UWAGA!

Drogi Czytelniku,

uprzejmie informujemy, że w związku z wejściem w życie Rozporządzenia o Ochronie Danych Osobowych stworzyliśmy zgodną z nim politykę prywatności. Regulacje RODO zmuszają nas do wystąpienia z prośbą do Ciebie o zaakceptowanie jego postanowień, chociaż z praktycznego punktu widzenia nic się nie zmienia w sposobie korzystania z naszego serwisu.

Jedyną rzeczą, która może budzić Twoje obawy jest profilowanie. Wyjaśniamy, że w naszym przypadku, tak jak dotychczas, skutkuje ono wyłącznie tym, że jeśli uprzednio byłeś/aś na stronie jakiegoś biura podróży, to z dużym prawdopodobieństwem nasi zaufani partnerzy reklamowi tacy jak Google serwować będą banery z widokami złocistych plaż.

Prosimy zapoznać się z polityką prywatności stosowaną na naszej stronie i zaakceptować jej postanowienia.

Może później

Tak bardzo bałam się krwi

 
Elbląg, Pani Danuta podczas powstania - ta z torbą
Pani Danuta podczas powstania - ta z torbą (fot. arch)

- Jeszcze potem przez długie, długie lata słyszałam bulgot wypływającej krwi. Mój kolega konał przy mnie, a ja przecież tak bardzo bałam się krwi!- wspomina powstanie warszawskie elblążanka, Danuta Matejek.

Dokładnie 69 lat temu, 1 sierpnia o godz. 17, wybuchło powstanie warszawskie, które pochłonęło wiele istnień ludzkich. W bohaterskiej dwumiesięcznej walce, zorganizowanej przez Armię Krajową przeciwko wojskom niemieckim okupującym stolicę, zginęło blisko 16 tys. polskich żołnierzy. Rannych zostało ok. 20 tys. żołnierzy, w tym 5 tys. ciężko. 15 tys. żołnierzy (w tym ok. 900 oficerów i 2 tys. kobiet) dostało się do niewoli niemieckiej. Ogólny stan liczebny jednostek AK w Warszawie wynosił ok. 50 tys. zaprzysiężonych żołnierzy, mężczyzn i kobiet.
      
       Godzina W
       W walkach o Warszawę wzięła udział także niespełna szesnastoletnia wtedy Danusia, łączniczka w batalionie „Gurt”. Po wojnie dziewczyna trafiła wraz z rodziną do Elbląga. Dziś przeniosła się wspomnieniami do tego historycznego wydarzenia: - 1 sierpnia o godzinie drugiej przyszedł do mnie łącznik i kazał zgłosić się do patrolowej na Moniuszki – mówi Danuta Matejek. - Tak też zrobiłam. Zebrał się tam cały nasz patrol i tuż przed piątą poszliśmy na ulicę Zielną, bo tam było nasze miejsce postoju. Wszystko było odpowiednio zorganizowane. Najśmieszniejsze było to, że mój brat, który był w batalionie „Zośka”, wcale nie wiedział, że ja też należę do organizacji i że wychodzę do powstania. Dopiero potem, gdy się spotkaliśmy, okazało się, że ja też biorę w nim udział – dodaje. - Od godz. 17 zaczęła się strzelanina, zaczęli się ranni. Trudno tak opowiedzieć przebieg powstania dzień po dniu. Pamiętam tylko niektóre zdarzenia. Dobrze pamiętam jedno z nich: na rogu Zielnej i Złotej był olbrzymi lej od bomby. Nie było przejścia na drugą stronę Zielnej i trzeba było iść właśnie tym lejem, a Niemcy akurat strzelali z granatników. No a ja szłam właśnie z meldunkiem, bo nasze plutony były rozrzucone w różnych miejscach i nosiłam hasła albo meldunki. Przeszłam przez ten lej. No i nagle okazało się, że nie mam koperty z hasłem. „Nie wrócę” – pomyślałam sobie – „będę tu stać tak długo aż jej nie znajdę. Najwyżej granaty mnie dosięgną i zabiją”. Znalazłam kopertę, wysunęła mi się po prostu z kieszeni i upadła. Mając szesnaście lat nie myśli się racjonalnie! Potem 4 października Niemcy wygonili nas z Warszawy. Chcieli nas: mnie, brata i rodziców, zabrać do obozu w Pruszkowie, a ponieważ Niemcy nie byli w stanie wszystkich upilnować, bo wiele ludzi wtedy szło, udało nam się odłączyć od grupy i uciekliśmy na wieś, do znajomych rodziców pod Warszawą. Był czas, że przebywałam w chlewiku ze świnkami, bo Niemcy przychodzili przeszukiwać domy, a ja jak najbardziej nadawałam się do wywiezienia gdzieś do obozu.
      
       Sport, gra w karty i przyjaciele
       Mimo, że pani Danuta odczuwa wiele dolegliwości, optymizm jej nie opuszcza. Ma wielu przyjaciół, może liczyć na pomoc rodziny: - Kiedyś leżałam pół roku w hospicjum i mam tam przyjaciół - mówi. - Zawsze w czwartki są tam spotkania, w których co tydzień uczestniczę. Przyjeżdża po mnie samochód i jadę spotkać się z przyjaciółmi. Poza tym od czasu do czasu spotykam się z rodzicami mojej synowej, grywamy w karty. Jak poszłam na emeryturę, postanowiłam sobie, że ułożę sobie życie tak, żeby nie być zrzędliwą i zgryźliwą osobą i to przynosi dobry skutek – śmieje się.
       Pani Danuta ma wiele zainteresowań, nietypowych dla kobiet w jej wieku. Uwielbia sport. Z niecierpliwością czeka na mistrzostwa w piłce siatkowej czy w lekkiej atletyce: - Uwielbiam sport, oglądam wszystko poza piłką nożną – mówi z pasją. - Teraz będzie dużo siatkówki, na co bardzo czekam, oraz na mistrzostwa świata w lekkiej atletyce. Mam taką pasję, ponieważ nigdy nie miałam nic wspólnego ze sportem, bo gdy byłam młoda, to była wojna. Po wojnie też nie miałam ku temu okazji, a zawsze uwielbiałam sport. Teraz odbijam to sobie oglądając sport w telewizji. Mimo, że przez moje dolegliwości czasami mam dosyć życia, to jednak jeszcze choć jeden rok chciałabym pożyć – śmieje się pani Danuta – i dożyć okrągłej rocznicy wybuchu powstania. Niestety ze względu na stan zdrowia nie uda mi się przybyć wtedy do Warszawy. Żałuję, że nie byłam też w muzeum Powstania Warszawskiego. Właściwie prawie w ogóle nie mam kontaktu ze swoim batalionem w Warszawie. Pozostały już właściwie same „niedobitki”, bo prawie wszyscy poumierali.
      
       Widok krwi mnie przerażał
       Pani Danuta urodziła się w Białymstoku w 1928 roku. Do Warszawy przybyła w 1937 roku. Jak wspomina przedwojenną stolicę?: - Mój ojciec był wielkim patriotą i na takich też nas wychowywał. Często chodziliśmy do muzeum. Pamiętam właśnie to przedwojenne muzeum. Pamiętam też defiladę, nasze przedwojenne wojsko maszerujące ulicami Warszawy. Są to tylko urywki wspomnień. Niewiele zostało mi w pamięci, bo byłam wtedy dzieckiem. Ojciec, jak tylko mógł, prowadził mnie i brata do centrum miasta. Pamiętam Łazienki, pomnik Chopina. Nasze warszawskie mieszkanie znajdowało się na czwartym piętrze. Gdy wybuchła wojna, podczas bombardowań, które były najczęściej w nocy, ojciec nie pozwolił nam od razu w trwodze lecieć do piwnicy. Musieliśmy się najpierw ubrać, wziąć przygotowany plecak z rzeczami i dopiero schodziliśmy na dół. Wyrobił w nas opanowanie w takich właśnie trudnych sytuacjach. Nigdy nam nie pozwolił siedzieć w piwnicy w czasie bombardowań. Zawsze wychodził z założenia, że lepiej zostać zabitym niż zasypanym żywym. Przygotował nas do tego, co może nas czekać. Gdy wybuchło powstanie, po prostu na nie poszliśmy, w ogóle się nie zastanawiając, że możemy zginąć. Bo kiedy ma się szesnaście lat, to w ogóle się o takich rzeczach nie myśli! Mój brat był w batalionie „Zośka”, ja zostałam przydzielona do batalionu „Gurt”, służyłam tam w patrolu sanitarnym. Jeszcze przed powstaniem byłam przez kilka miesięcy szkolona na sanitariuszkę, ale jak już powstanie wybuchło, jak przyszli pierwsi ranni, to niestety pozostałe sanitariuszki musiały zajmować się mną, nie rannymi, bo mdlałam na widok krwi. Gdy się okazało, że nie jestem w stanie zajmować się rannymi, dowódca naszej kompanii wziął mnie na łączniczkę.
      
       On konał, a ja tak bardzo bałam się krwi!
       Powstanie warszawskie to wiele traumatycznych wspomnień, które utkwiły dzielnej kobiecie głęboko w pamięci: - Najbardziej przeżyłam śmierć kolegi, który był snajperem – mówi pani Danuta. - Nasi snajperzy wchodzili na najwyższe piętra budynków przy ulicy Chmielnej i strzelali do Niemców. Pewnego dnia wybrałam się z dwoma kolegami i koleżanką na tę właśnie ulicę Chmielną. I wtedy Niemcy strzelili do jednego z kolegów o pseudonimie „Sokół”, kula przebiła tętnicę szyjną. Jeszcze potem przez długie, długie lata słyszałam bulgot wypływającej krwi. On konał przy mnie, a ja przecież tak bardzo bałam się krwi! Kilka dni później wybraliśmy się na Powiśle, by zanieść kwiatki na jego grób. Było to około 15 sierpnia. Po drodze miało miejsce bombardowanie. Przechodziliśmy koło kościoła św. Krzyża na Krakowskim Przedmieściu. Postać Chrystusa leżała z ręką w górze. Weszliśmy do kościoła. Wszystko się tam trzęsło, te żyrandole, te dźwięki! Już dalej nie poszliśmy, koledzy nie wytrzymali psychicznie i zawróciliśmy. Grób kolegi znajdował się na podwórku, udało się jeszcze zorganizować trumnę dla niego, bo potem to już trumien nie było. Ciała po prostu zakopywało się na podwórkach, potem były ekshumacje. Na początku powstania zmarłe osoby zanosiło się do specjalnego pokoju, modliło się przy nich. Potem nie było już na to zwyczajnie czasu i od razu zakopywano ciała.
      
       Ojciec uważał, że to obowiązek
       W czasie powstania panował duży głód, nie było co jeść. Młoda Danusia i z tym dawała sobie radę: - Pamiętam, że mieliśmy cukier – mówi. - Robiło się wtedy mocną kawę zbożową i dosypywało się do niej pół szklanki cukru, by oszukać organizm. Miałam w czasie powstania możliwość dojścia do rodziców. Byłam tam może ze cztery razy. I mama zawsze na moje przyjście miała ukryte jakieś jedzenie. Kiedyś zrobiła placki ziemniaczane. Zawsze starała się zebrać trochę jedzenia dla mnie. Tak sobie teraz myślę, że gdybym ja miała dzieci, to chyba bym nie pozwoliła im pójść na to powstanie, ale mój ojciec był bardzo twardy, był wielkim patriotą i uważał, że tak trzeba. Był z zawodu mechanikiem samochodowym, a w Elblągu miał transport samochodowy, a potem został taksówkarzem.
      

 


       Pierwsze lata w Elblągu
       Po krótkim pobycie na wsi pod Pruszkowem cała rodzina przeniosła się do Częstochowy: - Rodzicie bali się wrócić do Warszawy i czekających tam represji wobec żołnierzy AK. W Częstochowie chodziłam dwa lata do szkoły. W międzyczasie rodzice wyjechali do Elbląga, zostawiając mnie tam. Następnie przeniosłam się do Bydgoszczy, gdzie zrobiłam małą maturę. W końcu przybyłam do Elbląga, gdzie zaczęłam liceum handlowe na ulicy Traugutta. Teraz już nie ma tego budynku. Był rok 1947. Dwa lata później ukończyłam szkołę i zrobiłam maturę.
       Po maturze pani Danuta wyjechała na rok do Wrocławia, gdzie studiowała i pracowała jako księgowa. Studiów nie ukończyła, gdyż rodzice nie zgodzili się na ich finansowanie. Wróciła do Elbląga. Zaczęła pracować, z czasem wyszła za mąż i urodziła syna: - Mieszkałam na ulicy Grunwaldzkiej. Akurat ta ulica była oszczędzona przez wojnę i nie została mocno zniszczona. Trochę inaczej ten Elbląg wtedy wyglądał, nawet śmiesznie! Przez Plac Grunwaldzki jeździł pociąg. Pamiętam też, że chodziliśmy ze szkołą na odgruzowanie Starego Miasta, odgruzowaliśmy m.in. kościół św. Mikołaja. Jednak nie uczęszczałam zbyt często w te rejony. Obracałam się raczej w Śródmieściu, w rejonach Grunwaldzkiej czy Traugutta.
      

dk
Polub ten artykuł
Polub portEl.pl
A moim zdaniem...
  • Pamięć i chwała poległym, Hańba decydentom.
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    12 2
    (2013-08-01)
  • Pani Danusiu- wyrazy wielkiego szacunku, podziwu i sympatii. Pozdrowienia!
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    15 0
    ewamm(2013-08-01)
  • Henryk Siwakowski Elblag 18.o7.2013. Tobie Ojczyzno. A kiedy wybiła godzina W spłynęły krwią powstańcze barykady i włosy dziewcząt białe choć broni nie było walczyli o honor i szły na śmierć harcerskie zastępy całe. Po gruzach Warszawy płynęła pieśń Hej chłopcy bagnet na broń niejedna w ranach krwawiła pierś niejedna krwią spływała skroń. Czeluście kanałów były ich schronem i domem by bronic Ojczyzny wokoło czuć było fetor rozkładających się ciał i tam leczyli swe blizny. Och jakże trudno było umierać gdy było tylko szesnaście lat łzy często zalewały oczy gdy z boku konał młodszy brat. A w sercach cicho płynęła pieśń , ,Warszawo ma ciągle płaczę i nie wiem czy cię jeszcze zobaczę Warszawo ma, ,. Ten był szczęśliwy co przeżył te dni choć w sercu miał rany krwawe spalone miasto i krzyży las poległych za Warszawę. Dzisiaj przed nimi chylimy czoło składamy hołd bohaterom Warszawy oddali Ojczyźnie to co najdroższe życie dla kochanej Warszawy.
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    8 1
    (2013-08-01)
  • prawdziwi Polacy, prawdziwy patriotyzm, chęć i wola walki o ojczyznę! teraz nie ma już takich wartości. wielki szacunek i słowa uznania. z całego serca życzę, żeby Pani dożyła tej okrągłej rocznicy i jeszcze wielu kolejnych! :-)
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    12 0
    Ploterek(2013-08-01)
  • Pani Danuto. Zdrowia zycze i szcunku.
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    11 0
    M.J(2013-08-01)
  • Ciekawe, czy wspołczesni młodzi byliby zdolni do takich postaw?
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    8 2
    pytajnik(2013-08-01)
  • cześć i chwała bohaterom
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    10 0
    Patriota(2013-08-01)
  • wielki szacunek dla pani
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    10 0
    rocker(2013-08-01)
  • Przypuszczam że gdyby ojciec tej pani zyl by po dzien dzisiejszy to wlasnorecznie ukrecilby leb tuskowi, rostowskiemu, niesiolowskiemu i nowakowi. Albo posazynalby ich jak swinie.
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz Pokaż ten wątek
    9 5
    ursus(2013-08-01)
  • Pani Danuto, skladam na pani rece wielki szacunek, wielki podziw, zycze duzo zdrowia i jeszcze wiele radosci w tym trudnym politycznie zyciu. .. .
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    7 0
    emerytka(2013-08-01)
  • Dobrze, że nie wspomniałeś o Jarosławie Zbaw Polskę. Na niego nawet by nie splunął.
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz Pokaż ten wątek
    2 4
    (2013-08-01)
  • Największych zbrodni na ludności cywilnej Warszawy dopuścili się ukraińscy bandyci
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz Pokaż ten wątek
    8 0
    martan(2013-08-01)
Reklama