To teściowa wybrała dla niej szczęście

W oczach starszych ludzi jest coś niesamowitego. Rozmowa z nimi zostawia we mnie ślad sprawiając, że długo nie mogę o niej zapomnieć. Niezatarty ślad już na zawsze zostawi we mnie spotkanie z panią Gizelą, 95-letnią elblążanką, która pisze wspaniałe wiersze.
Gizela Wiktoria Wądołkowska, zwana przez bliskich Izą, w Elblągu mieszka od ponad 50 lat. W lutym skończy 96 lat. Jest łodzianką, w Elblągu znalazła się przez wzgląd na sprawy sercowe. I wcale nie chodzi tu o problemy ze zdrowiem. Bynajmniej. Nasza bohaterka do Elbląga zawitała w 1961 roku, ponieważ ... zakochała się w przystojnym Stasiu, który pracował w Zamechu. Jej życie można podzielić na dwa etapy. Pierwszy okazał się dla niej niezbyt szczęśliwy. Pierwszy mąż pani Gizeli wyruszył na wojnę. Przez 22 lata kobieta wyczekiwała powrotu swojego drogiego małżonka.
- Czekałam na niego, jak zakonnica, z fotografią pod poduszką – mówi pani Gizela. - Czekałam. „Batory” przybywał z Polakami rozrzuconymi wcześniej po świecie. Przypływały okręty, a jego nigdy na nich nie było. Może przybędzie następnym, myślałam sobie. Ja go specjalnie nie szukałam, może powinnam to zrobić przez Czerwony Krzyż, ale byłam strasznie zapracowana – kontynuuje. - Miałam dziecko, nasze wspólne zresztą, i teściową na utrzymaniu. Musiałam pracować i zarabiać na rodzinę. Pewnego dnia mój pierwszy mąż wysłał mi wiadomość z prośbą o rozwód. Napisał też, że ja jestem piękna i młoda, że jeszcze mogę sobie ułożyć życie, a on jest taki chory, że nie nadaje się do życia małżeńskiego.
Prawda była jednak inna. Pierwszy mąż pani Gizeli już dawno ułożył sobie życie z kimś innym.
Długie wyczekiwania na powrót pierwszego męża, wynagrodził pani Gizeli drugi mąż. On otworzył drugi etap w jej życiu. Ten szczęśliwy.
- To były szczęśliwe lata. To był cudowny człowiek. Myśli moje odgadywał! – mówi drżącym, pełnym wzruszenia głosem pani Gizela. - Minęły 24 lata od jego śmieci. Nie mogę jeździć już na jego grób, ponieważ on jest pochowany w Gdańsku. Ostatnio napisałam dla niego wiersz. To był taki dobry człowiek, że trzeba było go pokochać. Niestety. To znaczy raczej "stety" – śmieje się.
Poznali się w bardzo banalny sposób. Pani Gizela, za namową teściowej, zamieściła ogłoszenie matrymonialne w gazecie. Teściowa bardzo pragnęła, by jej synowa ułożyła sobie życie i była szczęśliwa.
- Moja teściowa powiedziała do mnie tak: „Słuchaj Sieroto!”. Mówiła tak często do mnie, ponieważ ja bardzo wcześnie straciłam oboje rodziców. „On sobie życie ułożył, a ty? Ja już długo nie pożyję. Musisz sprawę tak załatwić, żebym ja wiedziała zanim zamknę oczy, że ty nie zostajesz sama.” – opowiada pani Gizela. - Na początku nie chciałam, zwyczajnie nie miałam na to czasu. Musiałam pracować, utrzymać rodzinę. Moja teściowa na to, że jeśli ja nie napiszę tego anonsu, to ona go napisze. Napisałyśmy go wspólnie. Przyszła cała fura listów – dodaje. - Moja teściowa, jako że miała dużo czasu, przeglądała wszystkie te listy. Upoważniłam ją do tego. Zajęła się weryfikacją ewentualnych kandydatów. Na koniec zostawiła dwa czy trzy listy i kazała mi wybierać. Ja mamie na to, żeby to ona wybrała, bo ona ma większe doświadczenie i zna się na ludziach. No i wybrała dla mnie mojego męża. Z jego listu wyczytała, że musi być uczciwym człowiekiem. A gdy go zobaczyła, powiedziała do mnie, że jak za niego nie wyjdę, to zrobię wielki błąd. Dobrze mu z oczu patrzyło.
Teściowa pani Gizeli „miała nosa”. Pan Stanisław okazał się najwspanialszym mężem pod słońcem. Był opiekuńczy nie tylko w stosunku do swej żony, lecz także do wszystkich. Dbał, a nawet faworyzował swoją teściową.
- Miałam 44 lata, gdy wychodziłam za niego za mąż – mówi pani Gizela. - Mąż mnie rozpieszczał, starał mi się na każdym kroku dogodzić. Stale pytał się, w czym mi jeszcze ulżyć, w czym pomóc. Nie potrafił nic zrobić w gospodarstwie domowym, ale ja patrzyłam na to przez palce, ponieważ jego chęci mi wystarczyły – uśmiecha się.
Wiersze pani Gizeli powstały z miłości do Stasia, którego bezgranicznie kochała.
- Moja mama pisała wiesze. Niestety, w czasie wojny zginęły dwa tomy z jej twórczością. Bardzo tego żałuję. Natomiast ja zaczęłam pisać w okresie narzeczeńskim. Chcąc pogłębić uczucie pisałam wiersze dla przyszłego męża. To były częstochowskie rymy. Część z nich wyrzuciłam, bo się wstydziłam. Wydawały mi się naiwne! – śmieje się poetka. - Potem miałam długą przerwę i powróciłam do pisania niedawno. Od czasu do czasu przesyłam moje wiersze do pasierbicy, córki męża z pierwszego małżeństwa. Ona jest polonistką. Jesteśmy bardzo zaprzyjaźnione. Po przeczytaniu moich wierszy powiedziała mi, że tego absolutnie nie można zaniedbać, że mam pisać dalej i więcej! To dzięki niej piszę, ponieważ ona mnie wspiera i mobilizuje. Po przeczytaniu wiersza, który napisałam z okazji 24. rocznicy śmierci męża, nie mogła dojść do siebie. Powiedziała mi tylko, że porozmawiamy o nim za kilka dni, ponieważ nie może na razie o tym rozmawiać.
Pani Gizela z wykształcenia jest księgową. Po przeprowadzce do Elbląga była jednak kasjerką. Pracowała także w biurze projektów.
Pani Gizela jest bardzo radosną, pełną życia i energii osobą. Zaraża nią wszystkich dookoła. Ma bardzo światły umysł i wiele do powiedzenia. Jest niesamowita. Mądra. Duchem bardzo młoda. Rozmowa z nią podbudowuje i dodaje otuchy. Konwersując z nią czuje się jej młodość, chęć życia, radość! Jest w niej coś takiego, że nie można przejść obok niej obojętnie, ale chce się wciąż do niej powracać, choćby myślami. Jak o niej myślę, wzruszam się i uśmiecham zarazem.
Oto wiesz pani Gizeli, wiersz utkany z miłości. Niewątpliwej i prawdziwej. Wiersz napisany 24 lata po śmierci ukochanego męża:
Do Stasia
Każde serce pełne miłości,
Nie cierpi próżni, samotności,
Chciałoby kochać, być kochanym,
Uczuciem darzyć, być oddanym.
Dbać, pomagać, wspierać słowem,
A wszystko razem, wszystko społem.
Z wszechwładną za pan brat empatią,
Czy będzie luksus, bieda, ciasno,
Dwa serca rytmem jednym bijąc,
Wzajemnie myśli odgadując,
W dobroci ścigają się wzajem,
By życie mogło być rajem.
Tak, to prawda, tak to było,
To, co pragnęłam się spełniło.
I to z dużym jeszcze naddatkiem.
Tyle, że wspólnym życia statkiem,
Płynąć mi dłużej nie pisane,
Więc budzę się sama co rano.
Pamiętając mnóstwo rannych zajęć,
Nocne sny o Tobie łapie pamięć,
Bo snu kalejdoskop umyka,
Jak tchórz niczym rozpędzona bryka.
Sny tak prawdziwe, tak rzeczywiste,
To jak szczęście na jawie przeżyte,
Lecz Ty jesteś dawno w zaświatach,
A ja tu sama po tylu latach.
Wspomnienia tylko i piękne sny,
W chwilach trudnych towarzyszą mi.
Jak klacz Lotna, jak wierny pies,
Zostało co święte i to jest!
I będzie, bo pamięć zostanie,
Póki życia mojego stanie.
A niewiele już czasu minie,
Nim w Twej spotkamy się krainie,
Smutne są chwile, Ciebie wciąż brak,
Nie dochodzi stamtąd żaden znak.
Czy Ci tam dobrze, czy jest Ci źle,
Lecz któż to nam powie, któż to wie?
Póki co, ziemia niech Ci lekką będzie,
Ptaszek świergocząc na płycie siądzie,
Krągłe ziarna jałowca pozjada,
Dzień dobry powie, z Tobą pogada.