we mnie i wznoszą mnie ponad poziomy. Wiele wierszy jest poświęconych mojemu drugiemu mężowi. To był cudowny człowiek! Takich chyba nie ma już na świecie.
- Pani Heleno, Pani także słała wiersze miłosne do swojego męża. Jest Pani polonistką, emerytowaną nauczycielką i pisze Pani, odkąd pamięta.
Helena Stachnowicz: - Pisałam zawsze. Gdy byłam w drugiej klasie szkoły podstawowej, już wtedy pisałam krótkie wierszyki. Były to rymy częstochowskie. Wtedy nie przywiązywałam do tego żadnej wagi. Koleżankom się podobały, więc dawałam im w prezencie z okazji imienin czy urodzin. Jeśli chodzi o późniejszą twórczość, była to przede wszystkim proza. Poezją zainteresowałam się, gdy pracowałam jako Babcia Agatka w Radiu El. Pisałam bajeczki dla dzieci. Były i rymowane i pisane prozą. Poezję tworzyłam także z miłości do drugiego męża. Bardzo go kochałam i poświęciłam mu erotyki. Jest to cały zestaw wierszy, które pisałam przez 26 lat naszego pożycia. Gdy byłam w sanatorium, to słałam do niego wiersze miłosne. Były to wiersze białe, nie rymowane, ale jakoś trafiały mu do serca. Odpisywał mi także w postaci wiersza. Nadal mam próbki jego literatury. Potem zdobyłam się na to, by te moje erotyki ująć w książkę. Na publikację nie miałam pieniędzy. Oprawiłam tylko dwa egzemplarze dla mojej rodziny.
- Pani Gizelo, ostatnio pisze Pani bardzo intensywnie, ale pierwsze próby powstały również w Pani młodości.
GW: - Próbowałam pisać już we wczesnej młodości, gdy byłam jeszcze z moim pierwszym mężem. Ten robił mi przykrości i wtedy pisałam o tym wiersze. Potem przez jakiś czas miałam przerwę w pisaniu. Mąż poszedł na wojnę, a ja zajęłam się utrzymywaniem rodziny. Miałam na utrzymaniu siebie, córkę i teściową. Pierwszy mąż zostawił mnie, mimo, że czekałam na niego z utęsknieniem 22 lata. Gdy poznałam mojego drugiego męża, przez rok utrzymywaliśmy kontakt listowy, bo mieszkaliśmy w różnych miastach i wtedy powstało wiele wierszy i listów miłosnych. Potem jeszcze przez wiele lat pisałam wiersze, bo bardzo go kochałam i nawet jak umarł, rozmawiałam z nim wierszem. Piszę cały czas, jeszcze intensywniej niż wcześniej, ale dziś poruszam już inne tematy, ważne dla mnie sprawy. Piszę także o rzeczach, które mają dziś popyt i są na czasie. Staram się dostosować do teraźniejszej mody.
- Niedawno zdradziła mi Pani, że pisze powieść. Jest Pani niesamowita!
GW: Będzie to powieść rodzinna. Nie chcę na razie zdradzać szczegółów. Jak nie zdążę, to córka dokończy. Powoli jednak kończę powieść. Jest już dość gruba, ma 15 cm grubości.
- Pani Heleno, słyszałam, że zdobyła Pani niedawno pierwsze miejsce w ogólnopolskim konkursie literackim.
HS: - Na moje ostatnie urodziny córka Grażyna sprawiła mi ogromną niespodziankę. Wcześniej wysłała mój wiersz pt. „Marzenie” na konkurs poezji miłosnej zorganizowany w ramach Ogólnopolskiego Festiwalu Sztuki Słowa „Czy to jest kochanie?”. W moje urodziny zakomunikowała mi, że mój wiersz zdobył pierwsze miejsce. To dla mnie wielkie wyróżnienie, bowiem na konkurs wpłynęło kilkaset wierszy! W nagrodę udałam się na wypoczynek do Spa w Starych Jabłonkach. Nie spodziewałam się tego. Pokazywali mnie nawet w telewizji. A wiersz, który wygrał konkurs, powstał po sprzeczce z mężem. I to on nas wtedy pogodził.
- Kiedyś była Pani znana w Elblągu jako Babcia Agatka. Czytała Pani dzieciom bajki, śpiewała im. Wiele osób Panią pamięta.
HS: - Występowałam jako Babcia Agatka w Radiu El i czytałam tam dzieciom wiersze, napisane przeze mnie i cudze. Dzieci musiały mnie lubić, bo do dziś mam w domu górę laurek i listów z podziękowaniami od moich małych słuchaczy .
- A czego dotyczy Pani proza?
HS: - Nie potrafię pisać o przyrodzie. Piszę więc o ludziach. Opisuję moje przeżycia związane z domem, rodziną, kręgiem przyjaciół. Dziś prowadzę także kronikę klubową w Domu Spokojnej Starości, do którego codziennie uczęszczam. Niedawno wytypowano moje zdjęcie do kalendarza opisującego życie w naszym Domu. Piszę koleżankom wiersze i listy do ukochanego. Czuję się potrzebna. Po śmierci męża wpadłam w depresję. Pomógł mi MOPS i tak trafiłam do Domu Spokojnej Starości. Nie mogłam pogodzić się ze śmiercią męża, już pięć lat minęło od jego śmierci, a mnie nadal serce ściska, jak o nim mówię.
- Bardzo się cieszę, że Panie się ze sobą spotykają, że są dla siebie podporą. Tym bardziej, że to ja Panie ze sobą poznałam. Od razu wiedziałam, że wiele Panie ze sobą łączy.
HS: - Szczerze mówiąc bardzo bałam się spotkania z panią Gizelą, bałam się zranienia, którego po drodze w życiu sporo doświadczyłam. Zupełnie niepotrzebnie, bo pani Gizela to bardzo ciepła, serdeczna i dobra osoba. Mogę zawsze do niej zadzwonić, jak coś mnie dręczy, zwierzyć się. Cieszę się, że ją poznałam. Już nie ma na świecie takich ludzi.
Pani Helena przybyła do Elbląga ze Stoczka Łukowskiego w 1946 roku. Była wtedy nastolatką. Jej rodzinną miejscowość spalili Niemcy. Rodzina została bez niczego. Najpierw zamieszkała w nieistniejącym dziś domku na Zawadzie. Jednak ze strachu przed radzieckimi żołnierzami przeniosła się do centrum miasta, najpierw na Słoneczną, potem na Kościuszki. Podobnie, jak w przypadku pani Gizeli, dopiero drugi mąż okazał się dla pani Heleny miłością życia. To do niego adresowała swoje erotyki. Pisała odkąd pamięta.
Dominika Kiejdo: - Pisze Pani piękne wiersze. Z wykształcenia jest Pani księgową, jak to się stało, że zaczęła Pani pisać?
Gizela Wądołkowska: - Talent odziedziczyłam po mamie. Mama pisała wiersze, mówiła wierszami. Ale to że wróciłam do pisania w tak późnym wieku zawdzięczam pani, pani Dominiko, bo to pani mnie zmotywowała. Wcześniej miałam straszny kompleks niższości. Zaczęłam żyć, bo znalazłam sobie zajęcie na stare lata. A nudziłam się jak mops. Zostały mi tylko cztery ściany i to okienko z widokiem na lipy.
- Podobno natchnienie jest tak silne, że nie może Pani spać w nocy?
GW: - W nocy kotłują mi się w głowie rymy i rzeczywiście nie mogę spać. Nie mogę się od nich opędzić i wtedy po prostu wstaję i piszę.
- O czym Pani pisze?
GW: - O wszystkim, co mnie otacza. Pretekstem do tego są różne święta, jak na przykład dzień matki. Jak było święto drzewa, to napisałam o lesie, który ginie. Piszę też o latach dziecięcych, o Ksawerowie, w którym mieszkałam w dzieciństwie, bo te wspomnienia tak bardzo żyją we mnie i wznoszą mnie ponad poziomy. Wiele wierszy jest poświęconych mojemu drugiemu mężowi. To był cudowny człowiek! Takich chyba nie ma już na świecie.
- Pani Heleno, Pani także słała wiersze miłosne do swojego męża. Jest Pani polonistką, emerytowaną nauczycielką i pisze Pani, odkąd pamięta.
Helena Stachnowicz: - Pisałam zawsze. Gdy byłam w drugiej klasie szkoły podstawowej, już wtedy pisałam krótkie wierszyki. Były to rymy częstochowskie. Wtedy nie przywiązywałam do tego żadnej wagi. Koleżankom się podobały, więc dawałam im w prezencie z okazji imienin czy urodzin. Jeśli chodzi o późniejszą twórczość, była to przede wszystkim proza. Poezją zainteresowałam się, gdy pracowałam jako Babcia Agatka w Radiu El. Pisałam bajeczki dla dzieci. Były i rymowane i pisane prozą. Poezję tworzyłam także z miłości do drugiego męża. Bardzo go kochałam i poświęciłam mu erotyki. Jest to cały zestaw wierszy, które pisałam przez 26 lat naszego pożycia. Gdy byłam w sanatorium, to słałam do niego wiersze miłosne. Były to wiersze białe, nie rymowane, ale jakoś trafiały mu do serca. Odpisywał mi także w postaci wiersza. Nadal mam próbki jego literatury. Potem zdobyłam się na to, by te moje erotyki ująć w książkę. Na publikację nie miałam pieniędzy. Oprawiłam tylko dwa egzemplarze dla mojej rodziny.
- Pani Gizelo, ostatnio pisze Pani bardzo intensywnie, ale pierwsze próby powstały również w Pani młodości.
GW: - Próbowałam pisać już we wczesnej młodości, gdy byłam jeszcze z moim pierwszym mężem. Ten robił mi przykrości i wtedy pisałam o tym wiersze. Potem przez jakiś czas miałam przerwę w pisaniu. Mąż poszedł na wojnę, a ja zajęłam się utrzymywaniem rodziny. Miałam na utrzymaniu siebie, córkę i teściową. Pierwszy mąż zostawił mnie, mimo, że czekałam na niego z utęsknieniem 22 lata. Gdy poznałam mojego drugiego męża, przez rok utrzymywaliśmy kontakt listowy, bo mieszkaliśmy w różnych miastach i wtedy powstało wiele wierszy i listów miłosnych. Potem jeszcze przez wiele lat pisałam wiersze, bo bardzo go kochałam i nawet jak umarł, rozmawiałam z nim wierszem. Piszę cały czas, jeszcze intensywniej niż wcześniej, ale dziś poruszam już inne tematy, ważne dla mnie sprawy. Piszę także o rzeczach, które mają dziś popyt i są na czasie. Staram się dostosować do teraźniejszej mody.
- Niedawno zdradziła mi Pani, że pisze powieść. Jest Pani niesamowita!
GW: Będzie to powieść rodzinna. Nie chcę na razie zdradzać szczegółów. Jak nie zdążę, to córka dokończy. Powoli jednak kończę powieść. Jest już dość gruba, ma 15 cm grubości.
- Pani Heleno, słyszałam, że zdobyła Pani niedawno pierwsze miejsce w ogólnopolskim konkursie literackim.
HS: - Na moje ostatnie urodziny córka Grażyna sprawiła mi ogromną niespodziankę. Wcześniej wysłała mój wiersz pt. „Marzenie” na konkurs poezji miłosnej zorganizowany w ramach Ogólnopolskiego Festiwalu Sztuki Słowa „Czy to jest kochanie?”. W moje urodziny zakomunikowała mi, że mój wiersz zdobył pierwsze miejsce. To dla mnie wielkie wyróżnienie, bowiem na konkurs wpłynęło kilkaset wierszy! W nagrodę udałam się na wypoczynek do Spa w Starych Jabłonkach. Nie spodziewałam się tego. Pokazywali mnie nawet w telewizji. A wiersz, który wygrał konkurs, powstał po sprzeczce z mężem. I to on nas wtedy pogodził.
- Kiedyś była Pani znana w Elblągu jako Babcia Agatka. Czytała Pani dzieciom bajki, śpiewała im. Wiele osób Panią pamięta.
HS: - Występowałam jako Babcia Agatka w Radiu El i czytałam tam dzieciom wiersze, napisane przeze mnie i cudze. Dzieci musiały mnie lubić, bo do dziś mam w domu górę laurek i listów z podziękowaniami od moich małych słuchaczy .
- A czego dotyczy Pani proza?
HS: - Nie potrafię pisać o przyrodzie. Piszę więc o ludziach. Opisuję moje przeżycia związane z domem, rodziną, kręgiem przyjaciół. Dziś prowadzę także kronikę klubową w Domu Spokojnej Starości, do którego codziennie uczęszczam. Niedawno wytypowano moje zdjęcie do kalendarza opisującego życie w naszym Domu. Piszę koleżankom wiersze i listy do ukochanego. Czuję się potrzebna. Po śmierci męża wpadłam w depresję. Pomógł mi MOPS i tak trafiłam do Domu Spokojnej Starości. Nie mogłam pogodzić się ze śmiercią męża, już pięć lat minęło od jego śmierci, a mnie nadal serce ściska, jak o nim mówię.
- Bardzo się cieszę, że Panie się ze sobą spotykają, że są dla siebie podporą. Tym bardziej, że to ja Panie ze sobą poznałam. Od razu wiedziałam, że wiele Panie ze sobą łączy.
HS: - Szczerze mówiąc bardzo bałam się spotkania z panią Gizelą, bałam się zranienia, którego po drodze w życiu sporo doświadczyłam. Zupełnie niepotrzebnie, bo pani Gizela to bardzo ciepła, serdeczna i dobra osoba. Mogę zawsze do niej zadzwonić, jak coś mnie dręczy, zwierzyć się. Cieszę się, że ją poznałam. Już nie ma na świecie takich ludzi.
Rozmawiała Dominika Kiejdo