Witaminy kontra łakocie

Komputer, chipsy, coca-cola i baton czekoladowy na stałe wpisały się w świat współczesnego dziecka. To, co jeszcze dwadzieścia czy trzydzieści lat temu było rarytasem mieszczącym się w sferze marzeń każdego małolata, dziś leży w zasięgu jego ręki. Ta dostępność wszelkich dóbr, którą oferuje nam współczesność, potrafi jednak płatać figla i odbija się często na zdrowiu naszych pociech.
Wydawałoby się, że współczesne dzieciaki to szczęściarze. Komputery, laptopy, iPody, telefony komórkowe, MP3, gry komputerowe, tablety oraz słodycze wpisane są w teraźniejszy świat dziecka i towarzyszą mu na każdym kroku. Te cuda współczesności niosą jednak ze sobą wiele niebezpieczeństw, dlatego powątpiewam czasami, które pokolenie należy do bogatszych - pokolenie dzisiejszych trzydziestolatków czy pokolenie współczesnych dziesięciolatków. Pomijam fakt, że to, co dzisiejsze dziecko ma w zasięgu ręki, dziecko urodzone w latach 80. musiało sobie wyobrazić, albo też to, że kiedyś książka była użytecznym domowym rekwizytem, a dziś bezużytecznie kurzy się na półce. Jednak najbardziej chodzi tu o kwestię zdrowego trybu życia, a co za tym idzie zdrowego stylu odżywania się naszych pociech, które zbyt często sięgają po chipsy, coca-colę, batony czy fast foody. Wina leży często po stronie rodzica, który z wygody bądź z braku czasu na gotowanie, zabiera swe pociechy do McDonald’sa.
– Dzieci nie odżywiają się dzisiaj zdrowo, a jest to wina zapracowanych rodziców, którzy nie mają siły i czasu na wymyślanie zdrowych potraw i idą na łatwiznę – mówi mama siedmioletniej Olgi. Dzieci jedzą jakieś kupne obiady: kluski, pierogi. Z drugiej strony są też rodziny, w których gotuje się zgodnie z tradycją: podaje się schabowego czy zawiesiste zupy – dodaje. – Rodzice przymykają często oko na to, że ich pociechy zbyt często jedzą chipsy lub słodycze. Być może chcą, by ich dzieci miały w zasięgu ręki to, czego oni w dzieciństwie nie mieli. Z tego co wiem, dzieci w szkole mojego dziecka jedzą kanapki przygotowane w domu. Dwa, trzy razy w tygodniu dostają w szkole darmowe mleko w kartonie. Dzieciaki miały też dostawać owoce w ramach jakiegoś programu unijnego, ale jeszcze nie dostają. Może nastąpi to w okresie zimowym. Moja córka zabiera do szkoły kanapki, jabłko i wodę do picia, w szkole je obiad. Pewnie niektórzy rodzice dają swoim dzieciom do szkoły również słodycze.
Na efekt karmienia dzieci słodyczami nie trzeba długo czekać. Z roku na rok rośnie liczba dzieci z nadwagą. Jak można zapobiec temu niepokojącemu zjawisku? Wiele zależy od rodzica. To przede wszystkim do jego rozsądku należy apelować. Można także próbować pewne sprawy uregulować prawnie.
W jednym z październikowych artykułów, które ukazały się łamach naszej gazety można było przeczytać o dość ciekawej propozycji wysuniętej podczas sesji Rady Miejskiej przez jednego z elbląskich radnych. W obawie o zdrowie naszych pociech Marek Kucharczyk z Platformy Obywatelskiej przedstawił na niej wniosek o przeprowadzenie kontroli dotyczącej sprzedaży niezdrowej żywności w sklepikach szkolnych. Uchwała miałaby zakazać sprzedaży niezdrowej żywności w sklepikach szkolnych działających na terenie elbląskich szkół. Skontrolowane miałyby zostać wszystkie sklepiki szkolne i umowy zawarte z dzierżawcami prowadzącymi działalność handlową na terenie placówek oświatowych. Zakaz miałby także dotyczyć wstawiania na teren szkół automatów do sprzedaży coli i napojów energetyzujących. Radny zapewniał, że będzie namawiał kolegów z innych klubów o poparcie tej inicjatywy.
– Dietetycy biją na alarm – powiedział Marek Kucharczyk. – Jeżeli nasze pociechy nadal będą tak szybko przybierały na wadze, to za 10 lat będą grubsze niż mali Amerykanie chowani na hamburgerach i coli. Moja inicjatywa i wniosek o kontrolę oraz podjęcie uchwały wpisują się w ogólnopolską dyskusję o stanie zdrowia dzieci, młodzieży oraz coraz mniejszej aktywności fizycznej uczniów, także elbląskich szkół. Samorządy w kilku polskich miastach już realizują uchwały radnych o zakazie sprzedaży niezdrowej żywności – poinformował radny.
Czy czas na zmiany w ofercie sklepików szkolnych w Elblągu? Czy pora, by chipsy, coca-cola i napoje energetyzujące z nich zniknęły? Czy inicjatywa elbląskiego radnego przyniosłaby efekt i poprawiłaby niepokojące statystyki? Co sądzą o tym pomyśle rodzice?
– Moje dziecko bardzo rzadko jada słodycze. Nie pozawalam mu na jedzenie chipsów i fast foodów – mówi mama dziesięcioletniego Patryka. – Pomysł wysunięty przez radnego bardzo mi się podoba, ponieważ obawiam się, że moje dziecko czasami sobie w szkole podjada chipsy czy słodycze, skoro takie jedzenie jest tam dostępne i jest w zasięgu jego ręki. Może być tym częstowany przez kolegów. Ucieszyłoby mnie więc, gdyby w ogóle nie miał do tego dostępu, a stałoby się tak, gdyby niezdrowego jedzenia w ogóle nie byłoby w sklepikach. Z drugiej strony, jeśli dziecko jest przyzwyczajone do niezdrowego odżywiania się to zawsze znajdzie okazję, żeby je zdobyć, choćby w przyszkolnym sklepie. Uważam jednak, że warto spróbować i zobaczyć, jak taki zakaz podziała na nasze dzieci. Nie ma jednak nic lepszego niż mądry rodzic, który od małego uczy swoje dziecko, co jest dobre, a co złe, co zdrowe, a co zdrowiu szkodzi.
Przeglądając ofertę elbląskich sklepików w różnych typach szkół, od podstawówek do szkół ponadgimnazjalnych, znajdziemy w niej różne smakołyki od tych zdrowych takie jak kanapki, jogurty, owoce, soki, po niezdrowe: batony, chipsy, żelki, lizaki, fast foody. A co kupują w nich najczęściej i najchętniej elbląscy uczniowie?
– Ja w sklepiku szkolnym najczęściej kupuję żelki, lizaki, chipsy. Lubię też chodzić do McDonald’sa – mówi Tamara z II a z SP nr 21.
– A ja soki, kanapki i jabłka. Nie kupuję za często chipsów – odpowiada jej koleżanka, Nikola. – W domu mama daje mi dużo owoców, jabłka, banany. Nie jem za dużo słodyczy i chipsów. Czasami chodzę z rodzicami do McDonald’sa i jem tam frytki, ale nie zdarza się to często.
Pani sprzedająca w sklepiku jednej z elbląskich podstawówek zapewnia, że coraz bardziej zmienia się świadomość dzieci odnośnie zdrowego odżywiania się. Z jej codziennych obserwacji wynika, że dzieciaki coraz rzadziej kupują tzw. śmieciowe jedzenie.
– Muszę przyznać, że dzieci mają coraz większą świadomość, jeśli chodzi o zdrowe odżywianie się i nie wiem, czy to wynika z pracy nauczycieli, czy wynoszą to z domu – mówi. – Coraz mniej sprzedajemy chipsów czy coli. Natomiast coraz częściej dzieci kupują owoce czy kanapki np. w ciągu dnia sprzedajemy bardzo dużą ilość jabłek, schodzi nam cała miska. Rodzice często dają dzieciom do szkoły pieniądze z zastrzeżeniem, że mają sobie za nie kupić kanapkę, a nie słodycze. Gdy brałam ten sklepik w ajencję, umawiałam się z dyrektorem szkoły, że oprócz słodyczy i chipsów, będę prowadziła sprzedaż zdrowego jedzenia. Chcę w ten sposób podtrzymywać to, co robią na lekcji nauczyciele czy rodzice w domu.
Dzieciaki nie mogą też dziś narzekać na nadmiar ruchu. Współczesny świat nie zachęca do aktywnego trybu życia.
– Podkreślić należy to, że dzieci mają za mało ruchu – mówi mama Olgi. – Szczególnie odbija się to na tych, które mają tendencję do tycia, jak moja córka. W lecie jest szczupła, bo gania non stop na dworze, a gdy przychodzi jesień i zima, ruchu jest mniej, je więcej, bo więcej też przebywa w domu i szybko tyje. Musiałaby być non stop na diecie, żeby nie tyła, a przy dziecku to bardzo trudne.
Być może wkrótce dowiemy się, czy wizja szkoły bez chipsów i coca-coli, jaką proponuje elbląski radny, spotka się z uznaniem i aprobatą jego kolegów z innych klubów. Tymczasem apelujemy do rozsądku rodziców, by nie skazywali swych dzieci na nieuchronną walkę z próchnicą i otyłością.
– Dzieci nie odżywiają się dzisiaj zdrowo, a jest to wina zapracowanych rodziców, którzy nie mają siły i czasu na wymyślanie zdrowych potraw i idą na łatwiznę – mówi mama siedmioletniej Olgi. Dzieci jedzą jakieś kupne obiady: kluski, pierogi. Z drugiej strony są też rodziny, w których gotuje się zgodnie z tradycją: podaje się schabowego czy zawiesiste zupy – dodaje. – Rodzice przymykają często oko na to, że ich pociechy zbyt często jedzą chipsy lub słodycze. Być może chcą, by ich dzieci miały w zasięgu ręki to, czego oni w dzieciństwie nie mieli. Z tego co wiem, dzieci w szkole mojego dziecka jedzą kanapki przygotowane w domu. Dwa, trzy razy w tygodniu dostają w szkole darmowe mleko w kartonie. Dzieciaki miały też dostawać owoce w ramach jakiegoś programu unijnego, ale jeszcze nie dostają. Może nastąpi to w okresie zimowym. Moja córka zabiera do szkoły kanapki, jabłko i wodę do picia, w szkole je obiad. Pewnie niektórzy rodzice dają swoim dzieciom do szkoły również słodycze.
Na efekt karmienia dzieci słodyczami nie trzeba długo czekać. Z roku na rok rośnie liczba dzieci z nadwagą. Jak można zapobiec temu niepokojącemu zjawisku? Wiele zależy od rodzica. To przede wszystkim do jego rozsądku należy apelować. Można także próbować pewne sprawy uregulować prawnie.
W jednym z październikowych artykułów, które ukazały się łamach naszej gazety można było przeczytać o dość ciekawej propozycji wysuniętej podczas sesji Rady Miejskiej przez jednego z elbląskich radnych. W obawie o zdrowie naszych pociech Marek Kucharczyk z Platformy Obywatelskiej przedstawił na niej wniosek o przeprowadzenie kontroli dotyczącej sprzedaży niezdrowej żywności w sklepikach szkolnych. Uchwała miałaby zakazać sprzedaży niezdrowej żywności w sklepikach szkolnych działających na terenie elbląskich szkół. Skontrolowane miałyby zostać wszystkie sklepiki szkolne i umowy zawarte z dzierżawcami prowadzącymi działalność handlową na terenie placówek oświatowych. Zakaz miałby także dotyczyć wstawiania na teren szkół automatów do sprzedaży coli i napojów energetyzujących. Radny zapewniał, że będzie namawiał kolegów z innych klubów o poparcie tej inicjatywy.
– Dietetycy biją na alarm – powiedział Marek Kucharczyk. – Jeżeli nasze pociechy nadal będą tak szybko przybierały na wadze, to za 10 lat będą grubsze niż mali Amerykanie chowani na hamburgerach i coli. Moja inicjatywa i wniosek o kontrolę oraz podjęcie uchwały wpisują się w ogólnopolską dyskusję o stanie zdrowia dzieci, młodzieży oraz coraz mniejszej aktywności fizycznej uczniów, także elbląskich szkół. Samorządy w kilku polskich miastach już realizują uchwały radnych o zakazie sprzedaży niezdrowej żywności – poinformował radny.
Czy czas na zmiany w ofercie sklepików szkolnych w Elblągu? Czy pora, by chipsy, coca-cola i napoje energetyzujące z nich zniknęły? Czy inicjatywa elbląskiego radnego przyniosłaby efekt i poprawiłaby niepokojące statystyki? Co sądzą o tym pomyśle rodzice?
– Moje dziecko bardzo rzadko jada słodycze. Nie pozawalam mu na jedzenie chipsów i fast foodów – mówi mama dziesięcioletniego Patryka. – Pomysł wysunięty przez radnego bardzo mi się podoba, ponieważ obawiam się, że moje dziecko czasami sobie w szkole podjada chipsy czy słodycze, skoro takie jedzenie jest tam dostępne i jest w zasięgu jego ręki. Może być tym częstowany przez kolegów. Ucieszyłoby mnie więc, gdyby w ogóle nie miał do tego dostępu, a stałoby się tak, gdyby niezdrowego jedzenia w ogóle nie byłoby w sklepikach. Z drugiej strony, jeśli dziecko jest przyzwyczajone do niezdrowego odżywiania się to zawsze znajdzie okazję, żeby je zdobyć, choćby w przyszkolnym sklepie. Uważam jednak, że warto spróbować i zobaczyć, jak taki zakaz podziała na nasze dzieci. Nie ma jednak nic lepszego niż mądry rodzic, który od małego uczy swoje dziecko, co jest dobre, a co złe, co zdrowe, a co zdrowiu szkodzi.
Przeglądając ofertę elbląskich sklepików w różnych typach szkół, od podstawówek do szkół ponadgimnazjalnych, znajdziemy w niej różne smakołyki od tych zdrowych takie jak kanapki, jogurty, owoce, soki, po niezdrowe: batony, chipsy, żelki, lizaki, fast foody. A co kupują w nich najczęściej i najchętniej elbląscy uczniowie?
– Ja w sklepiku szkolnym najczęściej kupuję żelki, lizaki, chipsy. Lubię też chodzić do McDonald’sa – mówi Tamara z II a z SP nr 21.
– A ja soki, kanapki i jabłka. Nie kupuję za często chipsów – odpowiada jej koleżanka, Nikola. – W domu mama daje mi dużo owoców, jabłka, banany. Nie jem za dużo słodyczy i chipsów. Czasami chodzę z rodzicami do McDonald’sa i jem tam frytki, ale nie zdarza się to często.
Pani sprzedająca w sklepiku jednej z elbląskich podstawówek zapewnia, że coraz bardziej zmienia się świadomość dzieci odnośnie zdrowego odżywiania się. Z jej codziennych obserwacji wynika, że dzieciaki coraz rzadziej kupują tzw. śmieciowe jedzenie.
– Muszę przyznać, że dzieci mają coraz większą świadomość, jeśli chodzi o zdrowe odżywianie się i nie wiem, czy to wynika z pracy nauczycieli, czy wynoszą to z domu – mówi. – Coraz mniej sprzedajemy chipsów czy coli. Natomiast coraz częściej dzieci kupują owoce czy kanapki np. w ciągu dnia sprzedajemy bardzo dużą ilość jabłek, schodzi nam cała miska. Rodzice często dają dzieciom do szkoły pieniądze z zastrzeżeniem, że mają sobie za nie kupić kanapkę, a nie słodycze. Gdy brałam ten sklepik w ajencję, umawiałam się z dyrektorem szkoły, że oprócz słodyczy i chipsów, będę prowadziła sprzedaż zdrowego jedzenia. Chcę w ten sposób podtrzymywać to, co robią na lekcji nauczyciele czy rodzice w domu.
Dzieciaki nie mogą też dziś narzekać na nadmiar ruchu. Współczesny świat nie zachęca do aktywnego trybu życia.
– Podkreślić należy to, że dzieci mają za mało ruchu – mówi mama Olgi. – Szczególnie odbija się to na tych, które mają tendencję do tycia, jak moja córka. W lecie jest szczupła, bo gania non stop na dworze, a gdy przychodzi jesień i zima, ruchu jest mniej, je więcej, bo więcej też przebywa w domu i szybko tyje. Musiałaby być non stop na diecie, żeby nie tyła, a przy dziecku to bardzo trudne.
Być może wkrótce dowiemy się, czy wizja szkoły bez chipsów i coca-coli, jaką proponuje elbląski radny, spotka się z uznaniem i aprobatą jego kolegów z innych klubów. Tymczasem apelujemy do rozsądku rodziców, by nie skazywali swych dzieci na nieuchronną walkę z próchnicą i otyłością.
dk