UWAGA!

Drogi Czytelniku,

uprzejmie informujemy, że w związku z wejściem w życie Rozporządzenia o Ochronie Danych Osobowych stworzyliśmy zgodną z nim politykę prywatności. Regulacje RODO zmuszają nas do wystąpienia z prośbą do Ciebie o zaakceptowanie jego postanowień, chociaż z praktycznego punktu widzenia nic się nie zmienia w sposobie korzystania z naszego serwisu.

Jedyną rzeczą, która może budzić Twoje obawy jest profilowanie. Wyjaśniamy, że w naszym przypadku, tak jak dotychczas, skutkuje ono wyłącznie tym, że jeśli uprzednio byłeś/aś na stronie jakiegoś biura podróży, to z dużym prawdopodobieństwem nasi zaufani partnerzy reklamowi tacy jak Google serwować będą banery z widokami złocistych plaż.

Prosimy zapoznać się z polityką prywatności stosowaną na naszej stronie i zaakceptować jej postanowienia.

Może później

Bogusław Tołwiński: Zaczęło się od poszukiwań

 
Elbląg, Bogusław Tołwiński, elbląski trener triathlonu
Bogusław Tołwiński, elbląski trener triathlonu (fot. Michał Skroboszewski)

- Zacząłem szukać dyscypliny wspomagającej szkolenie łyżwiarzy. Zimy się skończyły, a trzeba było też „kombinować”, jak ciekawie trenować latem. Przyglądałem się triathlonowi z pewnym zaciekawieniem przez prawie dwa lata - tak Bogusław Tołwiński wspomina początek swojej przygody z triathlonem. Z elbląskim trenerem rozmawiamy m. in. dlaczego został triathlonistą, a nie np. kolarzem.

- Zaczęło się od...

- ...poszukiwań. W podstawówce szukałem jakieś dyscypliny sportowej dla siebie. Chciałem zostać kolarzem, ale w Mlexerze nie mieli dla mnie roweru, a swojego nie miałem. To był początek lat 80. ubiegłego wieku. Trochę ciągnęło mnie do sportów walki: epizod w zapasach i rok w judo. I tak trafiłem do Orła Elbląg, do sekcji łyżwiarstwa szybkiego, gdzie, można powiedzieć, zapuściłem korzenie. To była zima 1982 r. Łyżwiarstwo trenowałem do 19. roku życia.

 

- Jak wyglądały wówczas treningi łyżwiarzy?

- „Załapałem się” jeszcze na ostatnie „prawdziwe” zimy. Pamiętam, że ostatnia taka mroźna, „prawdziwa” zima była w 1986 r., gdzie w listopadzie lód zamarzał i do marca można było jeździć. Dużą frajdą dla młodych zawodników były obozy wyjazdowe. Mieliśmy np. dwa tygodnie obozu w Warszawie, tydzień w domu, znowu dwa tygodnie w Warszawie, tydzień w domu i znów na dwa tygodnie na obóz. Potrafiłem mieć osiem tygodni nieobecności w szkole. Nauczyciele straszyli, że matury nie zdam. Ale wtedy, dla nas, wyjazdy do Warszawy, czy do Zakopanego to było coś. Pamiętam zawody rozgrywane w temperaturze 25 stopni poniżej zera. Ówczesny regulamin przewidywał, że ścigać się można do minus piętnastu, ale wtedy mieliśmy prognozy, że przyjdzie ocieplenie i lodu nie będzie. Startowaliśmy we wszystkich ubraniach jakie mieliśmy, na 1500 metrów to była walka o przetrwanie.

 

- To skąd wziął się triathlon?

- Po szkole średniej poszedłem na AWF. Zostałem instruktorem łyżwiarstwa szybkiego w Olimpii i zacząłem szukać dyscypliny wspomagającej szkolenie łyżwiarzy. Zimy się skończyły, a trzeba było też „kombinować”, jak ciekawie trenować latem. Przyglądałem się triathlonowi z pewnym zaciekawieniem przez prawie dwa lata. Dokładnie 12 czerwca 1994 r. pojechałem na swoje pierwsze zawody triathlonowe do Kędzierzyna-Koźla. Wcześniej przygotowywałem się dwa miesiące do tego startu u boku Grzegorza Witkowskiego i Mariusza Zyska, którzy triathlon trenowali już dwa lata. Wiadomo, na trasie było ciężko, ale na macie wiedziałem, że to jest to. Wróciłem do Elbląga i powiedziałem moim podopiecznym, że zakładam sekcję triathlonu i zapytałem "Kto chce, może iść ze mną". Część zawodników została przy łyżwiarstwie, ale większość poszła za mną.

 

- Pamięta Pan pierwszy rower, na którym Pan wówczas wystartował?

- Kolarzówka, marki Romet, ale po pierwszym starcie szukałem czegoś lepszego. Kolega kupił sobie kolarzówkę, żeby dojeżdżać do pracy. Szybko mu się to znudziło i kupiłem ją od niego za całkiem dobre pieniądze. To był całkiem niezły rower Wheeler, osprzęt Shimano.RX100. W sekcji od początku jeździliśmy na własnym sprzęcie. Generalnie zasada była taka, żeby kupować starsze rowery, po to by nauczyć się je naprawiać. Wówczas na zawodach nie było serwisu i każdy zawodnik musiał sam sobie rower naprawić. Do roweru mieliśmy więc przymocowane zapasowe dętki, jakieś drobne narzędzia, żeby w razie czego sobie samodzielnie poradzić. Zawodnik, który potrafił sam rozłożyć i złożyć rower, był gotowy do startów.

 

- Początki łatwe nie były...

- Dyrektorem Międzyszkolnego Ośrodka Sportowego w 1994 roku był Stanisław Pernal. Podczas naszej pierwszej rozmowy o triathlonie i założeniu sekcji patrzył na tę inicjatywę z dystansem. Skończyło się na tym, że powiedział: „Potrenujcie sobie rok i zobaczymy co z tego wyniknie”. No to zaczęliśmy trenować. O ile biegać i jeździć rowerem można było w zasadzie gdziekolwiek, to z pływaniem były problemy. I tu chciałbym podziękować Ryszardowi Krzysztofowiczowi, który w Orliku wówczas prowadził trójbój nowoczesny. Pamiętam, że mieliśmy do dyspozycji jeden tor, raz w tygodniu przez godzinę na basenie wojskowym przy ul. Królewieckiej. Pół żartem można powiedzieć, że mieliśmy też trochę szczęścia, bo trafił nam się Grzegorz Piotrowicz, który w 1995 r. w duathlonie zdobył srebrny medal na mistrzostwach Polski młodzików. Grzesiek był wcześniej był łyżwiarzem i „przekwalifikował” się w bardzo dobrym stylu na triathlon. Ten medal to był jeden z argumentów za powstaniem sekcji triathlonu w MOS Elbląg.

 

- Jak wyglądał triathlon wcześniej?

- Najbardziej znany był Grzegorz Zgliczyński. Wcześniej trenował pięciobój, potem zajął się triathlonem. Na poważnie jego kariera sportowa rozwinęła się po wyjeździe do Stanów Zjednoczonych, gdzie rozpoczął bardziej profesjonalne treningi. W Polsce w latach 90. wygrywał z kim chciał i gdzie chciał, bez względu na dystans i konkurentów. Był wówczas ikoną tego sportu. W słynnym Ironmanie na Hawajach był szesnasty. Do tej pory żaden Polak nie poprawił tego osiągnięcia.

 

- Lata 90. to wciąż okres pionierski triathlonu w Polsce.

- Pierwszy kurs instruktorów triathlonu odbył się w 1995 albo 96 roku. Byłem na nim, mam licencję z jednym z pierwszych numerów. Nie było trenerów tej dyscypliny, treningi w Polsce prowadzili lekkoatleci, pływacy lub kolarze. Wielu z nich treningi przeprowadzało „na czuja”. Triathlonistów w Polsce było bardzo mało, w porównaniu z tym co jest teraz. Kiedy przyjeżdżaliśmy na zawody do Górzna i było 150 zawodników, to wydawało nam się, że to jest maksimum, do czego możemy dojść. Długo czekaliśmy na boom, który nastąpił po 2011 r. Pomogło zainteresowanie „celebrytów”.

  Elbląg, pierwszy skład ekipy elbląskich triathlonistów
pierwszy skład ekipy elbląskich triathlonistów (fot. z archiwum B. Tołwińskiego)

 

- Jak to wyglądało w Elblągu?

- O pływaniu już mówiłem, a biegaliśmy głównie po Bażantarni. W pierwszym podstawowym składzie znaleźli się: Ola i Anna Wojnarowskie, Anna Rybka, Wojtek Pogorzelski, Michał Majka, Krzysztof Sokołowski, Mikołaj Waliński, Sławek Ręczkowski, Grzegorz Piotrowicz, Krzysztof Wyżlic, Paweł Nerek, Łukasz Jadeszko, Jacek Rokicki i Marcin Florek. Dominował wówczas rocznik 1978. W 1998 r. Grzegorz Witkowski zorganizował pierwsze zawody: pływanie było na basenie otwartym – 600 metrów, jazda na rowerze w kierunku Jeleniej Doliny – 15 kilometrów i bieganie alejkami w pobliżu basenu – 3 kilometry, pamiętam były to trzy pętle po kilometrze. Potem dość długo nic się nie działo. Dopiero kiedy Marcin Florek założył firmę Labo Sport i wszedł Garmin Iron Triathlon, coś się ruszyło i to od razu na szeroką skalę.

 

- Kto się "przewinął" przez triathlon w Elblągu?

- Co roku od dwudziestu lat 22 grudnia z byłymi i obecnymi triathlonistami spotykamy się u mnie w domu na klubowej wigilii. Przeciętnie przychodzi około trzydziestu osób, chociaż zdarzały się i wigilie po pięćdziesiąt, ludzie przyjeżdżają z całej Polski, a nawet ze świata. Przez te 25 lat nasi zawodnicy zdobyli około 70 medali mistrzostw Polski. Marcin Florek był dwunasty w mistrzostwach świata na dystansie olimpijskim do lat 23. Swoją przygodę z triathlonem zaczynał u nas też Robert Karaś, aktualny mistrz świata w potrójnym Ironmanie. Zawodników z pierwszych lat już wymieniłem, zaś wszystkich którzy trenowali było już ok. 300. Bardzo wszystkim dziękuję za te 25 lat wspólnych doświadczeń.

 

- Skąd się wzięły biegi przeszkodowe - nowa sportowa „zajawka”?

- Podobna historia jak przy łyżwiarstwie szybkim. Znowu zacząłem szukać dyscypliny, która byłaby uzupełniająca względem triathlonu. W przypadku treningów triathlonowych potrzebne było wytrenowanie surowej siły. Dotychczas robiliśmy to na siłowniach. Biegi przeszkodowe pozwalają wyrobić sobie siłę w bardziej urozmaicony sposób. A poza tym to świetna zabawa. Podczas zawodów wielu uczestników obrzuca się błotem, można mieć wrażenie, że to jakiś powrót do zabaw z dzieciństwa szczególnie dla wielu statecznych i poważnych na co dzień ludzi. W 2017 r. z Kingą Lorek pojechaliśmy do Gdańska na pierwszy Runmageddon i zaskoczyło. W Elblągu chcę stworzyć trasę do biegów przeszkodowych w Bażantarni na trasie do Enduromana. Tutaj nie ma określonych reguł dotyczących przeszkód: każda trasa jest inna i każdy organizator zawodów może zbudować inne przeszkody. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.

 

- Dziękuję za rozmowę

rozmawiał Sebastian Malicki
Polub ten artykuł
Polub portEl.pl
A moim zdaniem...
Reklama