UWAGA!

----

Zwykły rower i niezwykła historia Pauliny

- 11 krajów, 2 morza, 4 jeziora, 5 kontroli granicznych, 0 pękniętych dętek. Nie wiem, ile kilometrów, pewnie dużo - tak 33-letnia Paulina Zalewska z Tolkmicka podsumowuje swoją samotną rowerową podróż z Polski do Grecji. Ma również za sobą pieszą wędrówkę z Portugalii do Polski i wzdłuż polskiego wybrzeża Bałtyku. Poznajcie bliżej tę niezwykłą podróżniczkę. Zdjęcia

Podróż z Warszawy do Salonik zajęła Paulinie 2 miesiące i 12 dni. W tym czasie przejechała przez 11 krajów. Samotnie i nie na rowerze z segmentu premium, ale na zwykłym, prostym rowerze swojej mamy.

- 11 krajów, 2 morza, 4 jeziora, 5 kontroli granicznych, 0 pękniętych dętek. Nie wiem, ile kilometrów, pewnie dużo. Spokojna jazda na Węgrzech, kontra totalny chaos, trąbienie w Albanii. Od bezproblemowego dogadania się po polsku i słowacku, przez specyficzny język węgierski, który nie przypomina żadnego innego języka. Eleganckie, pełne jachtów milionerów Porto Montenegro w Tivacie (Czarnogóra) kontra krowy i kozy blokujące główną drogę w mecedońskich górach. Obiad na chorwackim wybrzeżu (gdzie potrafi być bardzo drogo) kontra gigantyczny burek z mięsem w Bośni za ułamek tej ceny. Deszczowe i chłodniejsze Tatry na Słowacji, kontra upalne plaże nad Adriatykiem – napisała w mediach społecznościowych po dotarciu w miniony weekend do Salonik, gdzie była meta tej niezwykłej podróży.

 

Anna Dawid: - To nie jest pierwsza twoja samotna wyprawa? Wędrowałaś już pieszo wzdłuż polskiego wybrzeża Bałtyku.

Paulina Zalewska - Wszystko zaczęło się dość spontanicznie. Był trudny moment w moim życiu. Nie wiedziałam, jak sobie poradzić i poukładać wszystko na nowo. Postanowiłam po prostu ruszyć w drogę. Trzy lata temu wyruszyłam samotnie wzdłuż polskiego wybrzeża Bałtyku. Chciałam wychodzić swoje emocję i odzyskać wewnętrzny spokój. Podążyłam za potrzebą ciszy, samotności, ruchu. Uciekłam od miejsca, które przynosiło ból, zawód, złość, rozczarowanie, niezrozumienie. Spodobały mi się namiot, natura, ruch, bycie codziennie w innym miejscu, nieprzypadkowi ludzie, oderwanie się od rzeczywistości i spojrzenie na wszystko z dystansem. Moje przejście ze Świnoujścia na Hel uważam za początek swojego przebudzenia. Z trudności i ciężkich chwil wydobyłam błogosławieństwo w postaci pasji w życiu. Bóg dał mi możliwość dotarcia do siebie samej, powrotu do niego i ugruntowania fundamentów w życiu. O tym jest moja droga.

 

- Masz także za sobą pieszą wędrówkę z Portugalii do Polski - 4 tys. km.

- Przez Hiszpanię, Francję, Szwajcarię, Niemcy i Czechy. To przejście było czymś więcej niż wyprawą. Tam odkryłam jaka naprawdę chcę być. Czego pragnę i na co już nie chcę dłużej pozwalać w swoim życiu. To był właściwy, idealny czas na powrót do siebie, umocnienie relacji z Bogiem i świadome zrozumienie, że szczęściem jest dostrzeganie wszystkiego. Po przejściu 4 tys. km pieszo i pięciu miesiącach w drodze chciałam dać sobie czas i zaobserwować, czy czasami nie ma we mnie mechanizmu ucieczki i przyglądać się swoim pragnieniom, by w wolności podejmować decyzje.

 

- Skąd pomysł na rowerową podróż przez Bałkany?

- Po dwóch latach od wyprawy pieszej, gdzie w międzyczasie wędrowałam, podróżowałam nie tylko sama, ale również w towarzystwie, przyszedł czas na Bałkany. Pojawiła się we mnie chęć i ciekawość zobaczenia tych krajów. Ruszyłam na Bałkany dopiero wtedy, gdy doskwierało mi uczucie duszności przebywania w tym samym miejscu i prawdziwa tęsknota za drogą. Dlaczego rowerem? Lubię rozwój i próbowanie nowych rzeczy. To moje pierwsze, dłuższe rowerowe doświadczenie. Nie chciałam zamykać się wyłącznie na piesze wędrówki. Wierzę, że podróże mogą mieć różne formy, a każda z nich uczy czegoś nowego. Chciałam sprawdzić, czy odnajdę się na rowerze. Uważam, że warto próbować nowych rzeczy, bo tylko wtedy możemy przekonać się, co naprawdę sprawia nam radość. Dziś wiem, że pokochałam tę formę ruchu i mam nadzieję, że to nie ostatnia wyprawa rowerowa.

 

  Elbląg, Paulina Zalewska podczas podroży przez Bałkany,
Paulina Zalewska podczas podroży przez Bałkany, fot. arch. prywatne

 

- Jaka była ta podróż? Co było najtrudniejsze?

- Wyruszyłam na zwykłym, prostym rowerze mojej mamy. Nie był to sprzęt z najwyższej półki, ale przez całą trasę z Polski do Grecji przez Słowację, Węgry, Słowenię, Chorwację, Bośnię i Hercegowinę, Albanię, Czarnogórę, Macedonię, przez dwa i pół miesiąca nie miałam ani jednej poważnej awarii. To utwierdziło mnie w przekonaniu, że od sprzętu znacznie ważniejsze są chęci, dobre nastawienie, odwaga, rozsądek i gotowość.

Ta wyprawa była bardzo skrajna. Jechałam w deszczu, ale też w ekstremalnych upałach - 40 stopni. Spałam na cmentarzu, ale zdarzyło mi się wynająć apartament. Jadłam chleb z pasztetem, a innym razem danie w restauracji. Potrafiłam przejechać 100 km, a innego dnia 36 km. Jechałam przez wysokie góry, by zjechać stromymi serpentynami w dół. Jechałam przez pustelnię, a innym razem ruchliwą, hałaśliwą ulicą bez żadnych, drogowych zasad. Miałam dni pełne energii i radości, ale też pełne zmęczenia i zwątpienia. Przeżywałam wolność, ale też strach i niepewność. Widziałam bogactwo, ale i dzieci, które żebrały o jedzenie. Te skrajności pozwoliły mi przekonać się o tym, że nasza Polska jest naprawdę piękna. Jest bezpiecznie. Mamy wspaniałe drogi rowerowe, mamy czysto. Mamy wspaniałe stację benzynowe. Mamy piękne rzeki i jeziora. Mamy ład i porządek. Po tej bałkańskiej drodze potrafię docenić Polskę jeszcze bardziej.

Były też miejsca, w których czułam się bardzo dobrze np. Piran na Słowenii - piękne, małe urocze, nadmorskie miasteczko oraz półwysep Lopar na Chorwacji, gdzie mogłabym zamieszkać. Nie zapomnę tego noclegu na dzikiej plaży, pięknego zachodu i wschodu słońca oraz kąpieli w czystym morzu z krabami. Przygód była co nie miara. Pamiętam jedną na Węgrzech. Znalazłam piękne miejsce nad wodą (darmowe) na nocleg w namiocie. Były też campery. W nocy była taka burza, że o godz. 1 wbiłam się do kogoś do środka campera i poczekałam do godz. 4 nad ranem, kiedy się skończyła. Było też wiele sytuacji romantycznych, ale to pozostawię dla siebie. One utwierdziły mnie w tym, że można być dla kogoś atrakcyjnym nawet będąc włóczykijem: bez masek, makijaży, pięknych strojów i bez perfekcjonizmu. Jednym z piękniejszych doświadczeń był pobyt w Medjugorie na górze objawień, gdzie udało mi się osiągnąć prawdziwą ciszę i świadomość, jak wiele cudów wydarzyło się w moim życiu. Sprzyjało ku temu miejsce i poszanowanie innych ludzi.

 

- Czy przygotowywałaś się jakoś specjalnie do tej podróży?

- Kiedy podjęłam decyzję o wyprawie na Bałkany, nie przygotowywałam się fizycznie, ponieważ codziennie byłam w ruchu: biegałam, ćwiczyłam, maszerowałam. Moje przygotowanie polegało na dokupieniu rzeczy campingowych, podstawowym serwisie roweru, wysłuchaniu wskazówek od znajomych podróżników oraz finansowym zabezpieczeniu. Podczas wyprawy mierzyłam się z upałami, burzami, agresywnymi psami, strachem przed niedźwiedziami, dziką naturą i gadami, nierównymi drogami, piratami drogowymi, stromymi zjazdami i podjazdami oraz z niesamowitym wysiłkiem fizycznym.

 

- Co może dać człowiekowi taka samotna podróż, oprócz możliwości zwiedzenia nowych miejsc?

- Ta wyprawa pokazała mi, że dwa miesiące to wystarczający czas, by nasycić się drogą. By zebrać doświadczenie, poznać swoje mocne i słabe strony. Ta wyprawa pokazała mi, że nie jestem skazana na samotność. Wyklarowała w mojej głowie pragnienia o prawdziwej, przyjacielskiej i wiernej relacji z poszanowaniem swoich przestrzeni, i że nie przestałam w to wierzyć. Odblokowała we mnie to odwrotne myślenie.

Wyklarowała w mojej głowie, że chcę, aby droga była częścią mnie, a nie całością, ponieważ czasami potrzebuję drugiej osoby, by pchnęła mnie do przodu. Że chciałabym tym żyć i z tego żyć. Że każde doświadczenie, przeżycie chciałabym dzielić, chodź bardzo lubię siebie i swój czas. Że pełnia i prawdziwa droga jest wtedy, kiedy przeżywasz wszystko z wdzięcznością i obecnością tego, który to stworzył. Że mimo nieprzyjemnej i potencjalnie niebezpiecznej jednej sytuacji moją podróż tworzą ludzie, których spotykam. Że mam szczęście do ludzi. Że jestem zarówno odważna jak i lękliwa. I to jest ok. Że nieważne, co się wydarzy -codziennie jest nowy dzień, nowa możliwość, świeży umysł i wybór. Że nie szukam niczego, bo znalazłam siebie, Boga i definicję szczęścia. Że po prostu to lubię. Że czasami najlepszy plan to brak planu. Niezmiennie, że im mniej oczekujesz, tym więcej dostajesz.

 

- Dotarłaś do mety i co dalej?

- Jestem aktualnie w Grecji, w Salonikach. Przede mną kilka dni resetu i powrót do Polski. Cieszę się, ponieważ tak jak ruszać w drogę, lubię też wracać. Lubię powrót do normalnego życia, choć na chwilę. Jest on często trudny. Nauczyłam się jednak to przeżywać w mądry sposób, by nie popadać w skrajne emocję z euforii do głębokiego smutku. Daję sobie więc czas na regenerację, spokojny ruch, spotkania z bliskimi. Na odpoczynek głowy bez presji i planowania. Bez przymusu o tym, co dalej. Z doświadczenia wiem, że to ważne, by dać sobie taki czas. Poza tym mam przywilej wyboru. Często też po drodze otwierają się różne drzwi, wystarczy być tylko czujnym. Poza podróżami lubię też wyjścia do lasu z kawą, poczytać dobrą książkę lub nicnierobienie i mam nadzieję, że znajdę na to przestrzeń.


Najnowsze artykuły w dziale Społeczeństwo

Artykuły powiązane tematycznie

Zamieszczenie następnej opinii do tego artykułu wymaga zalogowania

W formularzu stwierdzono błędy!

Ok
Dodawanie opinii
Aby zamieścić swoje zdjęcie lub avatar przy opiniach proszę dokonać wpisu do galerii Czytelników.
Uwaga! Opinia zostanie zamieszczona na stronie po zatwierdzeniu przez redakcję.
Dołącz zdjęcie:

Podpis:

Jeśli chcesz mieć unikalny i zastrzeżony podpis
zarejestruj się.
E-mail:(opcjonalnie)
A moim zdaniem...
Reklama