UWAGA!

Drogi Czytelniku,

uprzejmie informujemy, że w związku z wejściem w życie Rozporządzenia o Ochronie Danych Osobowych stworzyliśmy zgodną z nim politykę prywatności. Regulacje RODO zmuszają nas do wystąpienia z prośbą do Ciebie o zaakceptowanie jego postanowień, chociaż z praktycznego punktu widzenia nic się nie zmienia w sposobie korzystania z naszego serwisu.

Jedyną rzeczą, która może budzić Twoje obawy jest profilowanie. Wyjaśniamy, że w naszym przypadku, tak jak dotychczas, skutkuje ono wyłącznie tym, że jeśli uprzednio byłeś/aś na stronie jakiegoś biura podróży, to z dużym prawdopodobieństwem nasi zaufani partnerzy reklamowi tacy jak Google serwować będą banery z widokami złocistych plaż.

Prosimy zapoznać się z polityką prywatności stosowaną na naszej stronie i zaakceptować jej postanowienia.

Może później

Bogdan Justyński: Na "Antałku" i "Bezanie"

 
Elbląg, Bogdan Justyński, elbląski żeglarz
Bogdan Justyński, elbląski żeglarz (fot. Michał Skroboszewski)

- Na pole namiotowe, o hotelu nie wspominając, nie było nas stać, więc spaliśmy w takim prowizorycznym obozowisku w technicznej części mariny. Jak na nasze możliwości wypadliśmy całkiem nieźle. W morskim wyścigu długim zajęliśmy na „Bezanie” trzecie miejsce - tak Bogdan Justyński, elbląski żeglarz wspomina żeglarskie mistrzostwa świata, w których uczestniczył na "Bezanie". Z byłym komandorem elbląskiego Jacht Klubu wspominamy jego rejsy.

- Jak zaczęła się Pana przygoda z żeglarstwem?

- Typowo i nietypowo. Typowo, bo ktoś mnie musiał na przystań zaprowadzić. Tym kimś był mój starszy o 14 lat brat, który w 1968 r. nastolatka zaprowadził na ówczesną przystań przy ul. Radomskiej. Nasz kuzyn Edward Nowik działał w Ognisku Wodnym TKKF Zamech Elbląg. Wówczas remontował „Jutrzenkę” jeden z klubowych jachtów. Ale na urlop załatwił sobie „Misię” - balastowy jacht na którym odbyłem pierwszy rejs w charakterze pasażera, no może pomocnika załoganta. Ale pasja zakiełkowała.

 

- I nie skończyło się na wakacyjnych rejsach.

- Na przełomie 1968/69 r. trafiłem od Ogniska Wodnego TKKF Zamech i razem z kolegami przygotowywaliśmy łódki do sezonu. Co w praktyce oznaczało ścieranie papierem ściernym farby do gołego drewna i powtórne malowanie. Dzięki temu stare jednostki utrzymywaliśmy w jakiej takiej sprawności.

 

- Jak wyglądało wówczas elbląskie żeglarstwo?

- W 1968 r., jak trafiłem do żeglarstwa, największą organizacją była sekcja wodna Ligi Obrony Kraju. Mieściła się na miejscu dzisiejszego Jacht Klubu. Mieli kilka dużych, kilkanaście mniejszych jachtów. Organizacja zamechowska była druga pod względem wielkości. Na przełomie lat 60-tych i 70-tych LOK zaczął tracić na znaczeniu i OW TKKF Zamech stał się największą organizacją żeglarską. Po likwidacji elbląskiego LOK-u część łodzi rozparcelowano po innych oddziałach organizacji, część przejął Zamech. Powstawały też małe kluby przy różnych zakładach pracy. Swoją przystań miały m.in. Zakłady Energetyczne, Zakłady Armatury Samochodowej, Zarząd Budynków Mieszkaniowych.

 

- Na czym pływaliście?

- Dużo było przedwojennych jachtów, długich, wąskich, bardzo szybkich. Ciężką pracą utrzymywano je przy życiu. Dzięki poparciu różnych osób w Zamechu w OW TKKF Zamech Elbląg wzbogacił się też o nowe jachty m.in. Szafir, którego wciąż można zobaczyć na przystani Jacht Klubu. Był też „Rekin”, trochę podobny do tych przedwojennych, ale szybszy. Przepiękna jednostka w kolorze mahoniu. Pływać na nim to było wyróżnienie.3 lipca tego roku mieliśmy smutną uroczystość – pogrzeb wieloletniego kapitana „Rekina” Kazia Zemke. Celowo mówię Kazia, bo wszyscy w środowisku wiedzieli, że pan Kaziu jest jeden). Przez kilka lat miałem zaszczyt być w załodze Kazia. Jachty pozyskiwało się w różny sposób. Przykład: stosunkowo łatwo było zorganizować pieniądze na remonty, a nie na nowy jacht. W Klubie nigdy nie było pieniędzy, ale wielu pasjonatów potrafiło takie środki pozyskać z różnych źródeł. W związku z tym wymyślono fortel. Misię – ten jacht od którego zaczęła się moja przygoda wpisano w papiery jako zlikwidowaną, a faktycznie przechrzczono na „Retmana”. A pod nazwą „Misia II” „remontowano” jeden z wraków, których tu nie brakowało. „Misia II” przeszła do historii jako pierwszy polski jacht, który przepłynął Cieśninę Pilawską.

 

- Żeglowanie wówczas było bardzo utrudnione w porównaniu z dzisiejszymi warunkami.

- Nie ma co porównywać. Jak Szafir wracał do portu, to było święto. Żeby pływać po wodach morskich, nie mówię tutaj o jakiś wielkich rejsach, tylko o pływaniu po wodach przybrzeżnych, trzeba było mieć oprócz uprawnień typowo żeglarskich, wbitą do książeczki zgodę odpowiednich władz państwowych tak zwaną klauzulę na pływania morskie. Ale „Szafir”, później „Misia II” również widywane były na całym Bałtyku, a czasami dalej, bo na Morzu Północnym. Znane są wyprawy do Londynu i Paryża. Pływać mogli wybrańcy, a samo żeglarstwo było traktowane jako okno na świat.

 

- Uczyliście się pływać na takich dużych jachtach?

- W zasadzie nie. To moja historia jest o tyle nietypowa, że uczyłem się pływać na stosunkowo dużych jednostkach. Ale w OW TKKF Zamech były Cadety, które przygotowywaliśmy do sezonu, kiedy pierwszy raz pojawiłem się na przystani. Generalnie na tych Cadetach stawialiśmy pierwsze kroki. Potem robiliśmy pokazy na rzece Elbląg: chłopaki robili kontrolowane wywrotki, potem stawali na miecz, stawiali łódkę z powrotem do pionu i suchą stopą wracali na pokład. Budziło to zrozumiały aplauz publiczności. Mi z różnych względów Cadet do gustu nie przypadł.

 

- I „pomógł” brat.

- Na moje szczęście w 1969 r. brat kupił swój własny jacht „Worywoj”. Cumował na przystani OW TKKF Zamech i był obiektem zazdrości członków klubu. Wyszła z tego trochę zabawna historyjka: klubowicze zazdrościli bratu, że ma własny jacht i nie obowiązują go klubowe ograniczenia. My z bratem zazdrościliśmy klubowiczom wyposażenia ich jachtów. O sprzęt na „Worywoju” musieliśmy z bratem zadbać sami. A czasy były takie, że nie można było wejść do sklepu i kupić co się chciało. Trzeba było „organizować”, zamawiać, na dostawy się czekało miesiącami, jeżeli nie dłużej. Potem już te lody przełamaliśmy. Wracając do początków: to był jacht balastowy, ale niemal cały do remontu, włącznie z wręgami. Brat z pomocą kuzyna przystąpił do remontu. „Worywoj” pływał do początku lat 90 – tych i na nim uczyłem się żeglarstwa. Pamiętam pierwszy rejs. To był sam kadłub, w środku wręgi na które położyliśmy gretingi, na to dmuchane materace i w rejs do Suchacza. Przystań była na Radomskiej, poznałem tam wszystkie mielizny i przy okazji techniki zejścia z mielizn, nie zliczę ile razy wylądowałem na dalbach, w praktyce nauczyłem się czym jest dryf. Potem dopiero zaczęło się moje pierwsze bardziej świadome żeglowanie po Zalewie.

 

- Pływaliście po rzece i po Zalewie.

- W zasadzie rzekę traktowało się jako zło konieczne. Pamiętajmy, że nikt nie miał wtedy silników i drogę do Zalewu pokonywało się na żaglach. Wówczas była taka sytuacja z wiatrem, że wiała dzienna bryza od 11 do 18 z północy, a potem nocna, koło godziny 20 się zaczynała, z południa. A to oznaczało, że płynąc rano na Zalew miało się wiatr w dziób i wracając wieczorem to samo. Jako prywatny jacht mieliśmy trochę utrudnień. Samo załatwienie orzeczenia zdolności do żeglugi dla jachtu ślimaczyło się niemiłosiernie. I bywało, że przychodziło w połowie sezonu. W związku z tym pierwszą połowę pływaliśmy „na dziko”. Bosmani w portach, jak już nie mieli się czego doczepić, to wystawiali mandat za brak zapałek sztormowych. Których, nie było można kupić w normalnej sprzedaży. Kiedy już udało się nam później dopłynąć do portów zachodnich, to sprawdzali paszporty i na tym się kończyło. Nikt sobie zapałkami sztormowymi głowy nie zawracał.

 

- Pływanie na Zalewie było raczej turystyczne, czy raczej sportowe?

- Żeglarz ma rywalizację we krwi. Jak tylko jest okazja się pościgać, to trzeba to wykorzystać. Kiedy tylko w polu widzenia pojawiał się inny jacht, zaczynała się praca i kombinowanie jak go dogonić. A jak nie było nikogo, to się nawet z kaczkami potrafiłem ścigać. Początkowo nie było na Zalewie dużej liczby oficjalnych regat. Najważniejszymi były te o Puchar sekretarza Komitetu Zakładowego PZPR w Zamechu. Oprócz tego „Fromborska Jesień”, „Regaty o Błękitną Wstęgę Zalewu Wiślanego”. Z tych najważniejszych to chyba wszystko. Większość regat odbywała się w Krynicy Morskiej, ze względu na to, że tam był port do którego niemal wszystkie jednostki mogły wejść. Tytułem wyjaśnienia: np. w Tolkmicku było za płytko, większość jachtów miała zanurzenie ok 1,5 metra a głębokość podejścia do portu w Tolkmicku bardzo często oscylowała w granicach metra. Regaty były okazją do integracji środowiska, ze względu na to, że było ich mało, przypływali tam wszyscy i poziom rywalizacji był stosunkowo wysoki. Regaty były jednodniowe: wówczas tylko niedziela była wolna. W sobotę po pracy wypływaliśmy do Krynicy Morskiej, w niedzielę były regaty i wieczorem wracaliśmy do Elbląga.

 

- Do pływania potrzebne były uprawnienia.

- Początkowo nie przywiązywałem do tego wagi. Tak jakbym nie do końca był pewny, że zwiąże się z żaglami na całe życie. Żeglarza jachtowego zrobiłem szybko, ale wówczas ten stopień upoważniał w zasadzie do bycia wykwalifikowanym załogantem. Potem rozszerzono te uprawnienia i żeglarz jachtowy mógł prowadzić samodzielnie jachty do 15 metrów kwadratowych powierzchni żagla na wodach śródlądowych. I tu pojawił się w pewnym momencie problem. Zalew Wiślany to wody morskie. I żeby prowadzić tam „Worywoja” trzeba było mieć stopień sternika jachtowego z rozszerzonymi uprawnieniami. Żeby dojść do tego etapu trzeba było zdać najpierw na stopień sternika jachtowego, a potem wypływać określoną liczbę godzin, żeby uzyskać te „rozszerzone uprawnienia”. Sternik jachtowy uprawniał do pływania po wodach przybrzeżnych i zatokowych. Do rejsów zagranicznych trzeba było być sternikiem morskim, co wiązało się z kolejnymi egzaminami. W latach 80 – tych, kiedy już można było pływać do Obwodu Kalinigradzkiego, mieliśmy problemy, żeby znaleźć sternika morskiego, który mógłby nas poprowadzić w taki rejs. Sternika jachtowego zrobiłem, bo... koledzy z OW TKKF Zamech namówili mnie, abym dowodził jedną z zamechowskich łódek regatowych. Żeby dowodzić trzeba było mieć sternika. Pamiętam, że na początku chciałem zrobić ten kurs poza Elblągiem, żeby się przypadkiem nie wydało, że mam tylko żeglarza. Ostatecznie zrobiłem go w Elblągu, na Szafirze wypływałem godziny, że zdobyć „rozszerzone uprawnienia”.

  Elbląg, mapka jednego z rejsów "Szafira"
mapka jednego z rejsów "Szafira" (fot. z książki A. Minkiewicza "Sport w Elblągu 1945 - 2012")

 

- Z rejsem stażowym wiążę się pewna anegdota.

- Z Elbląga popłynęliśmy na Zatokę Gdańską, potem do Świnoujścia i dalej do Kilonii. Czasy były takie, że trzeba było mieć wizy, których wszyscy nie mieli. Dopłynęliśmy do Kilonii, tam oczywiście pytanie o wizy, nie macie, to dziękujemy, płyńcie z powrotem. Ale trzeba było zatankować wodę, uzupełnić zapasy, ostatecznie Niemcy zgodzili się, żeby jeden człowiek mający wizę zszedł na ląd, a reszta miała czekać na jachcie. Powiedzieli i poszli. Jak się zorientowaliśmy, że nikt nas nie pilnuje, to my wszyscy też w miasto, brak wiz nam nie przeszkadzał, a Niemcy jakoś specjalnie się nie przejęli naszą niesubordynacją. Potem przepłynęliśmy do basenu olimpijskiego [z igrzysk w 1972 r. - przyp. SM] i tam staliśmy chyba jeszcze dwa dni nie niepokojeni przez nikogo. Inny świat w porównaniu z Polską. W pamięci utkwiła mi nieprawdopodobnie czysta woda w Bałtyku.

 

- To nie była jedyna przygoda z wizami.

- Podczas tego rejsu stażowego pierwszy oficerem był Adam Rutkowski, który później zginął w wypadku „Atlanty”. I on wymyślił , że by popłynąć na zlot „Baltic Sail”, który miał integrować żeglarzy ze wschodu i zachodu Niemiec. Znowu nikt specjalnie się wizami nie przejmował. Ze Stralsundu popłynęliśmy do Ystad i dalej. Nikt się nas o wizy nie pytał. Dopiero w Karlskronie ktoś nas zauważył i dostaliśmy 24 godziny na odpłynięcie. W sumie, nasz czas się kończył i decyzja Szwedów była nam na rękę. Wróciliśmy do Polski. Takie to były czasy.

 

- Pierwsze regaty?

- Mistrzostwa Polski w Gdyni w 1989 r. na „Antałku”. „Antałka” dostałem pod opiekę niejako w nagrodę za zrobienie „rozszerzonych uprawnień”. I na nim popłynąłem do Gdyni. Po raz pierwszy miałem jacht wyposażony dosłownie we wszystko: wszystkie kamizelki ratunkowe, wszystkie rakiety, pławki. Żagle miałem stare, potem się dopiero na własnych błędach nauczyłem, że porządne żagle to na łódkach regatowych jest podstawa. Z OW TKKF Zamech popłynęły mój „Antałek” i „Ufo II” z doświadczonym Mirkiem Zemke, dwukrotnym mistrzem Polski w tamtym momencie. Miałem obawy, czy sobie poradzimy, byliśmy stosunkowo młodą załogą. Siedzimy w gdyńskim porcie i co widzimy: wpływa „Syriusz” na pełnych żaglach, wchodzi do portu i jak nie walnie w keję. Pomyślałem, że jak tu tacy żeglarze przypłynęli, to sobie z doświadczeniem zalewowym poradzę. Debiut wyszedł całkiem nieźle: na 14 czy 15 załóg w naszej klasie uplasowaliśmy się w środku stawki. „Antałek” to moja największa miłość żeglarska.

 

- Warto też wspomnieć o udziale w mistrzostwach świata w Warnemunde k. Rostocku.

- To już na „Bezanie”. Kupiliśmy go do naszego Jacht Klubu od YKP Gdynia razem z „Brytem”. Doszliśmy do wniosku w klubie i w Okręgowym Związku Żeglarskim, że warto się pokusić o start na mistrzostwach świata. Zyga Perlicki, który był szefem od ścigania wpadł na ten pomysł, żebyśmy na Bezanie wystartowali w tych regatach. Przygotowania były robione trochę na wariackich papierach. Członkowie już wtedy Jacht Klubu zrzucili się po 100 tys. ówczesnych złotych, żeby sfinansować start. Ze związku Zyga Perlicki załatwił pięcioosobową tratwę ratunkową, a resztę robiliśmy własnymi silami elbląskiego środowiska. Adam Rutkowski pracował wówczas ABB i załatwił nam stroje sportowe, dresy, torby sportowe, żebyśmy w miarę profesjonalnie wyglądali. Ówczesny komandor Waldemar Zimnoch załatwił firmę, która przetransportowała nas i „Bezana” na miejsce regat. A tam już musieliśmy radzić sami. Na pole namiotowe, o hotelu nie wspominając, nie było nas stać, więc spaliśmy w takim prowizorycznym obozowisku w technicznej części mariny. Jak na nasze możliwości wypadliśmy całkiem nieźle. W morskim wyścigu długim zajęliśmy na „Bezanie” trzecie miejsce. Tym wynikiem „zarobiliśmy sobie” na uznanie żeglarskiej braci. W klasyfikacji ogólnej z polskich jachtów „Skorpion” był czwarty, „Corso” szósty. „Bezan” był chyba piąty od końca, co jak na nasze możliwości było zupełnie niezłym rezultatem.

 

- A dziś?

- Tych sukcesów na „Antałku” i „Bezanie” było kilkadziesiąt. Zalew Wiślany jest bardzo dobrą szkołą regatowego pływania i nasi „zalewowi” żeglarze cieszą się szacunkiem w Polsce i na świecie. Pływamy, gdzie tylko się da i kiedy tylko się da. Ja od połowy lat 90 – tych bardziej zająłem się organizacją regat, pomocy w sędziowaniu. Wykorzystuję to do dzielenia się doświadczeniem z młodszymi stażem żeglarzami. A pływanie – głównie turystycznie.

 

- Elbląg odsunął się od rzeki?

- Pierwszy z brzegu przykład: zwodzone mosty mające służyć temu, żeby można było bez przeszkód przepłynąć do Kanału Elbląskiego i dalej na jeziora. Wszystko dobrze, ale po drodze są jeszcze dwa mosty w Elblągu, które mają taki prześwit, że trzeba składać maszt, żeby pod nimi przepłynąć. Kiedyś była taka inicjatywa, żeby zrobić paradę jachtów po rzece. Tylko, żeby jachty dopłynęły z Jacht Klubu do Starego Miasta muszą przepłynąć pod mostem Unii Europejskiej i mostem kolejowym. Żeglarze muszą więc położyć maszty na swoich jednostkach, do tego potrzebny jest dźwig. Koszt: 150 zł za położenie lub postawienie od jednostki (łącznie 4 operacje; 600 zł.). I kto ma te koszty ponieść? Nic dziwnego, że inicjatywa upadła. Druga sprawa, to już nie do władz Elbląga. Administratorzy wód śródlądowych potrafią zaskoczyć żeglarzy remontami śluz, dróg wodnych w środku sezonu. Pozostaje kwestia stacji benzynowej dla żeglarzy. Proponowałem, aby znalazła się na granicy Jacht Klubu oraz portu i była dwuzadaniowa: obsługiwałaby zarówno jednostki pływające jak i sprzęt w porcie oraz TIR – y stacjonujące i zajeżdżające do portu. Wtedy byłaby szansa, że stacja byłaby samofinansująca i nie trzeba byłoby jej dotować. Takich rzeczy do rozwiązania jest bardzo dużo. W samym Jacht Klubie mamy pomysł, żeby gruntownie wyremontować budynek hotelowy i przystosować go na przyjęcie ok. 60 gości. Ale to program na lata.

 

- Dziękuję za rozmowę.

- O elbląskim żeglarstwie można rozprawiać godzinami. Podczas naszej rozmowy nie podjęliśmy kilku tematów. Ciekawe są okoliczności powstania Ogniska Wodnego TKKF Zamech, którego pierwszym komandorem był kajakarz. Przyszło polecenie z góry i tak się zaczęło. Ciekawym tematem jest społeczność harcerska, która w swoim czasie własnym sumptem wybudowała dwa katamarany. Harcerze – wodniacy mieli swoją drużynę w Technikum Budowlanym. Samo środowisko żeglarzy zalewowych zasługuje na opracowanie ich dokonań.

rozmawiał Sebastian Malicki
Polub ten artykuł
Polub portEl.pl
A moim zdaniem...
Reklama