Zebranie owszem, byle przed serialem…

Zapytane, jak sobie radzą z upływającym czasem, rzucają na mnie dziwne spojrzenie: – Jak to? My czujemy się młodo. Na pewno duchowo. Jednak pod względem fizycznym, jeśli chodzi o jedzenie, poruszanie się, spanie, to faktycznie czujemy starość. A psychicznie jesteśmy młode – mówią mieszkanki Domu Pomocy Społecznej „Niezapominajka”. Zobacz więcej zdjęć.
Mówi się, że starość się Panu Bogu nie udała, że jest trudna, związana z cierpieniem, że trzeba się z nią pogodzić, zaakceptować jej nieudolność. Współczesny świat jest piewcą młodości, jednak nie wszyscy ulegają zakorzenionym wzorcom. Jedna z najwybitniejszych polskich aktorek Anna Dymna twierdzi, że starość to skarb, a twarze ludzi starych są po prostu piękne. Agnieszka Glińska powiedziała kiedyś: „Ktoś kiedyś ogłosił, że starość jest brzydka i wszyscy mu uwierzyli. Mnóstwo jest takich wzorców, którym się bezmyślnie ulega”.
Bez wątpienia za największą wadę starości uchodzą podupadające zdrowie i coraz słabsza fizyczność. Łatwo to dostrzec, obserwując mieszkańców elbląskiej „Niezapominajki”.
– W naszym domu coraz więcej ludzi przekracza dziewięćdziesiątkę, a nawet stówę. Raz kiedyś świętowaliśmy 101 urodziny – mówi Irena Kozakiewicz, mieszkanka domu.
Pani Irena mieszka w „Niezapominajce” już siedemnaście lat. Jest jej tu dobrze. Wcześniej życie jej nie rozpieszczało. Na pytanie, czy zmieniłaby coś w swoim życiu z perspektywy czasu, odpowiada: – Bardzo dużo bym zmieniła. Moje życie było bardzo nieudane, teraz żyje mi się bardzo dobrze. Przyszłam tu z mamą w 1996 roku, mając 45 lat. I tak już zostałam. Mama miała amputowaną nogę i w rok po amputacji umarła, zostałam tu sama.
Pani Irenka jest w domu przewodniczącą Rady Mieszkańców. Z wieloma rzeczami się nie zgadza, kiedy trzeba, buntuje się, broni stabilizacji mieszkańców i z wielką nieufnością spogląda na wszelkie zmiany. – Nasze życie upływa tutaj od zebrania do zebrania – mówi. – Często na stołówce spoglądamy jednym okiem, czy aby nie idzie pan dyrektor, by zapowiedzieć kolejne zebranie. Nie należą one do moich ulubionych zajęć – wzdycha. – W głowach kierownictwa i dyrektora rodzą się różne plany, które mają być realizowane przy naszej współpracy. My wypowiadamy się za albo przeciw jakiemuś pomysłowi, coś dodajemy od siebie albo odejmujemy. Nie jest tak, że my tylko biernie siedzimy i słuchamy. No a ja muszę wszystko notować. Jak przyjeżdżają do nas wszelkiego rodzaju kontrole, jestem proszona na dywanik, by zdać sprawozdanie z działalności Rady Mieszkańców.
W Radzie Mieszkańców zasiada także przyjaciółka pani Irenki, Irena Snobczyńska. Obie Irenki dzielnie się wspierają. Żyją według stałego rytmu. Do południa są obowiązki, po południu wolność i swoboda. – Zgadzam się na wszystkie zebrania, jeśli odbywają się do południa, bo po południu oglądam seriale – buntuje się Irenka Kozakiewicz. – Od obiadu do kolacji jest czas na telewizję, na „Pierwszą miłość” i „Malanowskiego”.
– Ja oglądam „Modę na sukces” – wtrąca Irenka Snobczyńska. – Jestem ciekawa, co nowego u Ridge’a i Brooke, u Loganów i Forresterów. Te Logany to są wredne, kurczę – dodaje.
Irenka Kozakiewicz jest „duszą” domu, pełną werwy kobietą, nie da sobie w kaszę dmuchać, nawet księdzu: – Opiekuję się także kaplicą i księdzem – mówi. – Pilnuję go na każdym kroku, bo stara się tu wprowadzać swoje rządy, nie tylko w kwestii kaplicy i mszy, ale i w innych sprawach ma jakieś fochy i interweniuje do dyrekcji. Spieram się też często ze słowami, które głosi w czasie homilii – buntuje się. – Nie podoba mi się, że ściąga na siłę ludzi na mszę, chorych czy niechorych. Każdy ma przyjść i już! No i kaplica jest wtedy przepełniona, a potem połowa śpi na mszy.
Na pytanie, czy odwiedza je rodzina, panie mówią ze smutkiem: – Jak mama żyła, to codziennie odwiedzał nas brat – mówi Irenka K. – Mam córkę, która od ośmiu lat mieszka w Irlandii. Co roku lecę tam do niej. W tym roku ze względów zdrowotnych córka nie może mnie przyjąć.
– Co tam będę mówić na temat rodziny? – mówi Irenka S. – Albo jest jej za dużo, albo nie ma wcale. Córka jak tu kiedyś pracowała, to była u mnie codziennie, a teraz nie przychodzi. Przyzwyczaiłyśmy się już do wszystkiego.
Obie panie są dla siebie ogromnym wsparciem. Nie mogą bez siebie żyć. – My jesteśmy jak papużki nierozłączki – mówi Irenka K. – Gdy Krysia, sąsiadka z pokoju Irenki, była na urlopie, to ja musiałam przychodzić co rano skoro świt do Irenki, by pomóc jej się ubrać i pościelić łóżko. – Nie musiałaś, tylko chciałaś – poprawia ją Irenka S. – Tak samo wieczorem – kontynuuje Irenka K. – Pomagałam jej się rozebrać, kładłam do łóżka. Zadzierałam jej nogi na łóżko, bo są takie sztywne, ciężkie. My się bardzo dobrze rozumiemy i jest nam tu wesoło.
Pan Waldek
Niezwykle cenioną postacią w „Niezapominajce” jest pan Waldemar Szostak, z zamiłowania literat. Pan Waldek cierpi na zanik mięśni, jednak nie poddaje się. Każdą wolną chwilę przeznacza na pisanie, właśnie drukuje swoją biografię: – Jestem samoukiem – mówi. – Gdy kończyłem szkołę podstawową, nie było jeszcze takich możliwości kształcenia się osób niepełnosprawnych, jak w tej chwili. Mój chrzestny załatwił mi kiedyś pracę w Karpicku, ponieważ nie pochodzę stąd. Ja jestem poznańska pyra, a dokładnie pochodzę z Wolsztyna. Piękne miasteczko. Pracę rozpocząłem w 1972 roku, najpierw pracowałem w zakładzie, który produkował opakowania, śruby okrętowe dla Stoczni Gdańskiej, kable krosowe do telewizorów, przedłużacze do głośników. Przepracowałem tam dziewięć lat. Niestety, zdrowie nie pozwoliło mi na kontynuację zajęcia.
Zdarzyło się kiedyś, że pan Waldek, znajdując się w drodze do pracy, chciał przysiąść na ławeczce, żeby na chwilę odpocząć. Zamiast ławki zastał tylko wystające kikuty ławek i tak zaczęła się jego przygoda z pisaniem.
– Pomyślałem sobie wtedy, że u nas w Wolsztynie jest przecież redakcja. Poszedłem więc do niej i poprosiłem, żeby napisano o tej dewastacji ławeczek, o naszej pseudokulturze – opowiada. – A ponieważ pracowała tam moja koleżanka, zaproponowała, żebym to ja coś naskrobał. W ciągu dwóch tygodni powstał artykuł. Zaniosłem tekst do redakcji i akurat zastałem szefową, która, widząc moje wypociny, powiedziała: „Ooooo, Waldek. Zaskoczyłeś mnie jako profesjonalista.” Zapytała mnie, czy pracowałem kiedyś w redakcji, a ja na to, że nie, że jestem samoukiem. A ona, że skoro tak, to zostanę rzecznikiem prasowym osób niepełnosprawnych. I tak zacząłem pracę w „Głosie Wolsztyna”. Z czasem zająłem się sprawami społecznymi, współpracowałem z władzami miasta, robiłem wywiady w policji. I tak przez pięć lat, do 1998 roku, kiedy to zmarła moja mama, a ponieważ miałem brata w Elblągu, ten zabrał mnie po pogrzebie ze sobą. I tak znalazłem się tutaj.
Dziś pan Waldek siedzi na wózku inwalidzkim. Nic go nie zraża. Jego codzienność to pisanie, właśnie skończył swoją biografię. Prowadzi też gazetkę w „Niezapominajce”, a przez kilka lat pisał artykuły do „Razem z Tobą”, elbląskiej gazety osób niepełnosprawnych.
– Od miesiąca właściwie nic innego nie robię, tylko siedzę przy biografii – mówi. – Wydałem ją już kilka lat temu, ale to było takie pierwsze i trochę nieudolne. Postanowiłem wziąć się za nią w tym roku. Siedziałem nad tym non stop, żeby to ulepszyć, żeby to miało ręce i nogi, bo jestem z reguły perfekcjonistą. No i udało mi się ją skończyć i właśnie ją drukuję – mówi z dumą.
Czytaj też: „W Niezapominajce jak w domu".