UWAGA!

----

Szłam głodna do szkoły…

 Elbląg, Szłam głodna do szkoły…
fot. AD

- Gdy kończyłam maturę, nie mieliśmy dosłownie co jeść! Szłam głodna do szkoły, o szklance herbaty tylko! A to były pomyje, nie herbata. Bez cukru, bo cukier był bardzo drogi! A maturę zdałam ledwo ledwo, bo mi się ciemno z głodu robiło! – wspomina okres dwudziestolecia międzywojennego pewna starsza pani mieszkająca dziś w Elblągu. Oto jej historia.

Zbliża się Narodowe Święto Niepodległości, które skłania nas do wspomnień o dawnych czasach, do powrotu do przeszłości. W dniu 11 listopada pochylamy się nad kartą historii, by w chwili ciszy docenić poświęcenie i odwagę naszych przodków, którzy wywalczyli dla nas wolną Polskę. Niedawno miałam przyjemność porozmawiać z pewną starszą panią, urodzoną w 1917 roku w Łodzi. Pomyślałam sobie, że warto spisać jej wspomnienia, by nie przepadły. Z każdym rokiem jest coraz mniej takich ludzi jak ona. Mam wrażenie, że wraz z ich odejściem tracimy coś cennego. Postanowiłam więc spisać historię mojej nowej znajomej. Moja rozmówczyni nie pamięta wszakże dnia, w którym Polska odzyskała niepodległość, miała wtedy bowiem niecałe dwa lata. Pamięta jednak bardzo dobrze czasy między pierwszą a drugą wojną światową. Pierwszą część swego życia spędziła w Łodzi. W 1961 roku przeprowadziła się do Elbląga, w którym mieszka do dzisiaj. Czuje się elblążanką. W rozmowie ze mną powróciła jednak do swojego rodzinnego miasta.
      
       - Przeżyłam kryzys światowy. Pochodziłam z zamożnej rodziny. Rodzice mieli majątek ziemski, jednak z powodu choroby ojca musieliśmy go sprzedać. Tata był chory na serce i nie mógł w nim w dalej gospodarzyć. Po sprzedaży miał dylemat, gdzie ulokować pieniądze. Przed drugą wojną byli tzw. faktorzy, przeważnie biedni Żydzi. Jeździli furmanką, mieli takiego konia, szkapinę. Jeździli tak sobie od majątku do majątku i wszystko wiedzieli. Taki faktor potrafił wszystko załatwić i służbę jak było trzeba i garnek kupić. Dzięki temu nie trzeba było specjalnie jechać do miasta. A skoro Żydzi wszystko wiedzieli, mój ojciec się ich zapytał, co ma zrobić i gdzie ma ulokować te pieniądze. No i faktor poradził ojcu, że najlepszy bank to Bank Ziemi Kaliskiej, oni tam płacą osiem procent za lokatę. Ojciec wywiedział się w międzyczasie, że w innych bankach płacą pięć czy sześć procent i pomyślał sobie, że ulokuje tam pieniądze, bo i tak nie będą tam długo leżały. Miał zamiar założyć jakieś przedsiębiorstwo, bo przecież trzeba było z czegoś żyć. A ten Żyd to był przebiegły człowiek. Dostał wcześniej łapówkę od właściciela banku za naganianie klientów. Za pół roku bank splajtował i wszystko przepadło. Ojciec cudem wywalczył osiem procent z kwoty, którą wpłacił, a to nie było dużo pieniędzy i starczyło nam na założenie sklepu galanteryjnego. Nie cieszyliśmy się tym interesem długo, ponieważ w tamtych czasach Żydzi bardzo niszczyli polski handel. Z tego powodu Żydzi byli wtedy nielubiani, aczkolwiek ja miałam serdeczną przyjaciółkę, Żydówkę, która potem zginęła w getcie. W jaki sposób niszczyli ten handel? Gdy rabinat (czyli gmina żydowska) dowiedział się, że Polak dobrze zarabia, natychmiast naprzeciwko załatwił biedakowi, który nic nie miał, choćby stragan z produktami o grosz tańszymi. Strata wysokości jednego grosza na danym produkcie była dopłacana przez rabinat. Wszyscy, którzy kupowali w polskim sklepie, szli wtedy kupować u Żyda. Grosz to było wtedy bardzo dużo. To była bułka dla dziecka! Sklepy polskie plajtowały, trzeba było zwijać interes. Taka osoba sprzedawała za marne grosze interes i przenosiła się na inny koniec miasta, ale Żydzi byli bardzo przebiegli i również w tamtym miejscu ustawiali stragan jako konkurencję. Było to zamknięte koło. Trwało to tak do całkowitego upadku, do całkowitej biedy Polaka. Chłopi przyjeżdżając do miasta kupowali w tych właśnie tańszych żydowskich sklepach, bo udawało im się tam wytargować ceny, a w polskich sklepach ceny były stałe. Była w nich elegancka obsługa. W drzwiach klienta witał elegancko ubrany portier. Otwierał klientowi drzwi, witał go pięknie, potem pięknie za nim drzwi zamykał. Zwyczaj taki narodził się w Poznaniu, potem przeniósł się na województwo łódzkie, a z czasem na całą Polskę. Na każdym sklepie chrześcijańskim wisiała tablica, na której wielkimi literami widniał napis: „Nie kupuj u Żyda”. Krótko przed wojną powstało zrzeszenie, które walczyło z nieuczciwym handlem żydowskim. Walka ta trwała jednak bardzo krótko. Mój ojciec nie mógł zajmować się sklepem, bo był chory na serce. Sklepy prowadziła mama. Nas również dotykał problem nieuczciwego handlu żydowskiego. Ciągle się przenosiliśmy z interesem, zmienialiśmy branże. W końcu doszliśmy do tego samego stanu, co inni. Gdy kończyłam maturę, nie mieliśmy dosłownie co jeść! Szłam głodna do szkoły, o szklance herbaty tylko! A to były pomyje, nie herbata. Bez cukru, bo cukier był bardzo drogi! Kosztował 1 zł, a było to bardzo dużo pieniędzy. Mało kto go kupował. Kupowano środek zastępczy, tańszy, a i czasami na ten środek nie było pieniędzy i piło się gorzką herbatę. Chleb był też bardzo drogi i wyliczano go na rodzinę. Byłam bardzo dobrą uczennicą, miałam w szkole same piątki. A maturę zdałam ledwo ledwo, bo mi się ciemno z głodu robiło! Jak ktoś miał parę morgów ziemi na wsi, miał kózkę czy krowinę, to się wyżywił. A większe gospodarstwa były zabijane podatkami, ale ludzie tam z głodu nie umarli. A w mieście było bardzo źle. Uratowali się jedynie rzemieślnicy. Zreperowali coś, to dostali parę groszy, ale i ich praca to nie było nic pewnego. Była to praca z doskoku. Taki był kryzys i boję się, że teraz będzie to samo. On idzie wielkimi krokami. Na kryzys światowy, gospodarczy nie ma ratunku jak tylko wojna. Można powiedzieć, że wojna mnie uratowała. Krótko przed wojną był taki minister przemysłu Eugeniusz Kwiatkowski. Wpadł on na pomysł, który mógłby zlikwidować kryzys. Zrobił z osady rybackiej, jaką była wtedy Gdynia, port. Z całej Polski zjeżdżali się do Gdyni ludzie, żeby ten port budować. Stawiali sobie szałas na plaży i pomagali w budowie, by zarobić kilka groszy. Wybudowaliśmy port, jak się potem okazało nie dla siebie, ale dla okupanta.
      
       - W czasie wojny chorowałam, bo miałam zakażenie gruźlicze, a jak wiadomo Niemcy bali się wtedy gruźlicy i w pewnym sensie był to dla mnie jakiś ratunek. Moja mama była ciężko chora na raka. Musiałam się nią zajmować. Mogłam ratować ją tylko morfiną. Było bardzo ciężko. Mieliśmy takiego przyjaciela, który bywał u nas, miał 90 lat i był lekarzem. Niemcy go nie wysiedlili i pracował w szpitalu wojskowym. Do szpitala przyjeżdżali z Syberii żołnierze z odmrożonymi nogami. To była plaga! Straszny ból, ich kości były odmrożone. I wtedy ten nasz znajomy lekarz wypisywał recepty na nazwisko jednego z tych chorych żołnierzy, sam szedł do apteki, bo bał się, że jak nam da receptę i ja pójdę, to wpadniemy. Wykupywał morfinę i robił mamie zastrzyki. Mama chorowała dwa i pół roku, zanim zmarła. Tata zmarł przed wojną. Muszę opowiedzieć, co mnie uratowało przed przedwojennym kryzysem. Jestem z bliźniąt. Miałam brata. Ojciec chciał mieć syna i jak się urodził mój brat, był bardzo szczęśliwy. Podczas porodu akuszerka mówi: „Ojej tam coś jeszcze zostało, trzeba to wyczyścić!” No i wyciągnęła mnie. Gdy ojciec mnie zobaczył, powiedział, że wyglądałam jak taki duży śledź. Brat ważył 5,5 kg, ja ważyłam strasznie mało. Nie miałam ani brwi, ani paznokci u rąk i nóg, żadnych włosów. Byłam czymś podobnym do dziecka. Kiedyś nie było inkubatorów. Zamiast nich w szpitalu brali taki duży pojemnik na ryby, kładli tam bardzo dużo waty razem z olejem. Leżałam w nim razem z bratem, bo byliśmy ośmiomiesięczni. Brat potem wyrósł na dwa metry, a ja mu sięgałam do ramienia. Wyglądaliśmy jak Pat i Patachon (czytaj Pataszon – bohaterowie duńskiego filmu z 1926 roku). Jak szliśmy na ulicy, mama zawsze mówiła: „Trzymajcie się za rączkę, macie być w zasięgu oka!” Brata uratowało przed kryzysem wojsko. Nie mógł znaleźć pracy, a w wojsku przynamniej dostał coś do jedzenia. Gdy wojna wybuchła, poszedł na front wschodni, potem uciekł z niewoli. Mnie uratowało małżeństwo. Przyjaciółka mamy miała siostrę w Koninie. Miała ona hotel, a w nim cukiernię i restaurację. Pani ta była wraz z mężem bardzo zajęta, a miała dwoje dzieci. Chłopiec miał sześć lub siedem, a dziewczynka dziesięć lat. Miałam się zająć tymi dziećmi, być ich guwernantką. Odrabiałam z nimi lekcje, chodziłam do parku na spacer, przeprowadzałam niegłupie rozmowy i uczyłam savoir vivru. Gdy dzieci nie chciały się za bardzo modlić, śpiewałam z nimi rano i wieczorem: „Wszystkie nasze dzienne sprawy”. Ich rodzice byli mną zachwyceni. Byłam skromniutka, przy jedzeniu nie zabierałam głosu, chyba, że mnie ktoś o coś zapytał. Podobało im się, że każdy moment rozmowy z dziećmi wykorzystywałam na naukę np. jak szliśmy na spacer jesienią do parku, zbieraliśmy liście, pytałam ich, jakie to liście, jak się nazywa, jakie drzewo. Pracowałam tam tylko dwa miesiące. Tam poznałam mojego męża. Przebywał on u tych państwa w towarzystwie. Siadaliśmy razem do stołu. On był dziesięć lat starszy ode mnie. Podobało mu się, że jestem taka skromniutka. Od razu uderzył w konkury. Towarzyszył mi w spacerach z dziećmi. Z czasem zapytał się mnie: „Czy zechce Pani być moją żoną?”. Wtedy nie mówiło się tak od razu na „ty”. „Będzie mnie Pani kochała?” – zapytał. „To zależy od Pana.” - odpowiedziałam. „To nie wypada, żeby Pani tu pracowała.” – powiedział. – „Moja praca się kończy (bo on był w Koninie służbowo, a pochodził z tej samej miejscowości, co ja czyli z Łodzi), ja panią zabieram ze sobą.” Napisałam list do rodziców, o nim nic nie wspomniałam, ale mama się domyśliła i była zatrwożona. Napisała mi list, że miała niedobry sen. Śniło jej się, że mnie smok połknął. Mój mąż nie spodobał się rodzicom. Pojechał zawieźć mój list rodzicom, ponieważ chciał ich poznać. Nie zrobił na nich dobrego wrażenia. Powiedział im wtedy, że chce się ze mną ożenić, że się we mnie zakochał. Przed wojną była moda na takich mężczyzn, silnych ludzi, którzy potrafili walnąć w stół. Mój mąż był właśnie takim człowiekiem. Będąc u moich rodziców rąbnął w stół, że aż blat podskoczył! Powiedział, że jak on coś chce, to musi to osiągnąć! To się rodzicom nie podobało. Mój mąż szedł przez życie przebojem. Wyszłam za niego za mąż i tak uratowałam się przed kryzysem, miałam co do ust włożyć. Brat wkradł się w moje łaski. Był bardzo zdolny, ale piłeczka była mu bardziej w głowie niż nauka. Był w klasie o rok niżej, bo raz nie zdał. Wykreślili go potem ze szkoły z powodu braku czesnego. Mój mąż zapłacił za niego czesne za zaległe miesiące i brat mógł skończyć szkołę. Źle się z tym czułam, bo byłam wtedy mojemu mężowi bardzo zobowiązana. Mój brat w ogóle o tym nie pomyślał. Dwa lata żyłam z mężem, urodziła się nam córeczka i mąż został powołany do walki, do Pierwszego Pułku. Moja córka miała wtedy rok i kilka miesięcy. Mieszkałam u teściów, ale jak moja mama zachorowała, musiałam wszystko zostawić i zająć się nią. Panowało wówczas takie przekonanie, że rak jest zaraźliwy i musiałam zostawić córkę na trzy lata u teściowej. Było to dla mnie ciężkie, ale przyjeżdżałam do niej co sobotę. Wojna minęła, a resztę to już Pani zna…
dk

Najnowsze artykuły w dziale Społeczeństwo

Artykuły powiązane tematycznie

Zamieszczenie następnej opinii do tego artykułu wymaga zalogowania

W formularzu stwierdzono błędy!

Ok
Dodawanie opinii
Aby zamieścić swoje zdjęcie lub avatar przy opiniach proszę dokonać wpisu do galerii Czytelników.
Dołącz zdjęcie:

Podpis:

Jeśli chcesz mieć unikalny i zastrzeżony podpis
zarejestruj się.
E-mail:(opcjonalnie)
A moim zdaniem... (od najstarszych opinii)
  • Jak najbardziej popieram takie artykuły. Największy Szacunek dla tej Pani i jej Pokolenia. Niestety dzisiejsze rządy i władze nie maja pojęcia o cierpieniu i nie wiedzą co czynią zaniedbując ludzi z tamtych lat i trwoniąc niepodległość kosztem prywatnego zysku i gnębienia własnego narodu.
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    0
    0
    Historyk(2012-11-09)
  • jest to piękny przykład wrażliwości, kultury i szacunku dla człowieka i jego losu. Dlatego wielkim nietaktem jest uprawianie prymitywnej demagogii, panie historyku przy okazji recenzowania tej wzruszającej historii.
  • Są wśród Nas ludzie co nie jedno przeżyli. Piękna opowieść.
  • tatuś chyba był tez chory na głowę, skoro przed Żyda straganem nie ustawił swojego jeszcze tańszego gdzie mozna było negocjować ceny, generalnie durna ta opowiesc o tatusiu nieudaczniku
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    0
    0
    handlowiec(2012-11-09)
  • Myślę, że byłby piękny film na kanwie tej opowieści. Ale wracając do rzeczywistości. .nie trzeba szukać. .daleko. .nie trzeba Żydów. .bo to co sie teraz w Polsce wyprawia- to wstyd na świat!. Zero szacunku dla siebie, zero wsparcia i to robi Polak- Polakowi!Aż nie chce się oglądać programów informacyjnych, po prostu żenada. .. No i te manifestacje zapowiadane na 11-go listopada- będzie jedna WIELKA BURDA. .. - a nie ŚWIĘTO. !! Pozdrawiam
  • To historia jak z ekranu. Życzę zdrowia.
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    0
    0
    nigdy wojny- tak mówiła babcia(2012-11-10)
  • . .. te handlowiec. .ty weź i sprzedaj ten komputer przez który piszesz takie pierdoły najlepiej grosz taniej. Potem zapisz się na terapię u psychiatry, jest nadzieja że nie wszystko stracone i uda się uratować pozostałe organy twojego organizmu przed kompletnym rozkładem ( mózg już stracony ale reszta. .. kto wie ). Marny człowieczku nie ogarniasz reali tamtych czasów i z artykułu niczego się nie dowiedziałeś i nie wysnułeś żadnych wniosków niczego nie przyjmujesz do bani a informację z tego artykułu postrzegasz kategoriami debila. Wielki, wielki szacun dla tej Pani. Swoją drogą redakcja mogła by zrealizować całą serię takich opowieści z ludźmi którzy mają coś do powiedzenia, przecież każdy z nich to inna historia. .. a czas płynie i wiele takich opowieści umrze razem z nimi. Pozdrawiam
  • Jun jak najbardziej cie popieram
  • Fantastyczna historia. Wzruszajaca i odkrywajaca kolejne motywy z tamtych czasow. na historii w szkole tego nie ucza. Super by bylo wydac cos w rodzaju albumu z opowiesciami takich ludzi z elblaga. Mysle ze wiele osob chetnie by kupilo i dowiedzialo nieco wiecej jak wygladalo zycie w naszym miescie w tamtych czasach, bo nasza wladza malo robi zeby elblazanie poznali historie elblaga
  • Wspaniala opowieść, gdy żyla moja Babcia, moglam godzinami słuchać jej opowiadań o tych czasach. Pozdrawiam obie Panie:)
  • z całym szacunkiem ale to stek bzdur, Gdynię rozpoczeto budować w 1921 roku, prawa miejskie uzyskała w 1926 roku, pisanie, że rozpoczeto jej budowe przed wojna to bzdura, podejrzewam, że reszta historyjki jest tak samo prawdziwa jak element o budowie Gdyni, dere
  • Miałem przeczytać dwa zdania a przeczytałem jednym tchem całą historię. Szkoda że już koniec, jesstem pod wrażeniem. Pozdrawiam
Reklama