UWAGA!

Drogi Czytelniku,

uprzejmie informujemy, że w związku z wejściem w życie Rozporządzenia o Ochronie Danych Osobowych stworzyliśmy zgodną z nim politykę prywatności. Regulacje RODO zmuszają nas do wystąpienia z prośbą do Ciebie o zaakceptowanie jego postanowień, chociaż z praktycznego punktu widzenia nic się nie zmienia w sposobie korzystania z naszego serwisu.

Jedyną rzeczą, która może budzić Twoje obawy jest profilowanie. Wyjaśniamy, że w naszym przypadku, tak jak dotychczas, skutkuje ono wyłącznie tym, że jeśli uprzednio byłeś/aś na stronie jakiegoś biura podróży, to z dużym prawdopodobieństwem nasi zaufani partnerzy reklamowi tacy jak Google serwować będą banery z widokami złocistych plaż.

Prosimy zapoznać się z polityką prywatności stosowaną na naszej stronie i zaakceptować jej postanowienia.

Może później

Andrzej Korpacki: Trzeba umieć zmobilizować zawodników

 
Elbląg, Andrzej Korpacki
Andrzej Korpacki (fot. Anna Dembińska)

- Kazach dostał ostatnią szansę. Podchodzi, podnosi tego leżącego Turka i wykonuje piękny, wysoki rzut. Daję pięć punktów, gdyby sędziowie boczni też tak punktowali, walka byłaby skończona – tak Andrzej Korpacki wspomina walkę na Uniwersjadzie, która utkwiła mu w pamięci. Z dyrektorem Zespołu Państwowych Szkół Muzycznych rozmawiamy o... jego karierze jako zapaśnika, trenera, sędziego zapasów i prezesa Polonii Elbląg.

- Jak zaczęła się Pana przygoda z zapasami?

- Przypadek. W młodości byłem bardzo sprawny i próbowałem różnych dyscyplin. Ale było to bardziej spontanicznie i nigdzie nie zagrzałem dłużej miejsca. Na matę zapaśniczą trafiłem stosunkowo późno, bo w pierwszej klasie ogólniaka. Przyprowadził mnie kolega, skądinąd pasjonat sportów walki. Trafiłem do grupy naborowej prowadzonej przez Jerzego Sznicera, ówczesnego reprezentanta Polski. Tam, dość szybko, wypatrzył mnie trener Tadeusz Jaworski, który jak okaże się w przyszłości, jeszcze kilka razy będzie miał poważny wpływ na moje losy. Postać kultowa w elbląskim środowisku sportowym.

 

- I poszło.

- Po dwóch miesiącach treningów wystartowałem w Pierwszym Kroku Zapaśniczym w Nowym Dworze Gdańskim To chyba są zawody, które najmilej wspominam. Pierwszy oficjalny występ, pięć walk wygranych przed czasem. Trzeba przyznać, że bardziej wygrałem wrodzonym sprytem, niż jakąś doskonałą techniką. Dosyć szybko wykazałem tę iskrę. Pół roku później w Elblągu były organizowane Mistrzostwa Polski Juniorów do lat 20. Miałem 16 lat, doświadczenia prawie żadnego, ale trener Jaworski podjął decyzję, że mnie wystawi. Obsada turnieju była mocna – uczestniczył w nich Rysiek Świerad, zdobywca srebrnego medalu na seniorskich mistrzostwach świata, późniejszy mistrz świata, wspaniały trener, autor sukcesu polskich zapaśników na Igrzyskach Olimpijskich w Atlancie. Zapłaciłem frycowe. W losowaniu trafiłem na późniejszego triumfatora całych zawodów. Przegrałem. W drugiej walce... Byłem blisko położenia rywala na łopatki i wtedy się zderzyliśmy. Bardzo silnie zaczęła mi lecieć krew z nosa. Jedną ręką trzymałem się za nos, drugą próbowałem skończyć akcję. Wymknął mi się, drugiej szansy nie dostałem i resztę turnieju obejrzałem z trybun. Po roku pierwszy raz pojechałem za granicę. Mieliśmy w Rumunii zaprzyjaźniony klub. W ramach wyjazdu był zorganizowany mecz zapaśniczy, wtedy po raz pierwszy, miałem okazję zadebiutować jako zawodnik drużyny seniorskiej, w jednym zespole z Wiesławem Tańczynem, Jurkiem Sznicerem. Nie było lekko. Uchodziłem za talent, ale... Trudno mi było pogodzić treningi z nauką. Uczyłem się w II Liceum w Elblągu, w klasie humanistycznej, miałem poza sportem inne aktywności.

 

- Elbląskie zapasy były wówczas mocne.

- Wiesław Tańczyn dwukrotnie aspirował do wyjazdu na igrzyska olimpijskie. Z różnych względów się nie udawało, ale zawsze odpadał niemal na ostatniej prostej. Jurek Sznicer był „dublerem” genialnych bliźniaków, Kazimierza i Józefa Lipieniów z Wisłoki Dębica. Ten sam problem z braćmi mieli najlepsi na świecie. Wisłoka to wówczas był absolutny szczyt zapasów. Sukcesy Wiesia i Jurka, wielokrotnych reprezentantów Polski, długo by wymieniać.

 

- Wróćmy do Pana.

- Jak już wspomniałem nie było łatwo pogodzić szkoły z treningami. Wówczas do końca nie wiedziałem czy tak naprawdę jestem człowiekiem stworzonym do walki. W liceum chodziłem do klasy o profilu humanistycznym i nauczyciele raczej widzieli mnie na studiach humanistycznych. Jednak, po namowach trenera Tadeusza Jaworskiego, wybrałem AWF w Gdańsku. Po latach koledzy wspominają, że byłem bardzo dobrym technikiem, ale trudno mnie było zaprząc do tej trudnej pracy, którą trzeba było przy okazji wykonać: siłownia, trening wytrzymałościowy. Do tego specjalnie mnie nie ciągnęło. Na studiach mieliśmy inne rozrywki. Nie wyglądałem na zapaśnika, na pierwszy rzut oka większość brała mnie za gimnastyka. Koledzy, którzy znali mnie lepiej lubili „podpuszczać” potencjalnych zakapiorów, żeby sprawili mi manto. Kończyło się tak, jak się kończyło. Pierwszy raz był chyba na wykopkach. Z uczelni wzięli studentów, żeby pomogli wojsku kopać buraki. Żołnierze pracowali sumiennie, my mniej. I w pewnym momencie zaczęliśmy się rzucać tymi burakami. Wtedy, pierwszy raz, Jacek Burkardt, znany piłkarz z Elbląga, kolega ze studiów, podpuścił jednego. Potem kolejni podpuszczali następnych.

 

- Kariera sportowa nie rozwinęła się przez błahostkę.

- Trenowałem 2,5 roku, kiedy zdobyłem brązowy medal na Ogólnopolskiej Spartakiadzie Młodzieży w Piotrkowie Trybunalskim. Ten sukces przełożył się na powołanie do kadry narodowej juniorów. Potem, może poszło by to bardzie w stronę profesjonalnych zapasów, ale... Po letnim obozie złapałem chorobę skóry. Wydawać by się mogło: drobiazg. Ale lekarz sportowy wydał mi zakaz treningów przez pół roku. Trener Tadeusz Jaworski poruszył wszystkie możliwe instancje, żeby dopuścili mnie do treningów. Lekarz sportowy w Elblągu, doktor Rogacewicz, jednak naukowo udowodnił, że nie można. Kontakt skóra – skóra, choroba może się przenieść. I koniec. Po powrocie wróciłem do treningów, ale już bardziej w formule hobbystycznej. To się nałożyło na maturę, gdzie trzeba było się przyłożyć do nauki.

 

- I przez chwilę mogło się wydawać, że zostanie Pan trenerem.

- Jeszcze w czasie „późnej” kariery zawodniczej, trener Tadeusz Jaworski, patrząc perspektywicznie, wysłał mnie na kurs instruktorski. Potem „zrobiłem” instruktora I klasy – tego stopnia już dziś nie ma. Na AWF studiowałem na specjalizacji nauczycielskiej, po skończeniu studiów nie miałem uprawnień trenerskich. Trenerów zapasów kształciła wtedy tylko warszawska akademia. Już jako instruktor, podjąłem pracę szkoleniową w Olimpii. Prowadziłem swoją grupę naborową , zresztą z niemałymi sukcesami. W pewnym momencie odszedłem, ale z klubem i zapasami zostałem związany już chyba na zawsze.

 

Sędzia

- Swoje miejsce w zapasach odnalazł Pan w roli sędziego.

- W dużym skrócie: inspiracja trenera Jaworskiego, który widział w nas, jeszcze z jednym kolegą w rolach sędziego. Pierwszy stopień – sędziego klubowego, zdobyłem jeszcze jako stosunkowo młody człowiek. A potem poszło już z górki, sędzia okręgowy, związkowy II i I klasy. Jeszcze jako sędzia okręgowy miałem okazję sędziować mistrzostwa Polski seniorów w stylu wolnym. Występowała tam cała plejada najlepszych zapaśników, którym ja, młody wówczas człowiek, mogłem sędziować. A niektórzy z nich byli starsi ode mnie. Było to wówczas duże przeżycie.

 

- Co było wstępem do sędziowania na zawodach międzynarodowych.

- Po nominacji na sędziego związkowego I klasy zaczęto się rozglądać nad sędziami, których można by wysłać wyżej. W 1992 r. na turnieju im. Władysława Pytlasińskiego zdałem egzaminy na najniższy stopień sędziego międzynarodowego. Kariera międzynarodowa trwała do sierpnia ubiegłego roku, kiedy to z wielkimi honorami mnie pożegnano. Z racji obowiązujących przepisów osiągnąłem ten wiek, w którym musiałem się udać na „sędziowską emeryturę”. Przysługuje mi teraz tytuł honorowego sędziego Międzynarodowej Federacji Zapaśniczej.

 

- Zabrzmiało, jakby Pan pożegnał się z matą.

- Zaraz po oficjalnym pożegnaniu koledzy powiedzieli, żebym się nie przywiązywał do myśli, że teraz będę siedział w domu. Na ten rok miałem już rozpiskę turniejów w kraju do sędziowania. Oprócz tego jestem wiceprzewodniczącym Kolegium Sędziów Polskiego Związku Zapaśniczego i szkolę sędziów.

 

- Podczas kariery międzynarodowej sędziował pan na ośmiu mistrzostwach Europy, trzech mistrzostwach świata, Uniwersjadzie, Europejskim Festiwalu Młodzieży... Można tak długo wymieniać.

- Cała Europa, połowa Azji, zdarzyło się też sędziować piękny turniej w Hawanie na Kubie. Jako sędzia miałem okazję poznać wszystkich żyjących jeszcze największych, najlepszych ludzi zapasów. Multimedalistów, postaci, które przeszły do historii, zawodników, którzy zostali upamiętnieni w nazwach technik. Poznałem m.in. Rosjanina Walerego Riazancewa, który w walce stosował swój „byczek” - technikę, którą dziś nazywamy „byczkiem Riazancewa”. Kosił tym byczkiem wszystkich. Polskim akcentem w takich technikach jest „biodro Suprona” – Andrzej Supron rzucał w ten sposób rywali, jak chciał.

 

- Sędzia to trudna rola. Gdzieś w trzecim planie, o którym się nie pamięta kilka minut po zakończeniu walki.

- Młodym sędziom przekazuję wskazówkę: sędzia powinien być niewidoczny. Ma on oczywiście duży wpływ na przebieg pojedynku i nie mówię tutaj o sposobach negatywnych, tylko o zmotywowaniu zawodników do takiej walki, żeby chciało się ją oglądać. Trzeba umieć zmobilizować zawodników i wyciągnąć z nich co najlepsze, a nie pchać się na pierwszą linię. Jako sędziowie, nie jesteśmy „lubiani” przez zawodników i trenerów. Ale w swojej karierze miałem kilka takich momentów, kiedy to byli mistrzowie, trenerzy, zawodnicy po bardzo trudnych walkach gratulowali mi poprowadzenia walki. Sędziowanie w zapasach jest bardzo skomplikowane. Nieszczęściem tej dyscypliny są stosunkowo częste zmiany przepisów. Laik, który pierwszy raz ogląda walkę, to tak za bardzo nie wie, czemu ten wygrał, skoro jego przeciwnik więcej razy obalił swojego rywala. Dlaczego ten dostał punkt, czemu temu zabrali? Czemu ten wygrał, skoro przez całą walkę mało co zrobił? A z punktu widzenia sędziego liczy się zastosowanie odpowiednich technik, które odpowiednio wysoko się ocenia.

 

- Tych walk było bez liku. Jakaś szczególnie utkwiła w pamięci?

- Ostatnia walka na Uniwersjadzie w Izmirze. Turcy są zakochani w zapasach, trybuny są zawsze wypełnione do ostatniego miejsca. Na tej Uniwersjadzie w zapasach wygrywali co chcieli, trzeba jednak przyznać, że mieli mocny skład. Do poprowadzenia ostatniej walki zostałem wyznaczony w ostatniej chwili, kiedy w zasadzie byłem przekonany, że już mam wolne. Naprzeciwko siebie stanęli Kazach i Turek. Bardzo mocni zawodnicy. W Kazachstanie, ogólnie w tym rejonie świata, zapasy są bardzo popularne, to sport narodowy. Kazachowie stosunkowo rzadko wyjeżdżają za granicę, ale jak już wyjadą, to pokazują na co ich stać. Wcześniej, w kilku walkach pomiędzy reprezentantami tych krajów „iskrzyło”, dochodziło do różnych czasami nieciekawych sytuacji. Relacja telewizyjna na cały kraj, wiceprezydent Turcji na trybunach, presja ogromna, cały kraj czeka na sukces. Obaj wygrali po jednej rundzie, w trzeciej każdy po dwa ostrzeżenia. Wygrali te rundy raczej poprzez sztuczki taktyczne niż jakąś dobrą techniką. Zwycięzca trzeciej rundy wygrywa cały turniej. Kilka razy byłem w takiej sytuacji, że mogłem dać zwycięstwo Turkowi – podjąć decyzję, której nie dałoby się zakwestionować. Ale to nie było to. Moje decyzje nie wynikałyby z jakieś aktywności, dobrych akcji technicznych raczej z takich sztuczek technicznych typu falstart w parterze. Cała hala czeka tylko, kiedy zakończę walkę i dam Kazachowi trzecie ostrzeżenie. Wytrzymałem tę presję, a Kazach zaskoczył wszystkich. Trzecia runda, zapaśnicy po 90 kg, zmęczeni, pot z nich spływa, mokrzy, śliscy. Turek chyba wychodził z założenia, że skoro Kazach przez dwie rundy nic mu nie zrobił, to w trzeciej też mu się nie uda. Turek przeszedł do parteru i czekał, aż rywal dostanie ostrzeżenie i walka się kończy. Kazach dostał ostatnią szansę. Podchodzi, podnosi tego leżącego Turka i wykonuje piękny, wysoki rzut. Daję pięć punktów, gdyby sędziowie boczni też tak punktowali, walka byłaby skończona. Nie wiem czemu dali po trzy, absolutne minimum co mogli dać. Kazachowie już tam na macie fetują zwycięstwo, ale walka trwa nadal. I nadal cała Turcja czeka, aż Kazach dostanie trzecie ostrzeżenie i wygra reprezentant gospodarzy. Wystarczyło, żeby postawił stopę za matę i wygrywa Turek. Skończyło się zwycięstwem Kazacha. Kiedy wracałem po zawodach do hotelu, normalnie personel witał mnie z uśmiechem, rozmową. Tego dnia nie było uśmiechów i rozmów. Pamiętam tę walkę do dziś, potem ekipa sędziowska zrobiła mi szpaler. Miałem wrażenie , że to ja jestem zwycięzcą tej walki.

 

- Trzeba wytrzymać presję.

- Zwłaszcza na takich „gorących” matach w Turcji, Azerbejdżanie, Gruzji, w Rosji. Dwukrotnie miałem okazję sędziować w Dagestanie. Tam się jedzie jak „na wojnę”. Mnóstwo zawodników rosyjskich, z Czeczenii, Dagestanu, Osetii. Charaktery takie, że do końca nie wiadomo, czy ktoś nie przyszedł „z klamką”. Najtrudniejsze walki, to wcale nie były te, gdzie walczyli przedstawiciele różnych państw, tylko jak się np. Czeczen spotkał z Osetyńcem. Najważniejsza była rywalizacja pomiędzy regionalnymi szkołami. Emocje ogromne, nie wiadomo czy ktoś z trybun nie będzie strzelał. Zapaśnicy mają tam status gwiazd, a sama dyscyplina jest sportem narodowym. Żywiołowa atmosfera, pełne trybuny. W Europie, w Polsce kibice się wykruszają, na najważniejsze zawody przychodzi rodzina i sympatycy poszczególnych zapaśników. Żywo reagującej publiczności już nie ma.

 

- Wychodzi na to, że jednym z głównych cech sędziego jest umiejętność radzenia sobie z presją.

- Pamiętam taki turniej w Turcji, ale nie Uniwersjada. Sędzina – mamy całkiem pokaźne grono sędzin międzynarodowych, w tym Polek – prowadzi walkę pomiędzy Kazachem, a Turkiem. Hala pełna, trybuny wyją, nie poradziła sobie z presją. Każdą decyzję „na styku” podejmowała na korzyść gospodarzy. Kazach był lepszy, ale nie mógł znaleźć sposobu, sztab kazachski cały czas wyrażał swoje niezadowolenie, trener w końcu rzucił ręcznik, zawodnik go odrzucił. Słowem: atmosfera napięta. Turek wygrał, sędzina zawołała obu zawodników. Kazach się wkurzył, nie chce podejść, trybuny buczą, ten im jeszcze pokazał gest Kozakiewicza. Nagle się wszystko zatrzymało, na moment. I potem ten tłum, kilka tysięcy kibiców ruszył na dół, tam gdzie maty są. Kazachów to by chyba rozszarpali. W tym momencie zobaczyłem, ilu w obsłudze było ludzi do zadań specjalnych. Kazachów wyprowadzili mniej więcej tak, jak się prezydenta wyprowadza ze stanu zagrożenia: pod eskortą. A jednocześnie na trybunach rozpoczęła się regularna zadyma. Pierwszy raz coś takiego widziałem. Ostatecznie po długich, zakulisowych negocjacjach, Kazach wyszedł na dekorację, miał nawet turecką flagę w rękach, niechętnie, bo niechętnie ale dał się przekonać do normalnego zakończenia walki.

 

Prezes

- Był też pan prezesem Polonii Elbląg.

- Miałem w swojej karierze epizod działacza. Jeszcze, kiedy istniało województwo elbląskie, byłem sekretarzem w Okręgowym Związku Zapaśniczym. W Polonii było wówczas pięć sekcji: wiodąca piłka nożna, podnoszenie ciężarów, tenis ziemny, kajaki i zapasy. Panowała nieoficjalna zasada, że każda sekcja ma swojego przedstawiciela. Druga połowa lat 90 – tych to było piekło dla klubów. Wyczerpały się dotychczasowe źródła finansowania, a nowych sponsorów nie było widać. Zbliżały się kolejne wybory do zarządu, dotychczasowy przedstawiciel naszej sekcji w zarządzie miał już dość. Koledzy namówili mnie, żebym zajął jego miejsce. Miałem pilnować, żeby zapasom nie stała się krzywda. Wiadomo było, że prezesem zostanie człowiek od piłki nożnej. Tak się stało, ja zostałem wiceprezesem ds. szkolenia. Wówczas było tak, że na zebraniu sprawozdawczo – wyborczym wybierano członków zarządu, a później oni sami spośród siebie wybierali prezesa, wiceprezesa. Miałem ambitny plan uporządkowania spraw szkoleniowych w klubie. Pracowali tam fantastyczni ludzie, oddawali zawodnikom serce i duszę, ale moim zdaniem brakowało powiewu nowoczesności. Trochę to wyglądało jak prowizorka, bez długoplanowych planów, „na czuja”. Ja byłem świeżo po zakończeniu studiów trenerskich i miałem głowę pełną pomysłów. Sytuacja dość szybko wymknęła się spod kontroli. Po wakacjach zaczął się sezon ligowy w piłce nożnej, Polonia była w III lidze. Zaczęły wychodzić różne dziwne sprawy i dotychczasowy prezes podał się do do dymisji. Trzeba było gasić pożar. Jako delegat zarządu, musiałem wcielić się w rolę strażaka. Piłkarska szatnia buzowała. Z rozpędu , na prośbę Zarządu , zostałem prezesem.

 

- Pana kadencja to dość ciężkie czasy dla klubu.

- Gorszych chyba nie było. Cały czas wisiało nad nami, że przyjdzie komornik i zgasi światło. Zobowiązania były potężne, z każdym miesiącem rosły. Głównie wobec ZUS i Urzędu Skarbowego. Były jakieś inne, dawno pozaciągane długi, których nie spłacano. Trzeba było jakoś sobie radzić, ze śp. Bernardem Kowalskim ciągnęliśmy ten wózek. Uratował nas Leszek Balcerowicz. Co by o nim nie mówić, za jego rządów weszła możliwość restrukturyzacji zadłużenia wobec ZUS i US. Wystarczyło spłacić niewielką część, a reszta była umarzana. Procentowo to może było mało, ale w naszym przypadku to i tak były ogromne kwoty. Jakoś daliśmy radę. Szukaliśmy kogoś, kto mógłby stanąć na czele klubu. Przez dwie kadencje byłem prezesem, bo nie mogłem znaleźć innego kandydata. Udało nam się na tyle wyprostować, żeby można było myśleć o powrocie do nazwy Olimpia. Do tego jeszcze była daleka droga, ale fundamenty zostały położone. Wszyscy chcieliśmy powrotu Olimpii, pamiętamy skąd się wzięła Polonia. Tutaj w grę wchodziły kwestie prawne, dlaczego od razu nie mogliśmy wrócić do nazwy Olimpia. Ja też byłem zawodnikiem i trenerem w Olimpii. Po dwóch kadencjach w końcu udało się namówić Tadeusza Baczisa – człowieka idealnego. Sprawy finansowe miał w jednym palcu, do tego orientację w piłce nożnej. Perfekcyjnie przeprowadził restrukturyzację finansów klubu.

 

- Sprawy finansowe to jedno, a sytuacja drużyny piłkarskiej to drugie.

- W pierwszym roku na jesieni wybuchł poważny kryzys w drużynie. Pod koniec rundy jesiennej zawodnicy zastrajkowali i nie wyszli na mecz. Skończyło się walkowerem dla rywali. Sytuacja w tabeli była fatalna, po rundzie jesiennej, tylko cud mógł nas uratować przed spadkiem. Podczas zimowej przerwy próbowaliśmy doprowadzić do sytuacji, żeby wystartować na wiosnę. Dograć tę rundę i budować drużynę na przyszłość, w oparciu o funkcjonujący wówczas Młodzieżowy Ośrodek Piłkarski. Z różnych względów plan się nie powiódł, część piłkarzy postawiła warunki nie do spełnienia. Efekt był taki, że do rundy wiosennej nie przystąpiliśmy. Na szczęście, udało się wystartować w następnym sezonie, od IV ligi, z nową już drużyną. Zaczęła się mozolna budowa, szukanie sponsorów, pamiętamy to jeszcze, bo to stosunkowo nie tak dawno.

 

- Z prowadzeniem klubu też wiąże się wiele wspomnień.

- Pamiętam transfer Macieja Bykowskiego do Lecha Poznań. On najpierw trafił do Sokoła Tychy, potem Sokół się rozsypał i zdołaliśmy Macieja Bykowskiego odzyskać. Pamiętam, że prezes Lecha zaprosił mnie na rozmowy do Poznania. Odniosłem takie wrażenie, że chce tanio kupić dobrego zawodnika i wykorzystać mój brak doświadczenia. Nie mam jednak wrażenia, że oddałem piłkarza za pół darmo, trochę na Macieju Bykowskim zarobiliśmy, pozwoliło to zmniejszyć dziury w budżecie. Napięte stosunki były wtedy z kibicami. Były protesty pod ratuszem, rozmaite wydarzenia. Mam wrażenie, że przez kibiców uwielbiany nie byłem, ale zawsze wysłuchałem, co mają do powiedzenia. Chociaż czasami trzeba było interweniować bardziej bezpośrednio. Bernard Kowalski miał u nich przerąbane. Dzielnie znosił rolę tzw. zderzaka. Jak ja się cieszyłem, że znalazłem Tadzia Baczisa , którego wybór, jak się okazało, był strzałem „w okienko”.

- Dziękuję za rozmowę

rozmawiał Sebastian Malicki
Polub ten artykuł
Polub portEl.pl
A moim zdaniem...
  • trzeba umiec zbierac glosy pod lidlem nad jarem w kampani wyborczej, oszusci mydla ludziom oczy i odtrabia wielki sukces jakie to wielkie poparcie maja, opozycja sie zmobilizowala :D
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    8
    12
    Trzeszczynski(2020-06-06)
  • Serdecznie pozdrawiam Pana Andrzeja miałem przyjemność jako uczeń szkoły podstawowej pan Andrzej był moim nauczycielem w-fu oraz trenerem zapasów serdeczne pozdrowienia uczeń szkoły podstawowej nr20 ul Rawska
  • Gość filigranowy i niezwykle sympatyczny wspaniały pedagog, razem na Legię jeździliśmy, jakie to wspaniale czasy były Panie Andrzeju. Pozdrawiam, były uczeń Sp. 20 i z Rycerskiej. A. W.
  • wspaniały czlowiek i dyrektor II LO, pozdrawiam
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    12
    5
    wdzięczny uczeń(2020-06-06)
  • Takich nauczycieli juz nie ma, większość weszla w politykowanie zamiast w powołanie
  • Dużo zdrowia. Wspanialy nauczyciel. Pozdrowienia od ucznia z zamechowki
  • Jakie to miłe ze można jeszcze poczytać miłe słowa o fajnych ludziach i to można określić mianem sukcesu, reszta może tylko zazdrościć, brawo Panie Andrzeju
  • Pan Andrzej to taki człowiek orkiestra. Tyle stanowisk to w Elblągu nikt chyba nie piastował; )
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    12
    1
    StefanK(2020-06-06)
  • Ten pan przypominam także startował z kwww
  • Kolaboracja z KWW Wróblewskiego będzie temu panu zapamiętana. Tym krokiem zaprzepaścił cały szacunek u ludzi.
    Zgłoś do moderacji     Odpowiedz
    8
    13
    WpłatomatWroblewskiego(2020-06-06)
  • Panie Andrzeju nawet nie wiedziałem, że za Panem taka kariera. Gratuluję. Sędziował Pan moją pierwszą walkę w karierze. I to chyba była też jedna z pierwszych dla Pana(Nowy Dwór Gdański). Spędziliśmy trochę czasu w klubie i na zawodach. Dawne czasy. Potem wf z Panem w technikum. Pozdrawiam i życzę dalszych sukcesów.
  • Spoko koles w-f z nim w sp 20 zawsze był jak to się mówi w kość, namówił mnie na treningi zapasow byłem parę razy ale odpuściłem gdzie szczerze powiem że żałuję. .pozdrawiam pana Andrzeja ps. w sp 20 pasjonowalismy się jak kwitła miłość do pozniejszej żony też wychowawczyni w- f ahhhh to były czasy, jak mówią Czesi to se ne wrati :(
Reklama